• facebook
  • rss
  • Chleb spomiędzy światów

    Agata Combik


    |

    Gość Wrocławski 01/2015

    dodane 01.01.2015 00:15

    Wrocławskie spotkania. Choć piec dawnej piekarni przy ul. Cybulskiego 35a jeszcze nie działa, już robi się tu ciepło. Pod każdym względem. W cieniu starego komina powstaje „MiserArt – strefa kultury w labiryncie wykluczenia”.


    Najpierw trzeba wejść w podwórze – jedno z tych szarych miejsc na wrocławskim Nadodrzu. Mroczne przejście między kamienicami ktoś ozdobił rysunkami lecących ptaków. „Jesteś w porządku. Jesteś fajny. Lubię Cię” – głosi napis. Gość wchodzący do zniszczonego budynku staje zdumiony. Przed sobą ma okno wypełnione witrażem lśniącym barwami tęczy i ażurowym ornamentem. – To są denka plastikowych butelek i wytłoczki do jajek – tłumaczy Beata Ptak. Gustowne pufy okazują się uszyte z szarego papieru wypchanego gałgankami, a wystawa awangardowych fotografii – zbiorem zdjęć rentgenowskich bezdomnych osób.


    Ludzi z ludźmi oswajanie


    Nad stołem zrobionym z palet widać dwa ogromne wilki malowane sprayem, z sufitu zwisa wielka huśtawka. Cóż to właściwie jest? Pub, dom kultury, galeria sztuki, ogrzewalnia, miejsce pomocy?
– Wszystkiego po trochu, takie miejsce spotkania światów – mówi Andrzej Ptak, mąż Beaty, prezes Fundacji Homo Sacer. Od ponad 30 lat związany jest z Towarzystwem Pomocy św. Brata Alberta Chmielowskiego, obecnie jako wicekierownik schroniska dla bezdomnych mężczyzn w Szczodrem. Żeby sprawę jeszcze bardziej skomplikować, dodaje, że występował tu Teatr ZAR, związany z Instytutem im. Jerzego Grotowskiego, wnętrze zostało zaaranżowane m.in. według pomysłu studentów wrocławskiej ASP, a tak w ogóle to mają tu się znaleźć także gabinety medyczne i kawiarnia, w planach jest m.in. upcykling i pieczenie chleba, może według jakichś starych receptur. Bo to przecież dawna piekarnia. Spotykają się tu artyści, bezdomni i ich przyjaciele, a także wszelkiej maści pasjonaci.

    – To miejsce ma oswajać ludzi z ludźmi – twierdzi Andrzej.
Wspomina, że trafił na podwórze przy ul. Cybulskiego, szukając miejsca na nową ogrzewalnię dla bezdomnych. Ostatecznie powstała w innej części Wrocławia, przy ul. Gajowickiej. A tu, na Nadodrzu, zaczęły się dziać rzeczy dziwne. – Miałem marzenie, by powstało miejsce, w którym bezdomni poczują się uwolnieni od etykiet, od swojej inności, wyobcowania – wyjaśnia, dodając, że w schronisku w Szczodrem kiedyś realizowany był projekt „(s)Pokój Małego Księcia z Chaillot”. Chodziło o przytulne pomieszczenie, azyl dla osób z zaburzeniami psychicznymi, które w przepełnionych schroniskach z trudnością się odnajdują. Miser-
Art troszkę nawiązuje do tamtego projektu, choć dotyczy o wiele większej przestrzeni. To ma być strefa bezpieczeństwa, spotkań, wsparcia, rozmów i... piękna.


    Blask rzeczy wyrzuconych


    – Po ponad 30 latach pracy w placówkach dla bezdomnych jestem już znużony panującą w nich „estetyką” – mówi Andrzej. – Tu możemy nieco przekształcić świat ubogich ludzi, nadać mu jakieś piękno. Nie chodzi o tworzenie wykwintnych salonów. Osób bezdomnych, które często spędziły lata na śmietniku, nie pociąga na początku to, co jest zbyt „wykafelkowane”, sterylne. Wymiar sztuki jest tu zaaranżowany bardzo dyskretnie. W planach mamy założenie wspomnianej spółdzielni socjalnej – wpisanej w nurt ekonomii społecznej – która zajmie się m.in. upcyklingiem, czyli nadawaniem nowego życia przedmiotom wyrzuconym. De facto bezdomni właśnie tym się zajmują, żyjąc na ulicy. Wstają często o 4, 5 rano, zbierają puszki, by zdobyć trochę grosza. To ich codzienna żmudna praca, walka o przetrwanie.
Andrzej tłumaczy, że ludzie ci mają w sobie wiele zaradności. Ich działania, troszkę przeorganizowane, można przenieść w przestrzeń „art” – sztuki, a także pracy przynoszącej zarobek. Rozmawiając z mieszkańcami schroniska w Szczodrem, szybko zresztą trzeba porzucić niektóre stereotypy dotyczące bezdomnych, ich stosunku do codziennych obowiązków. Pan Jan Niewiadomski należał do grupki tych podopiecznych placówki, którzy byli zaangażowani w prace czy to przy nowej ogrzewalni, czy przy ul. Cybulskiego. I robił to bardzo chętnie. Jest fachowcem, ślusarzem spawaczem. – W schronisku jestem drugi rok, po przeszło 13-letniej przerwie. Miałem pracę z mieszkaniem na terenie firmy, gdzie po godzinach pełniłem funkcję ciecia. Niestety, firma zbankrutowała, mieszkanie straciłem – mówi. I dodaje, że nudzić się nie lubi. Jak tylko jest okazja, chętnie zatrudnia się.
– Wykonywaliśmy prace remontowe, artystyczne. Wynosiliśmy śmieci, myliśmy wnętrze – mówi pan Wiesiu, kolejny mieszkaniec schroniska w Szczodrem. Zapowiada, że ma zamiar na Cybulskiego bywać. Wspomina m.in. oglądany tu monodram Jacka Zawadzkiego oraz niesamowite andrzejki. – To było coś innego niż doświadczamy na co dzień, okazja do oderwania się od szarej rzeczywistości. Takie ciepłe, serdeczne, spokojne miejsce.


    Muzy w dawnym pustostanie


    Przy ul. Cybulskiego miało już miejsce kilka artystycznych wydarzeń, mogących zaspokoić apetyty najbardziej nawet wymagających odbiorców sztuki. Fundacja Homo Sacer, która stworzyła to miejsce, współpracuje z wieloma innymi środowiskami. Prócz Wrocławskiego Koła Towarzystwa Pomocy św. Brata Alberta Chmielowskiego, z którym jest ściśle związana, trzeba wspomnieć o Instytucie im. Jerzego Grotowskiego, Fundacji Jubilo, Parlamencie Młodzieży Wrocławia. W porządkowaniu i dekorowaniu budynku dawnej piekarni wzięli udział m.in. studenci ASP (z tego grona wywodzą się również żona Andrzeja i córka Miriam – autorka malowanych wilków na ścianach), a także sami bezdomni.
Oficjalna inauguracja „Miser-
Art – strefy kultury w labiryncie wykluczenia” odbyła się 15 października 2014 roku. Przy Cybulskiego można było obejrzeć efekty warsztatów teatralnych, prowadzonych w instytucie im. Jerzego Grotowskiego przez aktorów projektu Jubilo, monodram J. Zawadzkiego pt. „Moskwa Pietuszki”. Szerokim echem odbiły się zorganizowane tu andrzejki, z tańcami przy płonących świecach. Krążący w internecie film „Scherzo na andrzejki”, dokumentujący listopadowe spotkanie, sprawia, że nogi same rwą się do tańca.
– Jako Fundacja Jubilo, współpracująca z instytutem Grotowskiego, pomagamy panu Andrzejowi wprowadzać program artystyczny, organizować imprezy umożliwiające spotkanie szerokim grupom ludzi – mówi Agnieszka Bresler, wspominając andrzejkowe tańce w blasku świec. – Z założenia pracujemy z osobami wykluczonymi; w MiserArt byliśmy grupą podopiecznych Fundacji Opieka i Troska, ludźmi z doświadczeniem choroby psychicznej. Bliska jest nam myśl o łączeniu światów, budowaniu pomostów dialogu. W Szczodrem prowadziliśmy warsztaty. Bezdomne osoby dość nieśmiało włączały się w taniec podczas andrzejek. Myślę, że takie ośmielenie może nastąpić z czasem.


    Odwiedź ich


    300 metrów zrujnowanego pustostanu zmieniło się nie do poznania. Ma tu być dostępna dla wszystkich kawiarnia, miejsce na wydarzenia artystyczne, na gabinety medyczne. Andrzej podkreśla, że osoby bezdomne często sprowadzają życie do kategorii przetrwania na poziomie biologicznym. Tymczasem to miejsce ma oddziaływać na człowieka w różnych wymiarach – i fizycznym (stąd gabinety medyczne), i psychicznym, społecznym. Ten pierwszy element jest bardzo ważny. Bezdomni od lat mogą liczyć na wolontarystyczną pomoc medyczną. Schronisko w Szczodrem wiele zawdzięcza w tym względzie doktorowi Januszowi Gnusowi. – Zamierzamy zrobić ambulatorium dla ludzi wykluczonych, z mobilnym szpitalikiem – dodaje A. Ptak. – W przyszłości chcielibyśmy stworzyć 20 miejsc stacjonarnych dla osób wymagających pomocy medycznej, rehabilitacji – takich, które nie wymagają hospitalizacji, ale nie są w stanie funkcjonować samodzielnie w schronisku.
Na Cybulskiego chodzi jednak o coś innego niż o zadbanie o podstawowe potrzeby człowieka. Czy rzeczywiście jest sens serwować bezdomnemu ambitne propozycje kulturalne? – Mam nadzieję, że taka osoba pomyśli sobie czasem przed snem nie tylko o tym, gdzie jutro nazbiera puszek i co zje, ale też „o co chodziło w tamtym przedstawieniu?”. To zaciekawienie może uwolnić ją od monotonii, szarości – wyjaśnia A. Ptak. – W bezdomnych ludziach drzemią czasem ukryte talenty, jakieś pokłady wrażliwości, czasem związane ze wspomnieniami z dawnych lat.
Tłumaczy, że istotą MiserArt jest bycie „między światami”; doprowadzanie do spotkań osób ubogich, wykluczonych z kulturą „wysoką” – tak, by poczuli się częścią wspólnoty. – Na szczęście nie dążymy jeszcze do tworzenia w miastach gett, dzielnic slumsów. Moim zdaniem, ludzie bezdomni wpisują się w życie organizmu, jakim jest miasto. To powinno być normalne, że – jak idzie rodzic z dzieckiem i mija bezdomnego, śpiącego na ławce, to nie każe się dziecku odwrócić i nie przyśpiesza kroku, tylko pyta: „Czy panu pomóc?”. Moim zdaniem bezdomni mogą uratować społeczeństwo, pomóc w zachowaniu wrażliwości – mówi.
Gdzie można usłyszeć o nowościach w Strefie Kultury MiserArt? Na razie głównie od znajomych oraz przez Facebooka. Andrzej zapowiada, że ma zamiar umieszczać informacje o wydarzeniach przy ul. Cybulskiego na okrągłym pawilonie ogrzewalni dla bezdomnych przy ul. Gajowickiej 62, traktując ów pawilon – obdarzany też nazwą „Dom na ulicy” lub „Street Home” – trochę jak słup ogłoszeniowy.
Święty Brat Albert też był artystą. – Dla mnie sztuka to przełamywanie barier, wykraczanie poza stereotypy. Wychodzenie do ludzi bezdomnych, ubogich również wymaga przekraczania barier. To wszystko mieści się w jednym nurcie – wyjaśnia Andrzej. „Trzeba być dobrym jak chleb…” – mówił święty protoplasta Towarzystwa Pomocy św. Brata Alberta. W starej piekarni już nad tym pracują.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół