• facebook
  • rss
  • Z Kapitanem wśród wulkanów

    dodane 01.09.2016 00:00

    W łóżku czają się jadowite pająki, pustynię nęka… powódź. Raz po raz drży ziemia, prawie 500 olbrzymów gotowych jest wybuchnąć, a nowa kaplica stoi w strefie tsunami. Jak tu głosić Ewangelię?

    agata.combik@gosc.pl Ojciec Adam Bartyzoł, klaretyn z Podhala, swoją 7-letnią formację zakonną przechodził we Wrocławiu, tu także przez 3 lata był formatorem. – Zawsze marzyłem o wyjeździe na misje do Ameryki Południowej – mówi. Po kilku latach pracy w Polsce jego marzenie się spełniło – trafił do Chile. Do dziś odwiedza Dolny Śląsk podczas wakacji. Często ma ze sobą szczególną relikwię – polską flagę, która w 2010 r. została spuszczona pod ziemię do chilijskich górników. Uwięzieni w zawalonej kopalni, prawie 700 metrów pod ziemią, umieścili na fladze swoje autografy. To jedna z pamiątek ich cudownego ocalenia.

    Nie znasz dnia ani godziny

    Do katastrofy w kopalni miedzi i złota San José doszło w pobliżu Copiapó, gdzie o. Adam miał swoją parafię. Wśród 33 górników uwięzionych pod ziemią przez 69 dni – i ostatecznie szczęśliwie uratowanych – było 7 osób z jego parafii. – Ci ludzie naprawdę cudem przeżyli. Nie wiemy dokładnie, co działo się pod ziemią. Jeden z górników mówił, że toczyła się tam zacięta walka dobra ze złem. Czuł jednak, że Bóg wyciągnął do niego rękę, a on ją uchwycił – wspomina. Głośna katastrofa w kopalni to tylko jedna z niezliczonych, jakie nawiedzają Chile. To kraj niezwykły. – Ciągnie się wąskim pasem na przestrzeni prawie 5 tys. kilometrów. To tak, jakby od Lizbony do Moskwy – mówi klaretyn. – Mamy tu wielkie Andy i ocean, ze sztormami i groźbą tsunami, a ostatnio także trąbami powietrznymi; mamy najsuchszą na świecie pustynię i lodowce, ok. 3000 wulkanów, z czego prawie 500 czynnych. Wśród nich jest najwyższy wulkan na świecie, Ojos del Salado (6893 m. n.p.m.), za którego pierwszych zdobywców uznawani są Polacy. Chile leży w strefie wstrząsów sejsmicznych. O. Adam przeżył już tutaj w lutym 2010 r. trzęsienie ziemi o sile 8,8 w skali Richtera. Co miesiąc notuje się około… 200 wstrząsów, z czego co najmniej jeden jest naprawdę solidny. – Realne zagrożenie życia to nasza codzienność. Nikt nad tym nie biadoli, choć wiele osób straciło swoich bliskich podczas takich wydarzeń – mówi. – W rejonie, gdzie obecnie mieszkam, w okolicy Valdivii, w 1960 r. miało miejsce najsilniejsze trzęsienie ziemi spośród zmierzonych dotychczas w historii (9,5 w skali Richtera). Najpoważniejszym zagrożeniem na północy Chile jest co innego: niepozorny, za to bardzo jadowity pająk – araña de rincón, czyli „pająk narożny”. Jego ukąszenie często oznacza śmierć. – Wieczorem trzeba sprawdzić, czy nie ma go w łóżku, rano przetrząsnąć odzież. Znak krzyża czyniony przed snem ma tu naprawdę swoje znaczenie. Człowiek doświadcza na każdym kroku, że tylko Boża opieka może go ocalić – mówi o. Adam.

    Krokiem dzikiego osła

    Misjonarz najpierw trafił do wspomnianego Copiapó, miasta na pustyni Atacama. – Wychowałem się w bieli i zieleni, a tu nagle szarość i błękit nieba, wciąż monotonny błękit… Lato na północy trwa 300 dni w roku! – wyjaśnia. – Atacama jest najbardziej suchą na świecie pustynią, gdzie opady zwykle występują co 10–15 lat. Tak przynajmniej było kiedyś, bo anomalie klimatyczne dotarły i tutaj. Ostatnio pada co roku przez 2–3 dni, a w 2015 r. deszcze były tak obfite, że mieliśmy na pustyni powódź! Lawiny błota niszczyły dobytek mieszkańców. Jednak po opadach pustynia zmienia się w cudowny, kwitnący ogród. Ojciec Adam już w seminarium poznał język hiszpański, co ułatwiło mu start w nowym miejscu. – Latynoskie życie toczy się wolniej niż europejskie – można powiedzieć, że na pustyni posuwa się „krokiem dzikiego osła” – uśmiecha się misjonarz. – To oznacza, że robotnik może przyjść 2 dni później niż obiecał, ludzie gromadzą się na Mszy św. długo po czasie, o którym miała się zacząć… „Pierwszym twoim problemem jest to, że jesteś Polakiem” – powiedział mi chilijski lekarz, do którego udałem się z jakimiś swoimi dolegliwościami. Tu trzeba żyć bez europejskiej „spinki”. Nie jest to jednak proste. – W Copiapó mieszkaliśmy w niebezpiecznej dzielnicy. Zdarzało się, że pod naszymi oknami odbywał się handel narkotykami, porachunki miedzy gangami. Kiedyś w strzelaninie zginął człowiek. Nie mówiąc mi o tym, trumnę z jego ciałem złożono w salce parafialnej. Rano natknąłem się niespodzianie na nieboszczyka, a Mszę św. odprawiałem w towarzystwie jego kolegów – typów spod ciemnej gwiazdy – zastanawiając się, czy ktoś zaraz nie zaatakuje mnie nożem. Na szczęście ci ludzie naprawdę chcieli się pomodlić.

    Z pustyni pod rynnę

    Po 5 latach o. Adam trafił na południe Chile, do miejscowości Niebla (co znaczy „mgła”), leżącej na wybrzeżu oceanu, w okolicach Valdivii. – Z pustyni przeniosłem się pod rynnę – uśmiecha się misjonarz. – Mieszkańcy mawiają, że pada tutaj 13 miesięcy w roku. Panuje wielka wilgoć. Jestem góralem i lubię mieć twardą ziemię pod nogami, a to kraj oceanu, rzek, jezior, wysp... Ojciec Adam towarzyszy ubogim ludziom, żyjącym z rybołówstwa. – Bardzo ważny jest dla nich św. Piotr, patron rybaków. Każda wioska ma jego figurę. Uroczystość świętych apostołów Piotra i Pawła to wielkie święto. Odczytujemy wówczas imiona tych, którzy nie wrócili z połowu. W stronę oceanu płyną wielkie łodzie, kutry i małe łódki. Śpiewa się w nich religijne pieśni i biesiaduje – opowiada klaretyn. I wspomina o kaplicy, wzniesionej jego staraniem nad brzegiem oceanu. – Poprzednia, stara kaplica była zniszczona i pełna myszy, które roznoszą bardzo groźny wirus o nazwie Hanta. Nową zbudowaliśmy w 3 miesiące z pomocą trzech protestantów – mówi. – Tabernakulum, miejsce Kapitana, ma kształt koła sterowniczego, ołtarz utworzony został z fragmentu łodzi. Figura Matki Bożej stoi na postumencie w formie steru. Kiedy odprawiam Mszę św., widzę przed sobą morze. Potężne Andy, piękne i groźne, to kolejne wyzwanie. O. Adam pamięta tragedię, jaka spotkała trójkę Polaków zdobywających jeden z wulkanów. Chłopak biorący udział w wyprawie, idący za swoim kolegą, zniknął. Do bazy nie dotarł, ciała nie odnaleziono. Być może zabłąkał się w labiryncie lodowych form? Klaretyn uczestniczy w życiu Polaków w Chile. Swego czasu dotarł na metę rajdu Dakar, by pozdrowić Krzysztofa Hołowczyca. Polska nie jest Chilijczykom obca. I najbardziej ukochany święty to Jan Paweł II (o. Adam właśnie wiezie do swojej parafii jego relikwie), a wśród szczególnie zasłużonych dla kraju osób jest Ignacy Domeyko – XIX-wieczny geolog, badacz, inżynier górnictwa. W niezliczonych miejscowościach chilijskich znajdują się ulice jego imienia; istnieją nawet Góry Domeyki – jedno z pasm w Andach.

    Bóg chodzi między nimi

    Jak opisać tutejszą religijność? – Na północy mężczyźni prawie nie chodzą do kościoła. Twierdzą: „jestem wierzący na swój sposób”. To nie znaczy, że ta wiara jest słaba, tylko… specyficzna – mówi misjonarz. – Przykładowo: w tym regionie bardzo ważne są tańce religijne. Wykonuje się je z okazji świąt maryjnych, zwłaszcza w dzień Matki Bożej Gromnicznej. Ludzie mogą przez trzy dni tańczyć na pustyni w barwnych strojach, z bębnami, trąbkami, piszczałkami, w swoich grupach tanecznych składać Maryi specjalne promesy, czyli obietnice, a potem… przez cały rok nie pojawić się w kościele. W czasie 3-dniowego Święta Ojczyzny wszędzie pojawia się flaga narodowa, ludzie piją wino ze specjalnego rogu, tańczą narodowy taniec cueca. – W Polsce nie nauczyłem się niestety nigdy tańczyć po góralsku, ale w cueca jestem całkiem dobry – mówi o. Adam. – Latynoska dusza to dusza fiesty. A nieodłącznym elementem świętowania jest tu fasola! Mówię czasem Chilijczykom, że powinni mieć ją w herbie. Kapłan wspomina o rozmaitych chilijskich problemach, m.in. związanych z kryzysem rodziny, dotąd bardzo silnej. Kościół – ze względu na uwarunkowania polityczne, historyczne – nie u wszystkich cieszy się autorytetem. Choć jest wielu chrześcijan bardzo szanowanych za swoje oddanie na rzecz ubogich. – Śmieję się czasem, że, patrząc na liczbę osób w kościele, wiem, jaki wieje wiatr. Północny, niosący złą pogodę, oznacza, że jest ich dużo mniej. Zdarzało się, że odbyłem długą drogę do jakiejś odległej kaplicy, a na miejscu okazywało się, że tego dnia nikt na Mszę św. nie przyszedł. Nie można się tym zniechęcać – mówi. – Moją rolę jako misjonarza rozumiem jako bycie z tymi ludźmi. Mam odkryć „Boga chodzącego między nimi”, pośród ich ciężkiej pracy. Podczas wizyty w Chile Jan Paweł II swego czasu wskazał na wizerunek Chrystusa i powiedział dobitnie: „Nie bójcie się! Patrzcie na Niego!” Papieska wizyta pomogła wówczas krajowi wyzwolić się z dyktatury, papieskie słowa o Chrystusie zapadły ludziom w pamięć. Na tej drżącej, wybuchającej ziemi, na jakiej innej Skale można się oprzeć?

    Więcej informacji o posłudze o. Adama Bartyzoła CMF, a także możliwość kontaktu dla tych, którzy chcieliby wesprzeć jego posługę, na: www.claretianosniebla.wordpress.com.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół