• facebook
  • rss
  • Bez jednej recepty

    dodane 06.12.2016 10:00

    O ciągłych poszukiwaniach, bezdomnym doktorancie i nauce makijażu w schronisku opowiada Bohdan Aniszczyk, długoletni prezes (od roku wiceprezes) Towarzystwa Pomocy św. Brata Alberta.

    Agata Combik: Towarzystwo sprzed 35 lat, z jednym lichym barakiem we Wrocławiu, i to dzisiejsze – to dwie różne rzeczywistości.

    Bohdan Aniszczyk: Tak, choć są rzeczy niezmienne. Nadal pełnimy funkcję „socjalnego pogotowia ratunkowego” – pomagamy tym, którymi nikt nie chce się zająć. Modelowy przykład: ludzie chorzy, których szpital dłużej nie ma możliwości zatrzymać u siebie, a nie ma ich gdzie umieścić. My również nie mamy warunków, by opiekować się nimi, ale bywa, że są nam dosłownie „podrzucani” pod drzwi. Nie zostawiamy ich samym sobie. Jednak standardowy obraz bezdomnego – pijanego, brudnego, śmierdzącego – jest coraz częściej nieaktualny. Owszem, i tacy są, lecz przybywa innych: ludzi, którzy może wyglądają inaczej, ale pogubili się w nowej rzeczywistości. Kiedyś przyjmowało się, że mniej więcej połowa bezdomnych osób korzysta ze schronisk, dziś jest to ok. 60 proc.

    Kim są te osoby?

    Jeśli ktoś mnie pyta, jacy są bezdomni, mówię: proszę mi opowiedzieć jakikolwiek życiorys, a takiego człowieka na pewno mamy w schronisku. Mieliśmy doktorów, profesora – który trafił tu z powodu zaburzeń psychicznych, bywają biznesmeni, dziennikarze. Przez pewien czas przebywał u nas pewien student z Afryki, któremu rząd jego kraju obciął stypendium. Pisał u nas doktorat… W takich przypadkach sytuacja bezdomności jest raczej tymczasowa. Jeśli jednak ktoś jest bezdomny przez 2–3 lata, pozrywa więzi, kontakty, jest trudniej. Pewien psycholog stwierdził, że bezdomność ma wszelkie symptomy uzależnienia. I że wychodzi się z niej tyle czasu, ile się wchodziło.

    A sukces niepewny.

    Jakieś 15 lat temu samorządy zaczęły dochodzić do wniosku, że warto wspomóc bezdomnych. W Rzeszowie oddano 3 mieszkania naszym podopiecznym. Po pół roku okazało się, że jeden zrobił w swoim lokalu melinę, drugi gdzieś zniknął (a w mieszkaniu też powstała melina) i tylko trzeci jako tako się trzymał. To był wyraźny sygnał: nie wystarczy dać tym ludziom mieszkanie. Powrót do pracy? Bywa, że ktoś niby ma zawód, ale wykonywał go dawno temu, przez krótki czas. Ponadto w bezdomności zatraca się takie nawyki jak wstawanie o określonej porze, zdolność gospodarowania pieniędzmi. Żyje się z chwili na chwilę. A żeby przetrwać, zwykle zaczyna się pić. Niektórzy w schronisku wcale nie garną się do pracy, bo zredukowali swoje potrzeby do minimum i niczego więcej nie chcą poza tym, co daje placówka. Mnóstwo ludzi nie che pracować legalnie, bo unika komorników. Niektórych trzeba wciąż uczyć, by nie brali kolejnych kredytów...

    Jak więc tym ludziom pomóc?

    Nie ma gotowej recepty. Mamy różne projekty aktywizujące zawodowo, także z kursami komputerowymi, itd. Są zwykle skuteczne wobec pewnej grupy osób, wobec innej nie. Czasem bywamy zaskakiwani. Przykładowo w schronisku dla kobiet prawdziwą rewelacją okazały się zajęcia z nauką makijażu, dobierania fryzury, itp. Okazało się, że kiedy panie poczuły, że mogą ładnie wyglądać, być zadbane, mobilizowało je to także do innych, poważniejszych działań. Wobec mężczyzn bardzo cenne okazały się działania sportowe. Wśród naszych podopiecznych mieliśmy byłego piłkarza. Postanowiliśmy to wykorzystać. Przy treningach, rozgrywkach nagle okazało się, że panowie potrafią być punktualni, obowiązkowi, zadbać o strój.

    Wydaje się, że podopieczni schronisk prowadzą czasem bogatsze życie kulturalne niż przeciętny Polak.

    Koncerty w schronisku, przedstawienia, zaangażowanie w produkcje filmowe (Cinema Albert Production), to ma swoje znaczenie. Choć znów – nie dla wszystkich. Kluczowe są relacje miedzy opiekunami a podopiecznymi, a także współpraca samych opiekunów. Czasem coś przynosi dobre owoce zupełnie niespodziewanie. Przykładowo: zawsze było dla nas oczywiste, że kierownikiem schroniska dla mężczyzn jest mężczyzna, a schroniska dla kobiet – kobieta, tymczasem w kilku placówkach z konieczności stało się inaczej. I co? Okazało się, że w obecności pani kierownik panowie o wiele lepiej się zachowują, dbają o czystość, i na odwrót: przy kierowniku płci męskiej panie próbują się pokazać od lepszej strony.

    Próbujecie, szukacie…

    Nieustannie. I nie zawsze sprawdzają się np. rozbudowane europejskie projekty dla bezdomnych. Człowiek dostaje wtedy darmowo dodatkowe jedzenie, opiekę zdrowotną, kursy, różnych doradców. Wszystko. A inni zaczynają patrzeć na niego trochę jak na… wroga. Niejedna osoba walczy samotnie z różnymi problemami, stara się, a nikt w taki sposób jej nie pomaga. Pojawia się myślenie: „opłaca się spaść na dno, w bezdomność, wtedy ktoś się mną zajmie”. Czasem lepiej jest pomóc człowiekowi wspiąć się o jedno piętro wyżej, niż windować go od razu na szczyt. Podobnie ma się sprawa z mieszkaniem. Po wspomnianych problemach w Rzeszowie pojawiały się inne rozwiązania. Stopniowo wypracowywaliśmy model mieszkania readaptacyjnego – gdzie dany człowiek uczy się samodzielności, ale ma zapewnioną asystę, pomoc. Bardzo cenne są także spółdzielnie socjalne. Cały czas się uczymy.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół