• facebook
  • rss
  • Odkrycie do kosza?

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 06/2013

    dodane 07.02.2013 00:15

    GMO to nie tylko żywność. Wynalazek wrocławskiego naukowca jest owocem wieloletniej pracy nad modyfikacją genetyczną roślin. Lniane opatrunki przyśpieszają gojenie się ran. Niestety, na razie nie pojawią się na rynku.

    Pod koniec stycznia weszła w życie ustawa regulująca badania i hodowlę oraz zabraniająca uprawy organizmów modyfikowanych genetycznie. Prof. Jan Szopa-Skórkowski z Zakładu Biochemii Genetycznej Uniwersytetu Wrocławskiego uważa, że niestety, w sposób niewystarczający wspiera badania na tym gruncie. – Niby pozwala na doświadczenia laboratoryjne, ale z drugiej strony wyniki badań nie mogą być wprowadzone w życie – mówi. To powoduje, że liczne osiągnięcia naukowe chronione patentami lądują w szufladzie lub są realizowane poza granicami Polski.

    Fakty i mity

    Dyskusja o GMO jest ciągle bardzo żywa i budzi wiele emocji. Niestety, wiedza na ten temat w społeczeństwie nie jest wystarczająca. Prof. Ewa Sawicka-Sienkiewicz z Zakładu Genetyki i Biotechnologii Roślin, Katedry Genetyki, Hodowli Roślin i Nasiennictwa Uniwersytetu Przyrodniczego tłumaczy, że złe nastawienie jest wynikiem negatywnego przekazu medialnego i nieszczęśliwego nazewnictwa. – Nikomu słowo „modyfikacja” nie kojarzy się pozytywnie, a gdyby zastąpić je „postępem” lub „ulepszeniem” w uzyskiwaniu nowych odmian, odbiór byłby zdecydowanie lepszy – mówi. Podobne zdanie ma prof. J. Szopa-Skórkowski. Przypomina, że istnieją bardzo szczegółowe dokumenty Unii Europejskiej udowadniające, że GMO jest całkowicie bezpieczne dla ludzi. Na czym polega genetyczne ulepszanie? Wprowadzenie obcego genu do rośliny powoduje powstanie nowej właściwości organizmu bez zmian pozostałych cech. Oznacza to w praktyce np. uodpornienie danego gatunku na grzyby, wirusy i szkodniki. Prof. E. Sawicka-Sienkiewicz zaznacza, że manipulacja przy materiale dziedzicznym nie jest niczym niezwykłym. Naukowcy bowiem ciągle poszukują nowych genów i próbują ulepszyć poszczególne gatunki. – Tak się dzieje od starożytności. Nie byłoby niektórych produktów, np. piwa i wina, gdyby nie zastosowanie biotechnologii (np. fermentacji). Nasi przodkowie nie mieli pojęcia o budowie genomu, a jednak potrafili tworzyć nowe formy znanych im gatunków – tłumaczy. Skąd zatem obawy przed GMO? Pani profesor przyznaje, że nikt nie może zapewnić, że jakaś nowa metoda jest w pełni bezpieczna. Na weryfikację potrzeba czasu. – Na razie jesteśmy na początku drogi, po około 20 latach od uzyskania roślin transgenicznych i 15 latach ich uprawy na świecie – mówi. Odpiera jednocześnie argument zwolenników tzw. zdrowej żywności. – Ilość stosowanych środków ochrony roślin mających zabezpieczać przed szkodnikami i chorobami jest tak duża, że na pewno ma to nie mniejszy wpływ na nasze organizmy niż modyfikacje genetyczne – zaznacza. Dodaje równocześnie, że wszystko, co zjadamy, jest materiałem genetycznym, który w procesie trawienia ulega degradacji na „czynniki pierwsze”. Dokładnie tak samo dzieje się z roślinami modyfikowanymi. – Nie ma możliwości, by taki pokarm miał jakiekolwiek negatywne znaczenie dla funkcjonowania i rozwoju naszego organizmu – mówi. Zanim bowiem produkt pochodzenia transgenicznego trafi na rynek spożywczy, jest wielokrotnie badany. Trzeba pamiętać również, że naukowe działania są ukierunkowane przede wszystkim na dobro człowieka.

    Lniany interes

    Prof. J. Szopa-Skórkowski zwraca uwagę, że żywność modyfikowana genetycznie to tylko znikomy procent całego GMO. Swoje badania w tej dziedzinie rozpoczął 20 lat temu od ziemniaka. – Chcieliśmy z zespołem znaleźć funkcje genów, które się w nim znajdują i dać coś pożytecznego gospodarce – opowiada. Powstały rośliny mające dużą odporność na infekcje. Wszczepione zostały też geny, dzięki którym powstały związki mające przeciwdziałać parkinsonizmowi. – To miała być alternatywa dla szczepionki – dodaje. Profesor zaznacza, że jego badania spotkały się z dużym oporem społecznym związanym z żywnością genetycznie modyfikowaną, co było przyczyną wycofania się z projektu. – Nie zgadzałem się z tym, ale nie chciałem iść pod prąd – mówi. Naukowiec nie zaprzestał jednak eksperymentów. Pojawił się pomysł wykorzystania w badaniach lnu, który z polskiej uprawy zniknął w latach 70. ubiegłego wieku z powodu wprowadzenia na rynek tańszej bawełny i rzepaku. – Założyliśmy, że len może mieć właściwości lepsze od tych substytutów lub że może być wykorzystany w innym celu – opowiada o początkach prac prof. Szopa-Skórkowski. Okazało się, że bawełna jest kompletnie obojętna biologicznie, a olej rzepakowy zawiera dużo nasyconych kwasów tłuszczowych, których konsumpcja jest niekorzystna dla człowieka i powoduje choroby: miażdżycę, cukrzycę i inne schorzenia cywilizacyjne. Badania nad włóknami lnianymi udowodniły możliwość ich wykorzystania w medycynie, natomiast olej usprawnia wiele funkcji organizmu. – Mimo że genów odpowiadających za te właściwości jest stosunkowo mało, dzięki modyfikacjom genetycznym jesteśmy w stanie bez większego problemu je zwiększyć – tłumaczy. Dzięki temu z włókna łodygi i pozostałości mogły powstać opatrunki i alternatywny antybiotyk o właściwościach przeciwzapalnych i przeciwbólowych. Profesor zaznacza, że przez niewielką ingerencję genetyczną w sposób naturalny powstają z jednej rośliny produkty o wielkim znaczeniu medycznym. – W tej chwili zajmujemy się wykorzystaniem lnu w profilaktyce chorób cywilizacyjnych, głównie cukrzycy – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół