• facebook
  • rss
  • Jak orły na niebie

    dodane 12.07.2012 00:00

    Rekreacja. O tym, aby oderwać się od ziemi, marzyli ludzie od zawsze. Dziś, dzięki rozwojowi technicznemu, wielu może pozwolić sobie na latanie samolotami. Jest coraz taniej i szybciej, ale czy towarzyszą nam jeszcze jakiekolwiek związane z tym emocje? Szybownicy czerpią przyjemność nie z osiągania celów, ale z samego przebywania w powietrzu.

    Niektórzy mówią, że inspiracją do rozpoczęcia ich lotniczej przygody była karuzela w wesołym miasteczku. Jak mówi Jerzy Sabadasz, instruktor Aeroklubu Wrocławskiego, nie ma to jednak żadnego przełożenia na decyzję o rozpoczęciu podbijania przestworzy. – Tam straszy się ludzi, a szkoląc pilotów, pokazujemy, że człowiek, gdy dostanie skrzydła, może być jak ptak.

    Wielka pasja

    – To się zaczęło bardzo dawno i ja nie do końca pamiętam, dlaczego – mówi o swoim zainteresowaniu pan Jerzy. – Urodziłem się i mieszkałem we Lwowie, w dzielnicy, nad którą przelatywały samoloty. Gdy przeprowadziłem się do Wrocławia, miałem 9 lat i wtedy moja pasja zaczęła mnie „męczyć”. Zacząłem od modelarstwa, a potem uczyłem się latać szybowcem, samolotem i balonem. Wojna we Wrocławiu zakończyła się 9 maja 1945 r., a już w sierpniu powstał wrocławski aeroklub na Gądowie Małym. Do jego działalności wykorzystywano infrastrukturę niemieckiego lotniska. Dziś w tym miejscu pozostały stare hangary, które zmieniły swoje przeznaczenie na warsztaty, magazyny i sklepy, oraz... nazwy ulic: Szybowcowa, Lotnicza czy bulwary Dedala i Ikara. – Oczywiście w 1945 r. byłem jeszcze za młody, by móc latać. W tym czasie moim jedynym związkiem z samolotami było to, że zbierałem ich powojenne pozostałości, których we Wrocławiu było całkiem sporo.

    Samodzielnie wzbiłem się w powietrze dopiero w roku 1952 – wspomina J. Sabadasz. Na Dolnym Śląsku działa obecnie kilka aeroklubów: oprócz wrocławskiego w Szymanowie jest jeszcze dolnośląski w Mirosławicach oraz aerokluby w Lubinie, Jeleniej Górze i Świebodzicach. W tych miejscach prowadzone są szkolenia na pilotów. – W naszej placówce wszystkim adeptom proponujemy pewną kolejność nauki. Najpierw szybowce, a dopiero potem samoloty silnikowe. Wynika to z tego, że szybowanie jest łatwiejsze do opanowania – tłumaczy instruktor.

    Jak to działa?

    Trzeba pamiętać, że szybowce to nie samoloty. Dlaczego? Bo nie mają własnego napędu. Aby wzbić się w powietrze, potrzebują jakiejś siły, która oderwie je od ziemi i wyniesie na odpowiednią wysokość. – Może to zrobić na przykład samolot przystosowany do holowania, z odpowiednio mocnym silnikiem. Zaczepia się szybowiec odpowiedniej długości linką do ogona maszyny. Taki zespół startuje i w odpowiednim momencie pilot szybowca samodzielnie się odczepia. My preferujemy tańsze rozwiązanie. Mamy specjalne urządzenie naziemne, które za pomocą stalowej liny wynosi szybowiec na wysokość ok. 300 m – opowiada o zasadach startu J. Sabadasz. Jednocześnie tłumaczy, że lot jest możliwy dzięki odpowiedniej prędkości i wysokości. Wraz ze zwiększającymi się wartościami wydłuża się też czas przebywania w powietrzu. – Należy przyjąć, że szybowiec opada z prędkością 1m/s, co z wysokości 300 m daje ok. 5 minut lotu. Łatwo więc zauważyć, że im wyższa wysokość, tym dłużej możemy przebywać nad ziemią – mówi. Są jednak i tacy piloci, którzy potrafią zdecydowanie więcej. Instruktor wrocławskiego aeroklubu zaznacza, że wyczynowcy wykorzystują w powietrzu tzw. termikę. Dzięki temu ich loty mogą trwać kilka godzin, a w tym czasie są w stanie pokonać znaczne odległości. – Próbujemy naśladować w lataniu ptaki. One perfekcyjnie wykorzystują warunki w powietrzu – opowiada doświadczony pilot i dodaje, że umiejętnościom ludzkim jeszcze daleko do tych posiadanych przez skrzydlatych przyjaciół. W Aeroklubie Wrocławskim szkoleni są zarówno amatorzy, jak i wyczynowcy, biorący udział w licznych zawodach. – Polacy mają długie i bogate tradycje w szybownictwie, okraszone wieloma sukcesami. Są rozgrywane zawody, w których liczy się szybkość pokonania wyznaczonej odległości – mówi pan Jerzy. W przeszłości we Wrocławiu byli zawodnicy, którzy osiągali wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej. Dziś ich nie ma – ze względu na koszty. – Jeśli ktoś nie ma prywatnego szybowca, nie ma wielkich szans na wygrywanie zawodów – dodaje J. Sabadasz.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół