• facebook
  • rss
  • To mój drugi dom

    Ks. Rafał Kowalski

    |

    Gość Wrocławski 15/2013

    dodane 11.04.2013 00:15

    Przychodziłem z pracy, jadłem obiad i szedłem do kościoła, gdzie pracowaliśmy często do późnego wieczorA. I tak przez wiele lat – wspomina Dionizy Bembnowicz z wrocławskiego Jerzmanowa.

    Nie dopuszczam myśli, by mógł nas opuścić – mówi o panu Dionizym, dziś jednym z członków rady parafialnej, ks. Zdzisław Pluta, proboszcz par. pw. NMP Królowej Polski we Wrocławiu, dodając, że poza fachową wiedzą i doświadczeniem wszyscy cenią jego optymizm i dobry humor. – Podtrzymuje nas w trudnych momentach – zaznacza proboszcz, dopowiadając: – Tacy ludzie jak on to skarb każdej parafii. Na Dolny Śląsk pan Dionizy przyjechał w 1946 r., po opuszczeniu Lwowa. – Półtora tygodnia jechaliśmy w bydlęcych wagonach, następnie trzy dni czekaliśmy na stacji Wrocław-Leśnica, aż tato znalazł miejsce, w którym zamieszkaliśmy – wspomina. Razem z repatriantami przyjechali kapłani, którzy rozpoczęli posługę duszpasterską na Ziemiach Odzyskanych.

    – Miałem niespełna 30 lat, kiedy ówczesny proboszcz poprosił o pomoc przy remoncie plebanii i kościoła – opowiada D. Bembnowicz. Na wezwanie księdza przyszły tłumy. – Myśleli, że na tym będzie można dobrze zarobić – tłumaczy. Gdy okazało się, że dużych pieniędzy z tej pracy nie będzie, został sam wraz z – już dziś nieżyjącym – kolegą. Tak się rozpoczęła jego prawie pięćdziesięcioletnia posługa przy parafii. W jerzmanowskiej świątyni można podziwiać efekty prac pana Dionizego. Jest ich tak wiele, że trudno wszystkie wymienić. On sam najchętniej wspomina, jak budował konfesjonały, a że praca jest solidna, świadczy fakt, iż służą do dziś. – Ręcznie przycinałem każdą deskę, jednak krzyżyki, które są na górze, postanowiłem przygotować w zakładzie pracy. Tam miałem odpowiednie narzędzia – tłumaczy. Ktoś doniósł na młodego stolarza, że w pracy wycina krzyże. – Zostałem wezwany „na dywanik”. Pytają mnie: „A co pan tak się udziela dla Kościoła?”, a ja na to „Nie wiem, o co chodzi”. Wówczas dyrektor, który był dobrym człowiekiem, mówi do mnie: „Nie rób tego więcej tutaj, bo mam nieprzyjemności i muszę cię wzywać na rozmowę” – wspomina. Na pytanie, czy zatem krzyżyki były ostatnią rzeczą, jaką wykonał w zakładzie na rzecz wspólnoty parafialnej, odpowiada z uśmiechem: – Nie, jak trzeba było pomóc, to coś tam robiłem. Pan Dionizy z przykrością zauważa, że dziś niewielu młodych jest gotowych zaangażować się w życie swoich wspólnot. – Kościół stał się moim drugim domem. Ile razy pracowaliśmy tu do ciemnej nocy, bo jak się coś zaczęło, trzeba było to skończyć – mówi. – Nie robiliśmy tego dla pieniędzy, ale dla chwały Bożej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół