• facebook
  • rss
  • Ludzie Baranka

    dodane 05.07.2012 00:00

    Lipiec, kiedy tradycyjnie czci się Najświętszą Krew Zbawiciela, to „ich” miesiąc. Zapatrzeni w przebite Serce, w czerwonych kroplach widzą morze miłości. To ona zaprowadziła ich kiedyś z modlitwą między walizki i gwizd lokomotyw.

    Stowarzyszenie Krwi Chrystusa we wrocławskiej parafii pw. Ducha Świętego rodziło się na przełomie stuleci. Wszystko zaczęło się od pani Kazimiery, której – jak wspomina – podczas pewnej pielgrzymki otwarły się oczy na sprawy wiary. – Wcześniejsze 46 lat trwałam jakby w letargu. Teraz wiem, co to znaczy spotkać żywego Jezusa – mówi. I dodaje, że nie był to łatwy dla niej czas – w tym okresie toczyła intensywną walkę z nowotworem złośliwym. Spodziewano się, że czeka ją może rok życia. Od tamtej pory minęło już jednak 16 lat...

    Wyciągnięta ręka

    Co ją skierowało ku stowarzyszeniu? W czasie kolejnej pielgrzymki dzięki obecnej w pielgrzymiej grupie siostrze adoratorce Krwi Chrystusa trafiła w Rzymie do domu generalnego jej zgromadzenia.

    Tam z pewnych powodów jej uwagę przykuła… ręka widocznej na sarkofagu błogosławionej (obecnie już świętej) Marii de Mattias, założycielki sióstr adoratorek. – Oprowadzająca nas s. Zofia wytłumaczyła mi, że Maria tą ręką podtrzymuje krzyż. Uderzyło mnie to: podtrzymuje krzyż... To był początek mojej drogi. Pani Kazimiera wiedziała, że Maria napisała dużo listów. Chcąc je poznać, zadzwoniła do wrocławskiego klasztoru adoratorek. Był to akurat dzień jej imienin, a zarazem data założenia zgromadzenia: 4 marca. Kolejne opatrznościowe wydarzenia, które długo by opisywać, sprawiły, że w 2000 r. wyjechała znów do Rzymu, na międzynarodowy kongres dla czcicieli Krwi Chrystusa. Było to Rok Wielkiego Jubileuszu, a jednocześnie 50. rocznicy beatyfikacji bł. Marii. – Czułam, że sama mnie tam zaprosiła, podała mi rękę – mówi pani Kazia. Po powrocie udało się doprowadzić do założenia w parafii pw. Ducha Świętego Stowarzyszenia Krwi Chrystusa. Najpierw tworzyło je kilka osób, potem dołączały kolejne.

    Kolejowa misja

    Pierwszym ich asystentem był ks. Marek Zołoteńki, ówczesny duszpasterz dolnośląskich kolejarzy. Kiedy w 2002 r. powstała kaplica na Dworcu Głównym (poświęcona przez kard. Henryka Gulbinowicza), członkinie stowarzyszenia nie pozostały wobec niej obojętne. Ich animatorce, pani Kazi, zaczęły chodzić po głowie słowa z dzienniczka św. Faustyny o łaskach związanych z Koronką do Miłosierdzia Bożego. – Myślałam sobie, że człowiek niewierzący do kościoła może nie wejdzie, a do takiej kaplicy na dworcu może „zabłądzić”, choćby szukając jakiegoś sklepu... A jak zabłądzi, to może zostanie, może odmówi koronkę, może jego dalsze życie potoczy się ku zbawieniu... I tak zrodziła się inicjatywa codziennego odmawiania na dworcu Koronki do Bożego Miłosierdzia o 15.00. – To był pomysł Ducha Świętego. Chodziłyśmy tam przez 7 lat, dopóki nie zamknięto dworca z powodu remontu. Osoba, która miała dyżur w danym dniu tygodnia, otwierała kaplicę prowadziła modlitwę – tłumaczą panie ze stowarzyszenia. Jedna z nich, Ania, dbała o porządek w kaplicy, o kwiaty. Koronce zaczął potem towarzyszyć Różaniec i inne modlitwy. W niedzielę po południu na dworcu odprawiana była Msza św. W kaplicy spotykało się różnych ludzi. Podróżnych z bagażami, kolejarzy, czasem bezdomnych; także ludzi, którzy od dawna stronili od kościołów. Poza chwilami wspólnej modlitwy od rana do wieczora w kaplicy otwarty był przedsionek, przez szklane drzwi widać było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół