• facebook
  • rss
  • Pierwszy i ostatni raz

    Maciej Rajfur Maciej Rajfur

    dodane 22.09.2016 18:43

    Miałem dokładnie 354 dni na to, żeby się z nim spotkać. Ale odkładałem i odkładałem. Aż było za późno. Dostałem nauczkę, która mobilizuje.

    Pana profesora Mariana Rutkowskiego poznałem 28 września 2015 roku na otwarciu wystawy o żołnierzach wyklętych. Poważny, a zarazem uśmiechnięty i otwarty. Od razu zrobił na mnie wrażenie. Mężczyzna z klasą. Na lewym ramieniu biało-czerwona opaska z napisem „NSZ. Brygada Świętokrzyska”. I wszystko jasne.

    Podszedłem, zagadałem. Ucieszył się, że chcę poznać jego historię. Żadnych oporów. Od razu przeszedł do konkretów. Zostawił wizytówkę i poprosił, żebym zadzwonił w ciągu kilku dni i umówimy się na spotkanie. Byłem pod wrażeniem. Już miałem odchodzić, gdy zatrzymał mnie, mówiąc: „A pokażę coś jeszcze Panu”. Wyciągnął mocno zużytą książeczkę inwalidy wojennego, otworzył ją, a w środku zobaczyłem jego zdjęcie z młodości, z partyzantki. Dumny polski żołnierz w mundurze z karabinem na ramieniu. I ręczny podpis: „Marian Osa Rutkowski”.

    Zapytałem, czy mogę sfotografować najpierw to zdjęcie, a potem jego. Zgodził się bez wahania. Potem mocny uścisk dłoni. Na odchodne rzuciłem: „Dziękuję za Pana walkę o Polskę przez całe życie. To dla mnie zaszczyt”. Uśmiechnął się i odparł tylko: „Do zobaczenia”, jakby chciał mi przypomnieć, że jesteśmy umówieni. A to był pierwszy i ostatni raz.

    Zdjęcie z młodości w partyzantce, które śp. prof. Marian pokazał mi podczas pierwszego spotkania   Zdjęcie z młodości w partyzantce, które śp. prof. Marian pokazał mi podczas pierwszego spotkania Maciej Rajfur /Foto Gość

    Przez ten rok zrobiłem wiele ciekawych rzeczy, odwiedziłem kilka pięknych i niezapomnianych miejsc, spotykałem mnóstwo wspaniałych osób, także kombatantów różnych formacji niepodległościowych. Niestety, przez praktycznie cały rok nie znalazłem czasu, żeby skontaktować się ze śp. prof. Marianem Rutkowskim. Nie potrafię wyjaśnić, dlaczego. Byłem ciągle czymś zajęty. Pierwszy i, mam nadzieję, ostatni raz.

    Z porucznikiem Rutkowskim ps. „Osa” nie zdążyłem. I żałuję, bo na własne życzenie. Bo mogłem, miałem okazję, dostałem szansę, właściwie sam ją stworzyłem. Ale potem wiadomo: wpadłem w wir życia i codzienne obowiązki. Wszystko stało się ważniejsze... Oby pierwszy i ostatni raz. Czas mijał i dla mnie minął. Tę potyczkę przegrałem, jednak dała mi srogą nauczkę, którą zapamiętam na długo. 

    I niech to będzie nauczka dla wszystkich, którzy mogą, którzy stają przed szansą spotkania z bohaterami, ostatnimi z ostatnich żyjących. Tu nie można zwlekać. Oni odchodzą w zastraszająco szybkim tempie na naszych oczach, a my jesteśmy tym pokoleniem, które jako ostatnie ma zaszczyt dotknąć historii żołnierzy wyklętych, Powstania Warszawskiego, obozów koncentracyjnych, zsyłek na Sybir...

    Życiorysem prof. Rutkowskiego można by obdarować hojnie kilka osób. Żołnierz, naukowiec, wykładowca, patriota, społecznik, który nie ukrywał swojego przywiązania do Pana Boga. W ostatnich latach angażował się w życie swojej parafii. (Więcej o śp. Marianie piszemy TUTAJ, a galerię zdjęć z pogrzebu można znaleźć TUTAJ.)

    W tym wypadku 354 dni minęły jak jeden. Na szczęście ta dręcząca świadomość, która złapała mnie przy trumnie żołnierza legendarnej Brygady Świętokrzyskiej, nie tylko sprawia ból, ale też mobilizuje. Wierzę, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy nie zdążyłem.

    Bohaterowie chodzą pośród nas po ulicach, a my o tym często nie wiemy. We Wrocławiu i w wielu innych polskich miastach organizuje się różnego rodzaju spotkania z kombatantami, żołnierzami Polskiego Państwa Podziemnego, weteranami walk o wolność ojczyzny. Sprawdź, bo może w twojej okolicy nadarzy się ta niepowtarzalna okazja. Nie ma już zbyt wiele czasu.

    Panie Poruczniku, spoczywaj w pokoju.

    Śp. Marian Rutkowski w dzień naszego spotkania   Śp. Marian Rutkowski w dzień naszego spotkania Maciej Rajfur /Foto Gość

     

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      20.09.2017 13:01
      To jest przykład totalitarnego podejścia lewactwa do inaczej myślących a szczególnie tych którzy traktują wiarę poważnie. Jak już jesteś takim ciemnogrodem to sobie wierz ale broń Boże publicznie a zwłaszcza nie stosuj się do zasad wiary. Jest to jawna dyskryminacja!
    • Louie
      20.09.2017 15:15
      (BTW - coś nie tak działa z komentowaniem, bo komentarze pojawiają się pod innym artykułem, niż powinien).

      Wyborcza i tak już dawno przekroczyła wszelkie granice w tworzeniu kłamliwego przekazu - że wspomnimy tu choćby redaktora Jacka Hugo-Badera, który wysmarowany pastą na buty poszedł na Marsz Niepodległości, aby złowić przejawy "nienawiści rasowej" (bo żaden czarnoskóry nie zgłosił nigdy, żeby na MN doznał jakichś nieprzyjemności), a że spotkało go rozczarowanie, to pisał o tym, jaka to "atmosfera" nienawiści wisiała w powietrzu (bo nikt nie chciał jak na złość niczego rasistowskiego powiedzieć ani pana redaktora zaczepić). Czy też wysyłane do redakcji GW fałszywki o brutalnym pobiciu przez kibiców, które GW bez jakiejkolwiek weryfikacji wykorzystywała (bo były "po linii" ideologicznej GW) - o sprawie wiemy, bo autorzy fałszywek później publikowali swoją korespondencję mailową z GW, ujawniając, że owego "pobicia" nigdy nie było.

      Wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby ci "anonimowi oburzeni" istnieli tylko w głowie redaktora GW (niekoniecznie to musi być przejaw szaleństwa, IMO to po prostu wyrachowane działanie, żeby nie daj Boże (a nie, przepraszam, to GW, więc powinno być coś w stylu "Nie daj Leninie") ktoś nie doszedł do konkluzji, że nikomu wśród pracowników nie przeszkadzała ta sytuacja i nie było żadnej presji na uczestniczenie (bądź nieuczestniczenie) we Mszy.
    • E
      20.09.2017 19:46
      Przede wszystkim należałoby skończyć z określeniem " neutralny światopoglàdowo". To jest sprytny zabieg językowy, ale wprowadza uprzywilejowanie dla ateistów. A ateista nie jest neutralny, bo ma pewien poglàd np wierzy że Boga nie ma. Więc co to za neutralność??
    • Pracownik skarbowy
      20.09.2017 20:05
      A czy komentującym przyszło do głowy jak mógłby się poczuć pracownik skarbówki, który nie wierzy w boga, albo wyznaje inną religię? Urząd skarbowy to nie korporacja, gdzie na "dzień dobry" padają pytania o tematy drażliwe. Nie bardzo rozumiem dlaczego nagle taka zmiana ? Tyle lat było neutralnie i nagle hop, ktoś "królika wyciąga z kapelusza". Nie podoba się "królik"? Oj nieładnie, będziemy o tym pamiętać dzieląc kolejne jałmużne premie, czy podwyżki. Jestem pracownikiem skarbówki od 20 lat, czułem niesmak tym co się działo. Zero transparentności, zero neutralności. Przykre to.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół