• facebook
  • rss
  • Czas płaczu, czas radości

    dodane 06.10.2016 00:00

    Nie ostatni raz dzisiaj słońce zachodzi, a po złej chwili piękny dzień nadchodzi – mówi z przekonaniem Maria Morożko, sybiraczka, która 12 października kończy 100 lat.

    Miej zawsze uśmiech na ustach – powtarza. Promieniuje pogodą ducha, choć ma za sobą straszne chwile w tajdze, a na wygnaniu straciła pięcioro bliskich. Dziś mieszka w Dąbrowie (parafia Świerczów w powiecie namysłowskim) razem z rodzoną siostrą Ludwiką, zwaną Wisią, która krząta się po domu. W końcu ma ledwie… 97 lat. Pani Maria też w miejscu nie usiedzi. – „100 lat będę miała, wózek żem dostała, ale cóż mi z wózka, kiedy nie ma Józka” [który by ją woził] – recytuje z błyskiem w oku. Wiersz kończy puenta, w której jubilatka zapowiada, że dalej będzie chodzić.

    Z orlego gniazda

    Pani Maria, z domu Orzeł, to rodowita góralka. Urodziła się 12 października 1916 r. w Żmiącej k. Limanowej, wówczas należącej do parafii św. Michała Archanioła w Ujanowicach. Przyszła na świat jako trzecie dziecko swoich rodziców. – Miałam dwóch starszych braci, Stanisława i Jakuba. Po mnie urodzili się: Ludwika, Rozalia, Wojciech, Helena, następnie Józef, Antoni i Teresa – wyjaśnia. W 1922 rodzice sprzedali gospodarstwo i wyruszyli na wschód kraju – gdzie, jak ogłaszano, parcelowane były ziemie dworskie. Zamieszkali w miejscowości Nastasów w powiecie tarnopolskim. Pani Maria nie od razu dołączyła do rodziny. Mieszkała przez 7 lat z babcią, która bardzo prosiła, by któreś z dzieci z nią zostało. Dopiero w 1929 r. wyjechała na Wschód. – Wioska, podzielona na 3 kolonie, była duża – miała 700 numerów; przeważali Ukraińcy, choć Polaków też sporo było. Dwie szkoły były, polska i ukraińska. Chleba nam nie brakowało – wspomina. Jej świat legł w gruzach wkrótce po wybuchu wojny. W 1939 r. dwaj bracia poszli na front – najstarszy, Stanisław, był w partyzantce, w górach. Jakub wrócił ranny w listopadzie 1939 r. do domu. Pociąg, którym jechał na front, został zbombardowany za Lwowem. Trafił do szpitala, potem do niemieckiej niewoli. Niemcy wypuścili jednak wtedy do domu pracowników poczty i kolei, a on przed wojną pracował na poczcie. – Już w listopadzie spisywali nas – nie wiedzieliśmy wtedy po co. Wywózka zaczęła się 10 lutego 1940 r., w sobotę po Popielcu – mówi pani Maria. – Mróz był ponad 30-stopniowy. Pamiętam, jak przed 6.00 pies zaczął skowyczeć. Zjawili się żołnierze – dwóch Rosjan i dwóch Ukraińców. Dali pół godziny na spakowanie się. „Na Sybir?” – pytała mama. „Nie nada tak goworit” – odparł Rosjanin, stwierdzając, że jadą „na drugi powiat”. Żołnierze złapali dzieżę, w której był zaczyn potrzebny do pieczenia chleba, zabrali do sadu i wylali. Na szczęście znajomi Ukraińcy dowieźli szybko przed południem rodzinie Orłów siedem bochnów chleba na drogę.

    Budiet wam Alleluja

    Zesłańcy zdążyli jeszcze zdjąć ze ściany i zabrać ze sobą mały obrazek Matki Bożej Tuchowskiej i dwa krzyże – niewielki, pamiątkę misji ludowych z 1931 r., i duży, rzeźbiony. Ten ostatni nie towarzyszył Orłom długo. Wkrótce stanął na grobie małej Orłówny. – Podróż trwała ponad miesiąc. 10 marca wysiedliśmy w Krasnojarsku, potem jechaliśmy cztery dni saniami po zamarzniętej rzece Jenisej. W połowie drogi młodsza siostra zachorowała – wspomina pani Maria. – Zaczęła krzyczeć, rzucała się. Na najbliższym noclegu w wiosce, brat odszukał lekarkę. Stwierdziła, że to zapalenie opon mózgowych. Cóż więcej mogła zrobić? Dziewczynka zmarła, mając 6 lat. To pierwsza w rodzinie ofiara wywózki. Wkrótce wszyscy byli chorzy. Po podróży w dusznych wagonach, a potem na ostrym powietrzu, przez dwa tygodnie wielu nie było w stanie ruszyć ręką ani nogą. Rozmieszczono ich najpierw w czterech lichych baraczkach w tajdze. – Wokół były tylko las i niebo, piękne drzewa wysokie na 40 metrów – mówi pani Morożko. Wspomina, że w Wielki Piątek zesłańcom dostarczono piły, siekiery. W Wielkanoc wygnali wszystkich do pracy. – Podzielili nas na brygady, w każdej było trzech mężczyzn i dwie kobiety. Poszliśmy do lasu, a dziesiętnikiem naszym był Mongoł – bardzo dobry człowiek. Mówimy do niego: dzisiaj robić nie będziemy, bo u nas wielkie święto! Obiecaliśmy, że następnego dnia wszystko nadrobimy. Ścięliśmy dwa drzewa, położyliśmy na krzyż, usiedliśmy na nich i cały dzień śpiewaliśmy wielkanocne pieśni. A on chodził i słuchał. Potem powiada tak: „Ot i budiet wam Alleluja!” Wiedział, co nas czeka. Ale nie naskarżył na nas.

    W tajdze i na traktorze

    Gdy uwolnione z lodów wody ruszyły, zesłańcy spławiali drewno. Spuszczali je na rzekę wpadającą do Jeniseju. Tuż przed Jenisejem pnie były zbijane w tratwy, a potem płynęły do Krasnojarska i dalej. – W tajdze spędziliśmy 17 miesięcy. W tym czasie połowa z nas zmarła – moja mama w październiku 1940 r. Jak się tyfus zaczął, to dziennie było nawet po 11 pogrzebów. Zdawało się, że nikt nie przeżyje – wspomina pani Maria. – Lekarz? Był. Ponoć szewc, z którego zrobiono lekarza, gdy przyjechaliśmy. Układ Sikorski–Majski zaowocował możliwością opuszczenia tajgi. – Mogliśmy poszukać sobie innego miejsca, ale tylko w obrębie krasnojarskiego kraju – mówi pani Morożko. 9 miesięcy spędziła w kołchozie, potem 3 lata w sowchozie – dużym majątku, z wieloma owcami. Przeszła szkolenie wojskowe. – To był kurs na sanitariuszkę, ale strzelać też bym umiała – zaznacza. Pracowała na traktorze, zatrudniona była również przy uprawie ogrodów z warzywami dla wojska. – Ostatecznie wróciliśmy do Polski w lutym 1946 r., inną trasą – wspomina. W tajdze z rodziny Orłów zmarła mama, dwie siostry i dwóch braci. Ojciec, oddzielony od krewnych, pracował w domu inwalidów. – W Krasjonarsku dostaliśmy informację, gdzie przebywa. Gdy przyjechał pociąg z Ałtajskiego Kraju, pod wagonami wołaliśmy „Orzeł, Orzeł!”. Tata się odezwał. Spotkaliśmy się! Transport z zesłańcami dotarł do Szczecina. Wielu z nich, także rodzina Orłów, chorowało na malarię. Lekarz odradzał im pobyt na nadmorskim terenie. Ze Szczecina pojechali więc do Gubina, a stamtąd w góry. Dowiedzieli się, że najstarszy brat, Stanisław, pojechał na Śląsk, zostawiając adres nowego lokum. I tak trafili do Dąbrowy – gdzie Stanisław wytrwale oczekiwał, aż ktoś z rodziny powróci. Szczęśliwie odnalazła ich także pani Ludwika – która na Syberii nie była, ale jej dzieje, warte osobnej opowieści, były nie mniej dramatyczne. – Przyjechaliśmy w piątkę: tato, ja, Wisia, Wojtek i Hela. Jakub został w Gubinie, gdzie dostał pracę na poczcie – mówi pani Maria.

    Przystań

    Tegoroczna jubilatka wyszła za mąż za Aleksandra Morożko w 1957 r. Małżonek, wdowiec, był przedtem przez 12 lat więziony. Budował kolej transsyberyjską. Odzyskał wolność dopiero po śmierci Stalina. – Mówił o Marii: Taką sobie za żonę wezmę, bo ona mnie będzie rozumiała – wspomina pani Wisia. Zmarł w 1978 r. W niemowlęcym wieku zmarło ich jedyne dziecko, synek. Dwie siostry żyją w pięknie ukwieconym domu, otoczone życzliwością mieszkających po sąsiedzku krewnych. Proboszcz, ks. Krzysztof Szczeciński, podkreśla, że są osobami bardzo oddanymi Kościołowi, ofiarnymi. – To prawdziwe patriotki. Interesują się tym, co dzieje się w Kościele, w kraju, na świecie. Uważnie śledzą katolickie media – zauważa. – To osoby, z którymi porozmawiać można na wiele tematów, niezwykle bystre i bardzo pogodne. Taki też był ich zmarły 7 lat temu brat, Wojciech – znany z tego, że miał na każdą okazję gotowe wiersze – deklamował je podczas odpustów, ślubów, uroczystości patriotycznych... Pani Maria w swojej stuletniej pamięci nosi również mnóstwo wierszy, jeszcze z czasów szkolnych. Czasem, gdy nie może spać, układa własne. Niektóre powstały jeszcze na zesłaniu. „Ziemio sybirska, ziemio przeklęta, jakżeś ty dla nas dziś droga i święta” – brzmią wersy ułożone po śmierci matki. „W tobie niewinne spoczęły ofiary. Na nich krzyż stanął, symbol naszej wiary, a krzyż ku niebu wznosi swe ramiona. Ty przez te krzyże jesteś uświęcona”. Może poezja to recepta na długowieczność? W przypadku sióstr do tej recepty dopisać trzeba też codzienne mleko o poranku i posiłki nie „z gazu”, ale z tradycyjnej kuchni węglowej. Od lat nie kosztują alkoholu – zobowiązanie do abstynencji podpisały w czasie peregrynacji obrazu Matki Bożej w ramach Wielkiej Nowenny. Wydaje się, że aby dożyć w zdrowiu sędziwego wieku, warto zamieszkać w Dąbrowie. Jak mówi proboszcz, ponad 10 mieszkańców tej wsi to 90-latkowie. Jak można być pogodnym po tak dramatycznych przejściach? – Wiecznie płakać nie można – mówi pani Wisia. – Owszem, jest czas na płacz. Ale potem wstaje nowy dzień. Jest czas radości.• Msza św. w intencji jubilatki odbędzie się w kościele pw. św. Jadwigi w Dąbrowie (należącej do parafii w Świerczowie) 15 października o 14.00, w przeddzień odpustu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół