• facebook
  • rss
  • Duch, miłość i logistyka

    dodane 21.08.2014 00:00

    Na Jasną Górę szli w grupie 18., karmelitańskiej, w ósemkę – Małgorzata i Piotr Szymańscy oraz sześcioro ich dzieci: 2,5-letni Szymek, 5-letnia Róża, prawie 11-letni bliźniacy Benek i Tymek, 14-letnia Karolina i 16-letnia Paulina. Jak dawali sobie radę?

    Małgorzata wspomina, że po raz pierwszy uczestniczyła w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę, idąc z Warszawy z grupą osób niewidomych z Lasek. Była przewodnikiem Dominiki. Do dziś pamięta piękny śpiew niewidomej koleżanki. Wspólnie z rodziną pielgrzymowała po raz trzeci. – Planowaliśmy to od dawna – mówi. – Ostatecznie zachęcił nas przykład znajomych ze wspólnoty Wiosna, do której należymy. Podobnie jak my mają szóstkę dzieci i chodzą razem na Jasną Górę. Wybraliśmy się razem z nimi. Po pierwszej pielgrzymce Małgorzata stwierdziła, że nigdy więcej nie idzie. Pamięta ciągłe niedospanie, trud.

    – Wzięliśmy za dużo jedzenia. Źle się spakowałam – wszyscy już szli spać, a ja nie mogłam znaleźć jakiejś rzeczy schowanej w jednej z 4 czy 5 toreb – wspomina. Jej mąż jednak nabrał chęci do kolejnych pielgrzymek. Podjęli wyzwanie i… nie żałują. Wypracowali szereg praktycznych rozwiązań. – Ustaliliśmy, kto jest odpowiedzialny za które torby. Mąż zajmuje się namiotami, starsze dzieci rozkładają karimaty, śpiwory. Jeśli przychodzimy na nocleg, a maluchy nie śpią, zajmują się nimi starsze córki. Znajomi podpowiedzieli nam zabranie roweru. Rano dzieci mogą do ostatniej chwili pozostać w namiocie. Gdy grupa rusza w drogę, mąż może dokończyć pakowanie, a potem dogonić nas rowerem. Cenny jest namiot z przedsionkiem, gdzie da się na noc schować rower czy wózek dziecięcy, by nie był rankiem wilgotny. Przydaje się przyczepka do roweru – trudno byłoby nam transportować inaczej choćby wodę do picia dla całej rodziny.

    Małgorzata opowiada o uszytej przez babcię specjalnej tubie na karimaty, o sposobie pakowania mokrych ręczników i osobnej półce w szafie, gdzie odkłada ubrania nienadające się już do chodzenia na co dzień, za to sprawdzające się świetnie na pielgrzymce. I mówi o pomocy braci i sióstr z grupy. Czy warto podejmować taki trud? – Tak, choćby po to, by pokazać dzieciom żywy, radosny Kościół – tłumaczy Małgosia. – Doświadczenie modlitwy w innych niż na co dzień warunkach, w lesie, w polu, to dla nich niezwykłe przeżycie. Dzieci zaczynają odnajdywać się we wspólnocie wierzących. Córka, która należy do harcerstwa, już teraz myśli, jak wyciągnąć zuchy na październikową pielgrzymkę do Trzebnicy. Ja sama dla siebie z każdej kolejnej pielgrzymki wynoszę coraz więcej. Dzieci są dziwnie grzeczniejsze. Mam czas, by wysłuchać konferencji. Staram się wynieść z tych rekolekcji w drodze jakieś jedno, dwa „ziarenka” – myśl, odkrycie, do których można potem powracać.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół