• facebook
  • rss
  • Miłość z JP II

    Ewelina Stec-Pietrzak

    |

    GN 17/2011

    dodane 02.04.2014 14:37

    Był styczeń 2010 r. Tej zimy, jak nigdy wcześniej, traciłam siły, a razem z nimi nadzieję i wiarę w Pana Boga... I jak nigdy wkurzało mnie, gdy słyszałam: „Będzie dobrze, tylko zaufaj Jezusowi i módl się do Niego za wstawiennictwem Jana Pawła II”. Przecież Oni zapomnieli o mnie...

    Sprawność i siły odzyskane na turnusach rehabilitacyjnych w sierpniu i październiku 2009 r. uleciały jak ptaki do ciepłych krajów na zimę. Boże Narodzenie spędzone z przyjaciółmi, którzy okazali się mniej przyjacielscy, niż sądziłam, dołożyło stresów. Mroźne dni i złe emocje zaowocowały pogarszającym się samopoczuciem – stwardnienie rozsiane (SM) nie lubi mocnych przeżyć i ekstremalnej pogody.

    Było coraz gorzej. W niektóre dni nie mogłam przejść 100 m, nawet o kulach. Pewnego wieczora, siedząc przed telewizorem, zaczęłam cała sztywnieć. Miałam wrażenie, że najdrobniejszy ruch głową spowoduje złamanie kręgosłupa. Z minuty na minutę traciłam władzę w całym ciele, a także oddech. Resztkami sił powiedziałam mamie, że się duszę. Nie pamiętam, jak znalazłam się w brodziku, pod strumieniem ciepłej wody. Początkowo nic nie czułam i tylko, jakby z oddali, słyszałam głos mamy stojącej przy mnie i pocieszającej.

    Kiedy sztywne mięśnie zaczęły odpuszczać, a mój oddech był coraz głębszy, usłyszałam stanowczy głos: „Albo wiozę cię na pogotowie, albo dzwonimy po jakiegoś lekarza, który powie nam, co robić w takich sytuacjach”. Minęło jeszcze trochę czasu, zanim zrozumiałam, o co chodzi mamie. O szpitalu nie chciałam słyszeć, bo mimo upływu ponad dwóch lat wciąż pamiętałam koszmarny pobyt na oddziale neurologii i boleśnie odczuwałam skutki wykonanej tam punkcji. Mama, nie czekając na moją decyzję, zadzwoniła do naszej lekarki pierwszego kontaktu, która pochwaliła pomysł z ulokowaniem mnie pod prysznicem i zaprosiła na wizytę, by przepisać mi leki zwiotczające mięśnie. Sugerowała też konsultację neurologiczną i rehabilitację. Ta ostatnia rada sprawiła, że przypomniałam sobie fizjoterapeutów z Dąbka, gdzie odbyłam turnusy rehabilitacyjne.

    Wirtualna zażyłość
    Był późny wieczór. Tylko Mariusz, masażysta, który podczas pobytu w ośrodku rehabilitacyjnym zrobił na mnie wrażenie bardzo zatroskanego o pacjentów, a zarazem pogłębiającego swoją wiedzę i umiejętności, odebrał telefon ode mnie. Pracował drugi rok z chorymi na SM i sporo wiedział o naszych problemach i sposobach radzenia sobie z nimi. Był zaskoczony, że do niego dzwonię, ale wysłuchał mnie cierpliwie, odpowiedział na moje pytania i udzielił porad. Przez kolejne dni dzwoniliśmy do siebie – Mariusz z pytaniem o moje samopoczucie, ja z podziękowaniami za jego troskę i zainteresowanie. Chętnie podpowiadał też ćwiczenia skuteczne dla chorych na SM rehabilitantce, która w tym trudnym okresie choroby pomagała mi stanąć na nogi.

    Z biegiem czasu krótkie rozmowy telefoniczne zamieniliśmy na kontakt przez skype’a. Coraz rzadziej rozmawialiśmy o mojej chorobie, a częściej o nas. Wymienialiśmy poglądy na różne tematy, dzieliliśmy się przeżyciami. Z dnia na dzień zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak wiele nas łączy. Słuchaliśmy podobnej muzyki, chodziliśmy na te same filmy, czytaliśmy tych samych autorów. Łączyły nas też wspólne marzenia o dalekich podróżach, fascynacja morzem i przyrodą. Zgadzaliśmy się w tak wielu sprawach, że czasem aż trudno było nam w to uwierzyć. A kiedy mieliśmy inne poglądy na jakiś temat, potrafiliśmy o tym dyskutować, nie kłócąc się, tylko dochodząc do wspólnych wniosków. Rozmowy na skype’ie bardzo nas zbliżyły.

    Tym bardziej że przez ponad rok choroby w moim rodzinnym Wrocławiu, poza jedną koleżanką z pracy, która mnie nie opuściła, a dziś jest moją najlepszą przyjaciółką, nie udało mi się znaleźć rówieśników, którzy zaakceptowaliby moją niepełnosprawność i mimo niej zbliżyli się do mnie. Nie ukrywam, że ja sama też nie potrafiłam dotrzeć do tych, którzy deklarowali chęć spotkań, gdy będę na to gotowa. Większość z nich założyła rodziny, wszyscy pracowali, mieli swoje towarzystwo, a ja – bez znajomych, bez pracy – czułam się wyrzucona na margines. Kontakty z chorymi na SM, poznanymi w Dąbku, były sporadyczne. Wiedziałam, że mogę liczyć na pomoc i życzliwość najbliższej rodziny i wielu przyjaciół mojej mamy, ale to zupełnie inne pokolenie... Mariusz stawał mi się coraz bliższy. Zaczęliśmy nieśmiało, między wierszami, napomykać o wspólnej przyszłości. Byłam zdecydowana przenieść się z Wrocławia do Ciechanowa, gdzie mieszkał Mariusz.

     

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .
    przewiń w dół