• facebook
  • rss
  • Wyklęci odnalezieni

    Maciej Rajfur

    |

    Gość Wrocławski 10/2016

    dodane 03.03.2016 00:15

    Dzięki jej pracom udało się rozpoznać i zidentyfikować szczątki sanitariuszki „Inki” i majora „Łupaszki”.

    Gościem cyklu „Akademia Intelektu” była mgr Agata Thannhäuser, antropolog sądowy z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. W CODA „Maciejówka” opowiadała młodym ludziom o pracy, w której przywraca tożsamość bohaterom. – Wszystko zaczęło się niewinnie w 2011 roku na cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Dopiero zaczynałam przygodę zawodową – rozpoczęła swoje wystąpienie pracownica Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu.

    Pierwsze prace w poszukiwaniu „wyklętych” były sondażowe. Naukowcy kopali pomiędzy współczesnymi grobami, których nie można było uszkodzić. – Praca antropologa sądowego nie polega tylko na opisie szczątków. Przeprowadzamy badania interdyscyplinarne, gdzie antropologia staje się jednym z trybików – wyjaśniała studentom Agata Thannhäuser. Prace zaczynają się od kwerendy historycznej, pomagającej wytypować miejsca, gdzie bohaterowie mogli zostać pochowani. Drugi etap zahacza o archeologię i okazuje się niezwykle pomocny choćby w przypadku podwójnego pochówku i w odróżnieniu warstw glebowych. – Etap antropologiczny jest skorelowany z medycyną sądową. Mamy zasadę, że jeżeli ja na stole oględzinowym rozkładam szczątki, później medyk sądowy je składa. Nie możemy niczego przeoczyć – wyjaśniała prelegentka. Ostatni etap dotyczy genetyki, ale przed nim trzeba wytypować osobę do identyfikacji. Przy zbrodniach na żołnierzach drugiej konspiracji trudno mówić o pochówku. To było wrzucenie ciała do wykopanego dołu twarzą do ziemi, często po postrzale w tył głowy. Czasem także ze związanymi rękoma. – Przede wszystkim ustalamy trzy podstawowej markery: płeć, wiek i wysokość ciała. Dodatkowo opisujemy cechy indywidualne – tłumaczyła antropolog. Pamięta specyficzny przypadek, kiedy do stanowiska do pobierania materiałów genetycznych przyszły siostry Ewa i Elżbieta Smolińskie.– Jak się potem okazało, obok na stole oględzinowym leżał wtedy szkielet Eugeniusza Smolińskiego, który udało nam się zidentyfikować. Wtedy nikt o tym nie wiedział. Niezwykły zbieg okoliczności? – pytała samą siebie i studentów.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół