• facebook
  • rss
  • Cieszyć się czy płakać?

    Ks. Rafał Kowalski

    |

    Gość Wrocławski 03/2013

    dodane 17.01.2013 00:15

    Operacja zakończyła się powodzeniem: matka oddała nerkę synowi. Oboje czują się dobrze, tymczasem głośny na całą Polskę zabieg dokonany we wrocławskim szpitalu przyniósł smutną prawdę: „do zielonej wyspy nam bardzo daleko”.

    Od kiedy robot da Vinci pojawił się w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym we Wrocławiu, pojawiła się groźba, że będzie bezrobotny. Z jednej strony słyszeliśmy wiele o jego możliwościach: mniejszy ból pooperacyjny, mniejsza utrata krwi, mniejsze blizny i szybsza rekonwalescencja. – Robot jest w stanie nawet zniwelować niewielkie drżenie ręki chirurga, dlatego operacja może być prowadzona z największą precyzją – chwalił urządzenie prof. Wojciech Witkiewicz. Z drugiej strony pojawiały się głosy, iż NFZ nie refunduje operacji wykonanych przy jego użyciu.

    Te, które udało się z powodzeniem przeprowadzić, odbyły się tylko dzięki grantom naukowym oraz pieniądzom sponsorów. Szum wokół robota pojawił się na nowo w kontekście pierwszej w Polsce operacji pobrania nerki do przeszczepu od żywego dawcy, której kilkanaście dni temu, przy pomocy da Vinci, dokonali lekarze ze szpitala przy ul. Kamieńskiego. Dawcą była matka. Biorcą jej chory na niewydolność nerek syn. Operacja zakończyła się powodzeniem. Pacjentka po kilu dniach opuściła szpital i szybko mogła wrócić do pracy. Pozostał problem: kto zapłaci za zabieg? Jak się okazuje, koszty samej operacji przy użyciu robota są wyższe, niż gdyby została ona wykonana metodą tradycyjną. Biorąc jednak pod uwagę całościowe nakłady na wyleczenie pacjenta: przebywa on krócej w szpitalu, jest mniejsze ryzyko powikłań i różnych infekcji, rany lepiej się goją oraz koszty społeczne, wynikające z tego, iż po zabiegu szybciej może on wrócić do pracy, a więc nie jest na utrzymaniu ZUS-u, okazuje się, że da Vinci wcale taki drogi nie jest. – Płacimy za konkretne świadczenie zdrowotne, zatem jeśli szpital rozliczy zabieg w ramach podpisanej umowy, dostanie pieniądze – mówi Joanna Mierzwińska, rzeczniczka dolnośląskiego NFZ, dodając, że stawka np. za operację wycięcia woreczka żółciowego jest z góry ustalona i taka sama dla wszystkich podmiotów w całej Polsce. Oznacza to, że w przypadku, gdy placówka wykona zabieg przy pomocy robota, otrzyma za niego taką samą zapłatę, jaką otrzymują podmioty wykonujące ten sam zabieg metoda tradycyjną. – Żeby osobno rozliczyć świadczenie wykonane z da Vinci, musiałyby się zmienić przepisy – tłumaczy J. Mierzwińska i dopowiada, że aby to się dokonało, najpierw musi wypowiedzieć się Agencja Oceny Technologii Medycznych. Ona ocenia, czy dziś stać nas na to, by z publicznych pieniędzy opłacać zabiegi wykonane przy użyciu robota. – My nie jesteśmy stroną w tym sporze. Mamy związane ręce – podkreśla pani rzecznik. Jednocześnie zaznacza, że w obecnej sytuacji, gdy na służbę zdrowia jest przeznaczona pewna pula pieniędzy, rodzi się pytanie, czy stać nas na to, by płacić drożej za konkretne zabiegi i wykonywać je u mniejszej grupy pacjentów, czy wybrać tańsze metody, a dzięki temu mieć możliwość wyleczenia większej liczby ludzi. Po raz kolejny okazuje się, że także medycznie daleko nam do zielonej wyspy i o ile nie dziwi fakt, że przewyższają nas Włosi czy Niemcy, gdzie pracuje ok. 50 takich robotów, to już może smucić informacja, że w Czechach jest ich 10, a w Rumunii 9. W Polsce – jeden, ten wrocławski, który – jak się możemy spodziewać – jeszcze długo będzie spędzał sen z powiek urzędnikom Ministerstwa Zdrowia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół