• facebook
  • rss
  • Każdy może być darem

    Karol Białkowski


    |

    Gość Wrocławski 48/2013

    dodane 28.11.2013 00:15

    Wolontariat. Pomaganie daje im ogromną radość i poczucie, że są komuś potrzebni. Siedmioro niepełnosprawnych daje wiele z siebie pacjentom i personelowi Hospicjum 
św. Jana Bożego we Wrocławiu.


    Tuż przed św. Mikołajem, 5 grudnia, obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Wolontariatu. Dwa dni później w hospicjum ojców bonifratrów w poczet osób stale pomagających pacjentom i personelowi włączona zostanie czwórka niepełnosprawnych. – Nie jest istotne, czy ktoś jest pełno- czy niepełnosprawny. Każdy może się dzielić z innymi swoim czasem czy umiejętnościami – mówi br. Leopold Szatkowski, bonifrater, koordynator ds. wolontariatu. Podkreśla przy tym, że dla pomagania nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń. Wśród tych, którzy angażują się pomoc w hospicjum, są zarówno młodzi, jak i ci po pięćdziesiątce, Polacy i obywatele innych krajów, a także więźniowie. Może warto zastanowić się nad własnym uczestnictwem w tej lub innych podobnych inicjatywach. Ważne, by w ich centrum stało dobro drugiego człowieka.


    Pies i ptaki


    Ania jest niepełnosprawną wolontariuszką, która już od dłuższego czasu pracuje w hospicjum. – Chorzy bardzo dobrze reagują na nią – mówi br. L. Szatkowski. Jako przykład przywołuje historię jednego z pacjentów, Władka. – Trafił do nas jako bezdomny. Z nikim nie chciał rozmawiać. Nie mogliśmy ustalić, jak się nazywa, gdzie jest zameldowany i czy ma jakąś rodzinę – opowiada. W otwarciu się tego człowieka pomogła właśnie Ania i... pies, o którym br. Leopold mówi jako o najmłodszym wolontariuszu. Podopieczni placówki, podczas pogodnych i ciepłych dni, przebywają wiele czasu w ogrodzie. Tak było i w tym przypadku, a do wózka bezimiennego wówczas pacjenta przywiązany został na smyczy sznaucer o imieniu Smyk. – To było któregoś kolejnego dnia. Przechodząc w pobliżu, usłyszałem rozmowę. Okazało się, że to nasz Władek rozmawia ze Smykiem. W pobliżu siedziała Ania – dodaje. Nastąpił przełom. Władek zaufał wolontariuszce bezgranicznie, a dzięki jej pracy wkrótce udało się ustalić podstawowe informacje: skąd jest, że ma brata we Wrocławiu. Opowiedział też swoją życiową historię, włącznie z tym, dlaczego znalazł się w pewnym momencie na ulicy. – Ta przyjaźń trwała. Pewnego razu spotkałem Anię idącą do hospicjum i trzymającą pod pachą kolorowe książki, a w nich zdjęcia ptaków. Zapytałem, po co jej to, a ona odpowiedziała, że to dla Władka, bo on lubi – wspomina i dodaje z przekonaniem, że niejeden sprawny nie wpadłby na taki sposób dotarcia do pacjenta.


    Droga do samodzielności


    O tym, jak ciężko znaleźć pracę w naszym kraju, nie trzeba jakoś specjalnie mocno przekonywać. O ile ciężej jest tym, którzy borykają się ze swoją niepełnosprawnością, również tą umysłową. Katarzyna Przyślewicz jest terapeutką w Warsztatach Terapii Zajęciowych „Muminki” działających przy Fundacji św. Brata Alberta. Przychodzą tam osoby z różnym stopniem upośledzenia. – Jestem trenerem przygotowującym podopiecznych do wyjścia i funkcjonowania na otwartym rynku pracy – mówi. Przekonuje, że niepełnosprawni posiadają mnóstwo umiejętności, które mogłyby pozwolić im na w miarę samodzielne życie. Nikt ich jednak nie chce wykorzystać. – Wolontariat ma być drogą do zdobycia doświadczenia, sprawdzianem własnych możliwości, co ma zaprocentować w przyszłości, oraz okazją do integracji – tłumaczy. 
Doskonałym miejscem do realizacji pomysłu okazało się hospicjum ojców bonifratrów. – Brat Leopold wyraził zgodę na okres próbny dla piątki niepełnosprawnych o najmniejszym upośledzeniu. Ostatecznie od początku września, w każdą środę, przyjeżdżam tu z czwórką podopiecznych – dodaje Katarzyna Przyślewicz. Cieszy ją to, że mogą się oni uczyć, jak być dobrymi pracownikami. Okazuje się, że sprawdzają się również w kontaktach z pacjentami. – Na razie nie było ich za wiele, ale wiem, że niektórzy czekają na dzień, kiedy Dorota, Iza, Artur i Mariusz przyjdą do hospicjum. To działa w dwie strony, bo moi podopieczni również z niecierpliwością wyczekują kolejnej wizyty w hospicjum – opowiada.
Okres próby dobiega już końca. 7 grudnia, podczas specjalnej uroczystości, uczestnicy WTZ zostaną włączeni w poczet wolontariuszy hospicyjnych – dostaną koszulki i dyplomy, ale także pewną dowolność w planowaniu swojej obecności w placówce.


    Chcieć znaczy móc

    – Wolontariat uważam za coś bardzo wartościowego. Nie sądziłam, że osoba niepełnosprawna może realizować się w ten sposób – mówi Dorota Tyndyk. Przekonuje, że cieszy się z możliwości dawania innym czegoś od siebie. Nie ukrywa, że bała się czekającego ją wyzwania, ale, jak podkreśla, ciekawość i chęć niesienia pomocy była zdecydowanie większa. Dziewczyna jest jedną z osób prowadzących bibliotekę hospicyjną. – Zaczęło się od zbiórki książek wśród znajomych i przyjaciół. Teraz przyszedł czas na posegregowanie ich i w miarę możliwości profesjonalne skatalogowanie – dodaje. Dorota jeszcze nie jest skierowana do bezpośredniego kontaktu z pacjentami, chociaż często spotyka tych, którzy są samodzielni na korytarzu. Prawdziwa praca zacznie się dopiero po formalnym przyjęciu w poczet wolontariuszy. – Naszym zadaniem będzie dotarcie do chorych i proponowanie im konkretnych tytułów, a potem dostarczenie wybranej lektury – tłumaczy.
– Pomagając przebywającym tu ludziom, na pewno się rozwijam. Wiem, że jestem potrzebna zwłaszcza tym, którzy czasem są sami w pokojach. Bycie z nimi to jest coś, co mogę im zaoferować – przekonuje Iza Sierakowska. Cierpliwie czeka na możliwość samorealizacji. Póki co pomaga pracownikom placówki. – Jak jest gorsza pogoda, to jestem z Dorotą w bibliotece. Wcześniej pomagałam sprzątać w ogrodzie oraz razem z panią Halinką myłam okna – wylicza. Zaznacza, że bardzo lubi kontakt z pacjentami – Spotykamy się w ogrodzie albo w pracowni artystycznej. Chętnie z nimi rozmawiam i podziwiam ich twórczość – dodaje.
Razem z kobietami do hospicjum przejeżdżają również panowie. Mariusz i Artur zajmują się przede wszystkim pracami porządkowymi. Mają co robić, bo wokół budynku jest spory ogród. – Ostatnio grabimy liście, a wcześniej zamiataliśmy ścieżki i chodniki – mówi Mariusz. Artura cieszy przede wszystkim, że ma zajęcie. – Podoba mi się ośrodek i to, że mam pracę – tłumaczy.
Wszyscy uczestnicy WTZ zgodnie zwracają uwagę na bardzo ciepłe przyjęcie ze strony pracowników hospicjum. – Tu się chce przychodzić – podsumowuje Iza.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół