• facebook
  • rss
  • Reszta może poczekać

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 36/2013

    dodane 05.09.2013 00:15

    O tym, że muzyka łagodzi obyczaje, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Dobrze, gdy oprócz wrażeń artystycznych niesie ona coś więcej – pomaga w modlitwie i prowadzi do refleksji dotyczącej relacji z żywym Chrystusem.

    Wiele godzin wytrwałego i nużącego ćwiczenia przynosi efekt. Przekonał się o tym ks. Piotr Nowicki, który od najmłodszych lat, dzięki rodzicom, rozwija swoje muzyczne zainteresowania. – To jest pasja bardzo wymagająca. Przede wszystkim ważna jest cierpliwość – mówi. Przyznaje, że w dzieciństwie niechętnie zabierał się za muzykę i dopiero będąc w liceum, zrozumiał, że przez palce przeleciało mu mnóstwo czasu.

    Wybrał Jezusa

    – Muzyka stała się dla mnie codziennym pożywieniem, a że ciągle byłem jej głodny, to z ciekawością smakowałem kawałek po kawałku, utwór po utworze, gatunek po gatunku... i tak zostało do dziś – opowiada.

    Przed wstąpieniem do seminarium wszystko zdawało się układać w stronę występów na scenie i pracy w sali nagrań. – Miałem dobry zespół, z którym dobrze się rozumieliśmy. Było kilka ciekawych propozycji, z których zamierzaliśmy skorzystać – dodaje. Przyznaje, że wokół zrobiło się trochę szumu. Grupa pojawiła się w telewizji i wszystko szło w konkretnym kierunku. – Upatrywałem w tym szansy na rozwój, na nowe doświadczenie. Nagle w tym wszystkim pojawił się Bóg – wspomina. Zaznacza, że nie było to pojawienie się z nikąd, bo rodzice dbali o to, by w życiu ich dzieci Najwyższy zajmował odpowiednie miejsce. – Uznałem, że nadszedł moment, żeby naprawdę w swoim życiu wybrać Jezusa, ale wybrać dlatego, że chcę, a nie tylko dlatego, że tak zostałem wychowany – dodaje.

    Decyzja o wstąpieniu do seminarium kosztowała go jednak bardzo wiele. – Ciągle to pamiętam. Do tej pory muzyka była dla mnie jakimś celem, drogą, sensem, a teraz musiała zejść w pewnym sensie na dalszy plan – tłumaczy swoje rozterki kapłan i podkreśla, że jest przekonany o słuszności swojego wyboru. Zdaje sobie jednak sprawę, że wielu ludzi, patrząc na jego decyzję z boku, nie rozumiało jej. – Jedno jest pewne – kiedy wstąpiłem do seminarium, nikt nie zabrał mi skrzypiec czy gitary ani nie zabronił grać i pisać. Teraz wiem, że w ten sposób Bóg bardziej otworzył mi serce, uszy, oczy. To wszystko ma wpływ na mój rozwój jako człowieka i jako muzyka – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół