• facebook
  • rss
  • Niebo jest blisko

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 51-52/2012

    dodane 20.12.2012 00:15

    Boże Narodzenie. Święta kojarzą się z ciepłem rodzinnych spotkań, prezentami oraz kolędami i żłóbkiem z maleńkim Jezuskiem. Są jednak tacy, którzy podczas najważniejszych urodzin w historii ludzkości przygotowują się do ostatecznego rozliczenia ze swojego życia.

    W Betlejem mieszka pani Aurelia z koleżanką. W Kafarnaum przebywają pan Jan i pan Eugeniusz. Natomiast pani Ania podąża do Nazaretu. Ziemia Święta? Nie. Biblijne nazwy przypisane są do konkretnych pokoi w bonifraterskim hospicjum. Rak brzmi jak wyrok, ale dla mieszkających tu ludzi choroba to radosny czas oczekiwania na nowe narodziny. – Jestem spokojna i gotowa – mówi pani Irenka. Na co? By spotkać Chrystusa twarzą w twarz.

    Jak w rodzinie

    Ojciec Piotr, franciszkanin, kapelan placówki, pracuje w Hospicjum Ojców Bonifratrów od czerwca. Jak podkreślają pacjenci i dyrekcja, jest postacią niezwykle ważną, bo potrafi zarazić swoją radością innych. To z jego inicjatywy kilka miesięcy temu miejscowa kaplica została powierzona Matce Bożej. – Spotykamy się tu oficjalnie cztery razy w tygodniu na Mszy św., ale oglądamy też filmy religijne i się integrujemy – mówi kapelan. – Każdego dnia otwieramy oczy i dziękujemy za możliwość przeżycia kolejnego dnia „na maksa”. Pani Ania cieszy się, że jest w hospicjum. Jak mówi, dzięki temu jest w stanie robić z radością wiele rzeczy i spotyka się z ludźmi, którym może powierzyć troski związane ze swoją chorobą.

    –  Przed mikołajkami malowaliśmy różne figurki, które potem daliśmy dzieciom z domu dziecka. Było pięknie. Zarówno dzieci, jak i my dostaliśmy paczki. Byliśmy szczęśliwi – wspomina wydarzenia sprzed kilkunastu dni. W tej chwili trwają ostatnie przygotowania do świąt. – Robimy ozdoby na okna i na drzwi, przedstawiające motywy bożonarodzeniowe – dodaje. Wraz z panią Aurelią będą również przygotowywać pierniki. – Nigdy tego nie robiłam, ale kiedyś trzeba się nauczyć – uśmiecha się pani Ania. Kto myśli, że hospicjum to miejsce, gdzie wszystko się kończy, ten jest w błędzie. Pacjenci zgodnie podkreślają, że dopiero tutaj mają czas na życie pełną piersią. – Tu jest lepiej niż w domu: całodobowa opieka, doskonałe wyżywienie i towarzystwo – mówi pani Ania. W „Domu Gościnnym”, bo tak nazywają placówkę mieszkańcy, Wigilię spędzi większość podopiecznych. – Część chorych pojedzie do swoich domów. Z pozostałymi zjemy wieczerzę na miejscu – zapewnia Anna Olchówka, dyrektor hospicjum. W uroczystym posiłku i wspólnym śpiewaniu kolęd wezmą udział również rodziny pacjentów. – Dla wszystkich starczy miejsca – zapewnia. Jednym z tych, którzy nie mogą wrócić do domu, jest pan Jan, w hospicjum przebywający od ponad trzech miesięcy. – Mój stan nie jest stabilny. Są lepsze dni, ale też takie, gdy ciśnienie krwi mi spada i mam zawroty głowy. Czuję w sobie rozwijającego się ciągle raka – tłumaczy i dodaje, że cieszą go dobra opieka i towarzystwo. – Jest we mnie wewnętrzny spokój. Wiem, że nie jestem sam i sam nie umrę. Ojciec Piotr dodaje, że radość Bożego Narodzenia w hospicjum można przeżyć nie tylko pod koniec grudnia. – Trafiła tutaj jedna pani, która już na wstępie zaznaczyła mi, że jest agnostykiem. Była z nami tylko tydzień, ale wszystko się niesamowicie ułożyło – opowiada. Podkreśla, że uszanował jej prośbę i nie próbował jej do niczego przekonywać, jednak dość szybko pacjentka bardzo się otworzyła. – Trzeciego dnia poprosiła o... przygotowanie do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Uroczystość odbyła się w naszej kaplicy, a pani leżała już na łóżku; potem żyła jeszcze dwa dni – mówi. – Bardzo niezwykłe jest również to, że po jej śmierci przyszły do mnie córki tej pani i powiedziały, że skoro mama przyjęła Pana Jezusa, to one też tego pragną. Wiem, że dziś uczestniczą w życiu sakramentalnym i to jest moja ogromna radość.

    But i olimpiada

    Trudno jest pogodzić kulinarne upodobania wszystkich mieszkańców „Domu Gościnnego”. – Pamiętam, jak mama robiła łazanki na słodko z tartym w makutrze makiem. Tego nie zapomnę nigdy – wspomina smaki z dzieciństwa pani Ania. Pani Aurelia marzy o zupie grzybowej, smażonym karpiu i domowej roboty serniku, a pani Irenka o barszczu z uszkami. Pan Jan dorzuca jeszcze rybę w galarecie i kapustę z grochem. Natomiast pan Eugeniusz ma zupełnie inne świąteczne marzenie. Ma jedną nogę krótszą. Miesiąc temu przyszli przedstawiciele NFZ i znaleźli na to radę. Obiecali, że zrobiony będzie specjalny ortopedyczny but. – Po- wiedzieli, że dostanę go za rok – mówi z głośnym śmiechem. Ostatecznie ma być jeszcze przed Wigilią. Pan Genek to osobowość. W hospicjum jest najdłużej, bo od ponad 12 miesięcy. Zna cały program transmisji sportowych w telewizji i prowadzi... klub kibica. – Nasza reprezentacja piłkarska ma dzięki niemu najwierniejszych fanów – mówi o. Piotr. Zimą natomiast na topie są skoki narciarskie i Justyna Kowalczyk. Kapelan hospicjum przypomina również jeden ze sportowych epizodów. – To było w sierpniu. Trwały Igrzyska Olimpijskie w Londynie. Genek szedł korytarzem, posuwając się powolutku przy swoim balkoniku, a w ręce trzymał kij od miotły. Zapytany przez jednego z pacjentów, dokąd idzie, wykazał się nie lada bystrością i powiedział, że ćwiczy przed paraolimpiadą skok o tyczce – opowiada duszpasterz. – W ostatniej chwili zatrzymał się przed akwarium z rybkami, które miał pokonać. Rezygnację z próby tłumaczył tym, że nie jest pewny, czy nie ma w nim piranii, które w razie niepowodzenia mogłyby mu pogryźć spodnie. Publiczność była rozbawiona do łez.

    Radośnie – bo razem

    Anna Olchówka zaznacza, że nad hospicjami ciąży przekonanie, że jest to miejsce, którego trzeba się bać. – Naszym celem, oprócz opieki, jest złamanie tego stereotypu i skłonienie tych, którzy jeszcze nigdy u nas nie byli, do myślenia, że hospicjum to też życie – mówi, zapraszając jednocześnie wszystkich do odwiedzin. – Jeśli komuś doskwiera depresja, to warto przyjść. Tutaj na pewno odzyska dobre samopoczucie i radosne podejście do codzienności. Tacy są właśnie mieszkańcy tego miejsca: optymistyczni i serdeczni – dodaje o. Piotr. Jak zaznaczają sami chorzy, to wcale nie oznacza, że zagadnienie śmierci, a raczej nowych narodzin, jest zupełnie nieobecny. – Rozmawiamy na różne tematy. Codziennie ktoś odchodzi. Wspominamy go, modlimy się... Jesteśmy otwarci – mówi pani Ania. Natomiast pani Irena dodaje, że nie odczuwa żadnego strachu przed śmiercią i jest gotowa na to wydarzenie. To taki Adwent – czas radosnego oczekiwania. Najważniejsze jest to, że można go przeżyć wspólnie z innymi, a nie w samotności. Dyrektorka placówki zachęca do tego, by choć w najmniejszym stopniu włączyć się w wolontariat hospicyjny. – Nie trzeba wiele. Wystarczy pobyć z chorymi – mówi. Zaznacza również, że to nie jest działalność przeznaczona tylko dla młodych. – Najbardziej doskwiera nam brak chętnych w wieku 50 plus. Pacjenci czasem z radością porozmawialiby ze swoimi rówieśnikami – tłumaczy. Boże Narodzenie to również czas wzajemnego obdarowywania. Może najbliższe dni to dobra okazja na przygotowanie jeszcze jednego „prezentu” – postanowienia poświęcenia choćby kilku chwil dla chorych? Satysfakcja jest gwarantowana, choć nie wiadomo do końca, dla kogo większa: dla mieszkających w hospicjum, czy odwiedzającego.

    Chrystus zamiast otoczki

    o. Piotr Kwoczała, franciszkanin, kapelan Hospicjum Ojców Bonifratrów

    – Nasze przygotowania do Bożego Narodzenia są ukierunkowane zdecydowanie na aspekt duchowy. Wielu elementów, do których jesteśmy przyzwyczajeni, w hospicjum nie będzie: niektórych potraw wigilijnych, nocnej Pasterki, wszystkich bliskich wokół stołu. To spowoduje, że pojawią się łzy wspomnień. Jednak samo to, że jesteśmy tutaj wielką rodziną, może być choć w pewnym stopniu rekompensatą. Dzięki temu, że nie ma tu trosk, np. o gotowanie czy choinkę, dochodzimy do wniosku, że w naszych sercach miejsce Chrystusa zajmowała do tej pory otoczka świąt. Ważna jest też świadomość, że codziennie może przyjść kres ziemskiego pielgrzymowania. To sprawia, że podczas każdej Eucharystii chorzy przeżywają na nowo Boże Narodzenie. W tym stanie, w którym znajdują się pacjenci, bardzo dosłownie brzmią słowa „bądź wola Twoja”. W czasie mojej posługi w tym miejscu od czerwca tego roku odeszło do Pana ponad 100 osób, czyli średnio jedna na dzień.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół