• facebook
  • rss
  • Zobaczyłem Ducha

    Maciej Rajfur Maciej Rajfur

    dodane 31.01.2017 21:03

    Na koncercie, a potem… w więzieniu. I zrozumiałem jeszcze lepiej, że Pan Bóg nie lubi stereotypów.

    Dwa zupełnie różne wydarzenia dzień po dniu. W pierwszym przypadku 5 tysięcy ludzi, w drugim - ok. 40. Jedno miejsce zawsze otwarte na różnego rodzaju imprezy kulturalne i sportowe. Wręcz zabytek do zwiedzania, wizytówka Wrocławia. Drugie - obiekt zawsze zamknięty i właśnie to zamknięcie wyróżnia go spośród innych budynków miasta. Zapewne nikt nie chciałby go zwiedzić.

    Do pierwszej lokalizacji ludzie podążają chętnie, czasem biją się o bilety, wyprzedzają w pościgu o dobre miejsca. Od drugiej uciekają, jak najdalej mogą. A jeśli muszą tam trafić, to na pewno niechętnie.

    W pierwszym przypadku 5 tysięcy Dolnoślązaków wzywało Ducha Świętego w przepięknej aranżacji muzycznej i świetlnej. To była modlitwa okraszona imponującym widowiskiem i poziomem artystycznym. W drugim - 20 mężczyzn prosiło o Ducha Świętego. Przygrywał organista na keyboardzie. Śpiewali pod nosem, nieśmiało, bo jacy z nich muzycy. Nie było ludzkich fajerwerków, ale Boże jak najbardziej.

    Dwa zupełnie różne światy, do których trafiła ta sama łaska i moc pochodząca z jednego źródła. Zobaczyłem Ducha. W odmiennych okolicznościach, w kompletnie odległych od siebie klimatach. Ale działał zarówno w ogromnej Hali Stulecia, jak i niewielkiej kaplicy więziennej Zakładu Karnego w Wołowie.

    Pierwszy obrazek to koncert ewangelizacyjny "Betlejem Wrocławskie" - jeden z dwunastu, które odbyły się w największych polskich miastach. Tłumy uwielbiają Boga, wyśpiewując kolędy, pastorałki i pieśni bożonarodzeniowe. Z głośników wydobywa się radosne: Gloria! Ludzie wstają z krzesełek. Tańczą, śpiewają na chwałę Bożą. Starsi, średni, młodsi. Bez wyjątku.

    Po wszystkim wielki zachwyt i rosnące oczekiwanie na kolejną taką inicjatywę.

    Na drugi dzień tułaczka dziennikarska zaprowadziła mnie do Zakładu Karnego w Wołowie. Zdecydowanie ciszej. Słychać trzask krat, szczęk zamykanych zamków, polecenia w krótkofalówce strażnika więziennego. Reflektory sceniczne zamienione na proste lampy. Kraty w oknach nadawały specyficznego klimatu.

    To bierzmowanie w więzieniu. Mówiąc ostrym slangiem: Dwudziestu zapuszkowanych chłopa zdecydowało, że bez Ducha Świętego ani rusz! Z rąk bp. Andrzeja Siemieniewskiego przyjęli sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. W uroczystości uczestniczyły rodziny osadzonych. Panowało wzruszenie. 

    I odpowiadając na pytania: tak, byli łysi, byli też wytatuowani. Niektórzy ubrani w koszule, elegancko, inni w zwykłych bluzach. Roczniki różne - 80, 87, 93.

    Wiecie, co mi najbardziej utkwiło w pamięci? Wypowiedziane tubalnym, męskim głosem przez 20 rosłych mężczyzn: „Pragniemy, aby Duch Święty, którego otrzymamy, umocnił nas do mężnego wyznawania wiary, i do postępowania według jej zasad. Amen”. Do teraz słyszę to w głowie i od razu się uśmiecham.

    Więzienie i bierzmowanie - niezły hardkor. Niecodzienne połączenie, prawda? Coś nietypowego, takiego… niezwykłego i jednocześnie tajemniczego.  No bo, że w kościele się przyjmuje sakrament to norma. Każdy dorosły prawie przez to przeszedł.

    I nagle wpada zaskakująca myśl, że właśnie nie! To nie tak! Nie rozumujmy kategoriami tego świata. Jesteśmy z Boga, więc myślmy po Bożemu. A Bóg może wszystko i wszędzie. Jego działanie jest wszechmocne. Tam, gdzie nam się wydaje, że się nie da, że nie można, że to dziwne lub, że nie wypada, tam Duch Święty się wylewa. 

    Ile krat byś nie zatrzasnął, ile zamków nie przekręcił, ile drzwi nie zamknął - jeśli otworzysz serce - On będzie działał. A więzienie, tak bardzo symbolicznie odczytane, jest tego najlepszym przykładem.

    Ta dwudziestka ocalonych (jak ich nazywam) pokazała mi, że to my sami możemy sobie zafundować największe więzienie i założyć najmocniejsze kraty na własną duszę.

    Owszem, nie wiem, co się stanie dalej z bierzmowanymi w wołowskim zakładzie karnym. Jaką drogę wybiorą? Wiem natomiast, że ziarno zostało zasiane. Na plon trzeba poczekać. I to wszystko? Nie.

    Ludzie czasem mówią: „A co taki bandyta jeden z drugim, nagle po sakramencie się zrobi święty?”. Skreślają osadzonych tymi słowami. Inni wypisują komplementy pod adresem bierzmowanych, zachwycając się sytuacją. Wszyscy możemy zrobić zdecydowanie więcej: pomodlić się za nich.

    Wtedy pomagamy im wykonać kolejny krok do świętości. Wbrew pozorom droga, która ich jeszcze czeka, nie zmieniła się w prostszą i łatwiejszą.

    Pochopną oceną zaś utrwalamy stereotypy. A stereotyp to nic innego jak efekt myślenia zupełnie ludzkiego. Bóg brzydzi się takim słowem.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • Gość
      20.09.2017 13:01
      To jest przykład totalitarnego podejścia lewactwa do inaczej myślących a szczególnie tych którzy traktują wiarę poważnie. Jak już jesteś takim ciemnogrodem to sobie wierz ale broń Boże publicznie a zwłaszcza nie stosuj się do zasad wiary. Jest to jawna dyskryminacja!
    • Louie
      20.09.2017 15:15
      (BTW - coś nie tak działa z komentowaniem, bo komentarze pojawiają się pod innym artykułem, niż powinien).

      Wyborcza i tak już dawno przekroczyła wszelkie granice w tworzeniu kłamliwego przekazu - że wspomnimy tu choćby redaktora Jacka Hugo-Badera, który wysmarowany pastą na buty poszedł na Marsz Niepodległości, aby złowić przejawy "nienawiści rasowej" (bo żaden czarnoskóry nie zgłosił nigdy, żeby na MN doznał jakichś nieprzyjemności), a że spotkało go rozczarowanie, to pisał o tym, jaka to "atmosfera" nienawiści wisiała w powietrzu (bo nikt nie chciał jak na złość niczego rasistowskiego powiedzieć ani pana redaktora zaczepić). Czy też wysyłane do redakcji GW fałszywki o brutalnym pobiciu przez kibiców, które GW bez jakiejkolwiek weryfikacji wykorzystywała (bo były "po linii" ideologicznej GW) - o sprawie wiemy, bo autorzy fałszywek później publikowali swoją korespondencję mailową z GW, ujawniając, że owego "pobicia" nigdy nie było.

      Wcale nie byłbym zdziwiony, gdyby ci "anonimowi oburzeni" istnieli tylko w głowie redaktora GW (niekoniecznie to musi być przejaw szaleństwa, IMO to po prostu wyrachowane działanie, żeby nie daj Boże (a nie, przepraszam, to GW, więc powinno być coś w stylu "Nie daj Leninie") ktoś nie doszedł do konkluzji, że nikomu wśród pracowników nie przeszkadzała ta sytuacja i nie było żadnej presji na uczestniczenie (bądź nieuczestniczenie) we Mszy.
    • E
      20.09.2017 19:46
      Przede wszystkim należałoby skończyć z określeniem " neutralny światopoglàdowo". To jest sprytny zabieg językowy, ale wprowadza uprzywilejowanie dla ateistów. A ateista nie jest neutralny, bo ma pewien poglàd np wierzy że Boga nie ma. Więc co to za neutralność??
    • Pracownik skarbowy
      20.09.2017 20:05
      A czy komentującym przyszło do głowy jak mógłby się poczuć pracownik skarbówki, który nie wierzy w boga, albo wyznaje inną religię? Urząd skarbowy to nie korporacja, gdzie na "dzień dobry" padają pytania o tematy drażliwe. Nie bardzo rozumiem dlaczego nagle taka zmiana ? Tyle lat było neutralnie i nagle hop, ktoś "królika wyciąga z kapelusza". Nie podoba się "królik"? Oj nieładnie, będziemy o tym pamiętać dzieląc kolejne jałmużne premie, czy podwyżki. Jestem pracownikiem skarbówki od 20 lat, czułem niesmak tym co się działo. Zero transparentności, zero neutralności. Przykre to.
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół