• facebook
  • rss
  • Wyjdę jeszcze z dziećmi na spacer

    Ks. Rafał Kowalski

    |

    Gość Wrocławski 02/2013

    dodane 10.01.2013 00:15

    Całe życie pomagała innym. Może dlatego teraz trudniej jest pogodzić się z myślą, że sama potrzebuje pomocy.

    Msza św. z udziałem dzieci w namysłowskiej parafii pw. św. Franciszka z Asyżu i św. Piotra z Alkantary. Kapłan prosi uczestników o wypowiedzenie własnych intencji do modlitwy wiernych. Wśród najmłodszych raz po raz powtarza się jedna prośba: „O zdrowie dla pani Żanety”. Sama zainteresowana niestety nie może tego usłyszeć. Od listopada, nie licząc wyjazdów do szpitala, nie rusza się z domu. Nawet wówczas jednak zabiera ze sobą przenośną butlę tlenową.

    Tykająca bomba

    26-letnia Żaneta Szachnowska od dziecka choruje na zwłóknienie płuc. – Z tą chorobą walczył mój tato, który zmarł 9 lat temu – mówi, dopowiadając, że jej schorzenie nie występuje zbyt często, stąd nie ma wielu ośrodków, które opracowywałyby metodę leczenia. – Jedynie skuteczny jest przeszczep płuc – tłumaczy i dodaje: – U dzieci choroba rozwija się bezobjawowo. Dopiero w wieku ok. 20 lat następuje jej wyrzut.

    Dochodzi do tego najczęściej w wyniku styczności z jakimś alergenem lub w następstwie np. ciężkiej grypy. Wówczas siedzi się jak na tykającej bombie, ponieważ od tego momentu choroba postępuje bardzo szybko. W ciągu kilku lat może zabić. Mój tato walczył z nią 7 lat. Wtedy jednak w Polsce nie wykonywano przeszczepów, a o operacji w krajach Europy Zachodniej można było jedynie marzyć. U Żanety zwłóknienie wykryto dość wcześnie. Pewnego dnia tato trafił do szpitala z podejrzeniem gruźlicy. Kiedy ona i jej brat zostali poddani badaniom, okazało się, że mają zmiany w płucach. – W końcu precyzyjnie zdiagnozowano naszą chorobę. – Dorastaliśmy wraz z nią – wspomina Żaneta. – Ustawiono nam leczenie. Wtedy zajęte było ok. 30 proc. płuc. Dziś z opisów tomografów wynika, że mam czynną jedynie ich górą część. Nie jestem już w stanie normalnie funkcjonować. Niewydolność oddechowa spowodowała, że muszę natleniać się całą dobę, a moim nieodłącznym towarzyszem jest koncentrator tlenu. Nawet spacer stał się dla mnie niemożliwy, a poruszanie się po mieszkaniu ograniczone długością rurki doprowadzającej tlen – mówi.

    Scholi nie będzie?

    W szkole niewielu wiedziało o jej chorobie. Wręcz przeciwnie: – Zawsze wszędzie było jej pełno, gotowa i chętna do działania, pełna nowych pomysłów i inicjatyw – mówią o Żanecie jej koleżanki. Kiedy była w gimnazjum, brała udział w coniedzielnych Mszach św. dla młodzieży w swojej parafii. Oprawę muzyczną przygotowywała schola. – Jak tylko usłyszałam śpiew i dźwięki gitary, szybko dołączyłam do nich – wspomina Żaneta. Później sama zaczęła grać na gitarze i gdy pojawiła się propozycja przygotowania oprawy dla Eucharystii z udziałem dzieci, rozpoczęła tworzenie grupy muzycznej złożonej z najmłodszych parafian. – Były wśród nas pociechy, które miały trzy, cztery latka, a w najlepszym okresie mieliśmy tylu członków, że nie mieściliśmy się w przeznaczonym dla nich miejscu w prezbiterium – opowiada. Zwraca przy tym uwagę, że ci, którzy wówczas rozpoczynali z nią przygodę z muzyką religijną, dziś kończą studia. – Czasem żartuję, że wychowałam kilkudziesięciu młodych namysłowian – mówi z uśmiechem. Kiedy rozpoczęła studia, w każdy weekend wracała do Namysłowa, by przeprowadzić próbę scholi. – Jak miałam tego nie robić, skoro dzieci bez względu na mróz czy deszcz przychodziły i czekały ze śpiewnikami w rękach – pyta. Z czasem mali artyści zaczęli odnosić spore sukcesy. Przed wyjazdem na jeden z przeglądów muzyki religijnej jednogłośnie wybrano nazwę dla zespołu: „Kwiatki świętego Franciszka”. – To nawiązanie do patrona naszej parafii św. Franciszka z Asyżu – tłumaczy wikariusz w kościele uniwersyteckim we Wrocławiu ks. Rafał Kupczak, który wówczas miał spory udział w wysokich osiągnięciach scholi. Szybko pojawiły się nagrody i wyróżnienia oraz płyty z ich muzyką. Ostatnie w listopadzie 2012 r. na Przeglądzie Piosenki Religijnej „Cecyliada”, który od kilku lat odbywa się w Dobroszycach. Żaneta zdążyła przygotować swoich podopiecznych do konkursu, jednak na sam występ już nie pojechała. – Na próbie siedziałam z butlą tlenową i wiedziałam, że wyjazd nie będzie możliwy – opowiada. Żaneta często spotykała się z zarzutem, że ciągle robi coś tylko dla innych, że nigdy nie ma jej w domu i nie ma czasu dla samej siebie. Dziś jednak widzi, jak wszyscy ci, którym poświęcała swój czas, starają się odwdzięczyć za jej dobre serce. – Ostatnio moi wychowankowie zorganizowali koncert charytatywny połączony z licytacją fantów, z których dochód przeznaczono na moje leczenie – mówi z dumą. Dopowiada, iż dla niej największa karą jest, gdy nie może wyjść z domu. – Wciąż jest mi niezręcznie, że to ktoś mi pomaga. Zawsze było odwrotnie: to ja pomagałam – mówi. Ostatnio poprosiła koleżankę, by przejęła jej obowiązki w prowadzeniu „Kwiatków św. Franciszka”. – Nie wyobrażam sobie, że mogłabym wywiesić kartkę: „Scholi już nie będzie” – puentuje.

    Nie poddam się

    Kilka lat temu Żaneta wyszła za mąż. Jest szczęśliwą mamą trójki dzieci: Antosia, Stasia i Zuzi. Dwie ciąże przeszła w miarę spokojnie. Przy trzeciej czuła się źle. – Kiedy szłam karmić swoje dziecko, wzbudzałam sensację w szpitalu, ciągnąc za sobą aparat tlenowy – wspomina. Dziś mocno wierzy, iż nadejdzie taki dzień, kiedy powróci do zdrowia i będzie mogła spokojnie wyjść z dziećmi na spacer czy na zakupy. – Jedynym ratunkiem jest przeszczep i jestem pewna, że to tylko kwestia czasu – mówi, dodając, iż bardzo dużo dają jej spotkania z osobami, które mają za sobą podobny zabieg. – Wszyscy mówią, że życie radykalnie się zmienia – podkreśla. Dla wielu mocnym przeżyciem jest sam moment, kiedy mogą umyć się bez rurek na twarzy. Młoda mama nie ukrywa, że sił do walki z chorobą dodają także jej trzy pociechy. – Widząc ich roześmiane buźki, człowiek wciąż motywuje siebie samego, by się nie poddawać.

    Pomóż Żanecie

    Jedynym ratunkiem dla Żanety jest przeszczep płuc. Koszty leczenia przekraczają jednak możliwości finansowe jej rodziny, dlatego każdy, kto chciałby ją wesprzeć, może to uczynić, przekazując darowiznę na konto fundacji Avalon, nr 62 1600 1286 0003 0031 8642 6001, z dopiskiem: „Szachnowska, 1751”. Więcej informacji na stronie: www.fundacjaavalon.pl/nasi_beneficjenci/lista (w Szukaj wpisać: Szachnowska).

    Zawsze dla innych

    Ks. Rafał Kupczak, wikariusz par. pw. Najświętszego Imienia Jezus we Wrocławiu – Żanetę poznałem w 2004 r., kiedy po święceniach kapłańskich zostałem skierowany do pracy w Namysłowie. Zadeklarowałem wówczas, że chętnie jako kapłan będę towarzyszył scholi dziecięcej działającej w parafii. Przez pięć lat w każdą niedzielę o 9.45 śpiewaliśmy na Mszy św., w której uczestniczyły dzieci. W soboty odbywały się próby. Poza tym przygotowywaliśmy m.in. jasełka i adoracje przy Bożym grobie. Jeździliśmy na festiwale i przeglądy, odnosząc niemałe sukcesy. Udało nam się także wydać trzy płyty. Tym, co szczególnie rzucało się w oczy w jej osobowości, był doskonały kontakt z dziećmi i wielki autorytet, jakim się u nich cieszyła. Mnóstwo serca wkładała w to, co robiła. Poświęcała swój czas i zdolności dla innych. Niechętnie opowiadała o swojej chorobie, a już na pewno nigdy nie żaliła się, że jest jej ciężko. Wręcz przeciwnie – zawsze była gotowa pomagać.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół