• facebook
  • rss
  • Grzyby i dużo śniegu

    dodane 18.12.2014 00:15

    Nie wszyscy podopieczni Zakładu Opiekuńczo- -Leczniczego działającego przy ul. Rydygiera nadchodzące Boże Narodzenie spędzą w domu.

    Placówka prowadzona przez siostry boromeuszki zapewnia całodobową opiekę osobom starszym i schorowanym. Zbliżający się czas świąt to dodatkowe wyzwanie organizacyjne dla opiekunek i współpracowników. Większość z 70 pensjonariuszy nie wraca bowiem do swoich domów ze względu na zbyt zaawansowane choroby.

    Pasterka w seminarium

    Pan Adam Kwaśnik za chwilę wyjeżdża na kontrolę rozrusznika serca. Leży w łóżku, oczekując na sanitariuszy. Karetka jednak jeszcze nie dotarła, więc mamy kilka chwil na rozmowę. – 1 grudnia skończyłem 99 lat – zaczyna. Mówi cicho i z pewną trudnością, ale w miarę upływu czasu się rozkręca. Zapytany o to, na co najbardziej czekał w związku z Bożym Narodzeniem, odpowiada z prostotą, że na przyjście Pana Jezusa. – Jak byliśmy dziećmi, to mama przygotowywała choinkę i żłóbek, a my przez cały Adwent chodziliśmy z lampionami na Mszę św.– opowiada. Zwraca uwagę, że przed wojną w jego rodzinnym Raniżowie w województwie lwowskim Roraty odbywały się o 5.30 rano. – Dla dzieci była to największa radość, by wstać tak wcześnie i w mrozie po skrzypiącym śniegu, w świetle księżyca, iść do kościoła – dodaje.

    Pacjent ZOL-u podkreśla, że ze świątecznych potraw najbardziej czekał na karpia, którego trzymano w wodzie aż do ostatniej chwili. Dopiero w wigilię był zabijany i oporządzany tak, by na świeżo trafił na stół. Pan Adam bardzo dobrze pamięta też Boże Narodzenie 1939 roku. – Byłem wtedy w Przemyślu w obozie. Bolszewicy umieścili nas w rzymskokatolickim seminarium duchownym. O wigilii nie było mowy, a i Pasterka się nie odbyła – wspomina. W ciągu kilku następnych dni obóz przeniesiono do... seminarium greckokatolickiego. – Tutaj załapaliśmy się na Pasterkę, bo oni święta obchodzą według kalendarza juliańskiego, czyli de facto dwa tygodnie po nas – zaznacza.

    Choinka z papierkami

    Przedwojenne wspomnienia ma również pani Małgorzata Pawlak. – Była nas gromada dzieci, bo dawniej dzieci były w modzie – mówi. W domu nie było zbyt wiele miejsca. W dwóch izbach mieszkali rodzice i siódemka ich pociech. Na Msze św. roratnie musieli iść 4 kilometry. – To było na skróty – zaznacza. Wspomina także bardzo śnieżną zimę, podczas której trzeba było się przedzierać do kościoła. – Dla zobrazowania: mój tato odśnieżył wejście do stodoły i powstał swoisty tunel. Gdy dorosła osoba stanęła przy ścianie śniegu, to miała go jeszcze prawie dwa metry ponad głową – opowiada. Jak mówi, podczas samych świąt nie mieli luksusów, ale zawsze było wesoło. – Mieszkaliśmy przy lesie, więc choinkę mieliśmy każdego roku. Ubieraliśmy ją papierkami. Jeśli chodzi o jedzenie, to poza śledziami nie przypominam sobie ryb – dodaje. Podkreśla, że po wojnie i po wyjściu za mąż zaczęło się jej trochę lepiej powodzić i nie musiała się tak bardzo martwić. – Najcieplejsze i najmilsze wspomnienia bożonarodzeniowe to oczywiście dzieciństwo w domu rodzinnym – mówi pani Urszula Bieda. Najbardziej w pamięci pozostał jej ogromny ruch, jaki wtedy panował. – Zjeżdżała się w jedno miejsce cała rodzina. A było nas niemało – wspomina. Przypomina sobie, że w bezpośrednie przygotowania angażowano również ją i jej czterech braci. – Przede wszystkim sprzątaliśmy, a później, jak byłam starsza, to pomagałam również w gotowaniu – dodaje. Pacjentka ma swoje ulubione wigilijne potrawy. Jedna to barszcz z uszkami, a druga to grzyby panierowane. – To jest chyba zwyczaj z Podlasia, skąd pochodzę. Moi rodzice i bracia byli zapalonymi grzybiarzami. Największe okazy były suszone, by na wigilię je ugotować, następnie obtoczone w panierce smażyło się na oleju – wyjaśnia. Ciekawostką kulinarną może być także to, że i w jej rodzinnych stronach, w czas świąteczny, z ryb jadło się przede wszystkim śledzie w najróźniejszej postaci.

    Potrzeba kontaktu

    s. Berenike, boromeuszka, opiekunka duchowa w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym pw. św. Jerzego we Wrocławiu – Większość naszych podopiecznych spędza święta w ośrodku. Ich rodziny nie mają możliwości, by ich zabrać do domu. Często się jednak zdarza, że świętują razem z nami tu, na miejscu. Staramy się zaakcentować ten czas nie tylko przez potrawy, ale także przez m.in. specjalne dekoracje. Życie w ZOL-u toczy się w trochę innych godzinach. Wieczerzę wigilijną rozpoczynamy więc w południe. Są życzenia, opłatek i kolędowanie, a o 16.00 Pasterka. Często pojawiają się łzy wzruszenia – u jednych w związku z tęsknotą za najbliższymi, a u innych ze względu na to, że w swoich domach, takiej atmosfery dawno nie mieli, bo są samotni. Wielką pomocą w budowaniu atmosfery na co dzień są wolontariusze. Będziemy bardzo wdzięczni za wszelkie zgłoszenia gotowych do pomocy. Wcale nie trzeba poświęcić wiele czasu, by kogoś uszczęśliwić. Szczegóły pod nr. tel. 504464230 lub mejlowo: fundacja@boromeuszki.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół