• facebook
  • rss
  • Liturgia to nie happy meal

    ks. Rafał Kowalski

    dodane 24.02.2017 11:08

    "Ksiądz wyprosił dziecko z kościoła" - grzmiały ostatnio lokalne media na Dolnym Śląsku. I chociaż z relacji naocznych świadków nikt nikomu nie nakazywał opuszczenia świątyni, a duchowny miał jedynie poprosić o uspokojenie "dokazującego" przed ołtarzem malca, to i tak sytuacja jest zbyt poważna, by się jedynie po niej prześlizgnąć i pozostawić z komentarzem, iż takim postępowaniem odpycha się ludzi od wiary. Na co można pozwolić najmłodszym uczestnikom Mszy św.?

    Dokumenty Kościoła pozwalają na dokonanie pewnych adaptacji tekstów biblijnych w czasie Eucharystii z udziałem dzieci, a Sobór Watykański II zobowiązywał duchownych, by zabiegali o czynny udział wszystkich wiernych w liturgii. Nie otwiera to jednak drogi do czynienia z tychże Mszy świętych religijnego McDonald’sa. Liturgia nie może stać się produktem w stylu happy meal, który oferujemy dziecku po to, by grzecznie zjadło obiadek. Jakkolwiek to zabrzmi teologicznie – na liturgię przychodzimy, by się zbawić, a nie zabawić.

    Posługując w parafii, często słyszałem skargi, że najmłodsi uczestnicy Mszy świętych, biegając i krzycząc, a nierzadko fikając koziołki ze zręcznością mistrzów olimpijskich w gimnastyce sportowej, zwyczajnie przeszkadzają w modlitwie. Owszem, można tłumaczyć: niech wybiorą sobie inną godzinę Eucharystii i problem z głowy. Z głowy dla tych ludzi, ale nie dla duszpasterza. Bo czy jeśli ktoś wybierze się ze swoimi dziećmi do teatru na sztukę dla przedszkolaków, pozwoli milusińskim wbiegać na scenę, bawić się tam samochodzikami, głośno rozmawiać czy krzyczeć, tylko dlatego, by nie odpychać dziecka od sztuki? Gdy rodzina wybiera się do muzeum, pozwala, by dziecko strzelało sobie do obrazów z pistoletu na wodę? Nie, ponieważ czujemy, że są pewne przestrzenie, w których zachowujemy się inaczej niż na placu zabaw czy w supermarkecie.

    Być może jako duchowni musimy także uderzyć się w piersi, że w wielu miejscach za bardzo staraliśmy się, by na liturgii dziecko się przede wszystkim dobrze bawiło, pozostawiając na drugim miejscu to, co istotne – oddanie czci Bogu i uświęcenie człowieka. Niemniej jednak myślę, że dojrzeliśmy już, by rozpocząć dyskusję na temat tego, co można zrobić, by dzieci uczestniczyły aktywnie w niedzielnej Mszy świętej, a przy tym miały poczucie, że przekraczając drzwi świątyni wchodzą do przestrzeni, która zdecydowanie różni się od piaskownicy czy aquaparku.

    «« | « | 1 | » | »»

    oceń artykuł

    Reklama

    • artik389
      24.02.2017 15:30
      Nie odnoszę się do opisanej sytuacji bo jej nie znam, wiem ze rodzice często nie pilnują dzieci, a nie pilnują bo wychowują je bezstresowo (czyli nie wychowują). Kościół i księża mają też zadanie wychowywać społeczeństwo na bazie nauk Chrystusa a tego nie robią. Kazania są wydumane i filozoficzne. Nic o życiu, nic o relacjach międzyludzkich, nic o szatanie i karze za grzechy. Jednak to jak ksiądz napisał o problemie świadczy o wielkiej niechęci do małych dzieci na mszy św. Dziwne, ja opisane przypadki (koziołki, fikołki, traktowanie kościoła jak mcdonalds) w zasadzie nie widziałem. Jeżeli księdzu przeszkadzają dzieci w sprawowaniu eucharystii to może być oznaka słabej więzi z Bogiem, braku oddania się Jego woli. To raczej chęć bycia poważnym kapłanem (wszystko jedno jakiej religii) niż bycie pasterzem, przewodnikiem duchowym. Kapłaństwo jako zawód. Zaśpiewać, napisać i powiedzieć kazanie, zebrać tacę, dać ślub...itd. Może w tym jest problem a nie w dzieciach. Odsyłam do pisma św. co mówił Jezus o niesfornych dzieciakach.
      doceń 29
    • krut00
      24.02.2017 16:28
      Piętnaście lat temu myślałem bardzo podobnie do księdza redaktora. Ksiądz proboszcz, Michalita ! w owym czasie jednak zabronił siostrom zabierania dzieci w trakcie kazania w osobne miejsce. Moja, mała wówczas, córeczka szybko znalazła sobie koleżankę i razem w najlepsze rozrabiały w kościele, ku uciesze jednych i zgorszeniu drugich. Wszelkie interwencje rodziców przynosiły jedynie chwilowe efekty. Nawet pewnego razu przyniosły małą piłeczkę, którą zaczęły bawić się w głównym przejściu... Zabawka ta została na czas mszy wreszcie skonfiskowana przez jednego z wiernych. Przyznam szczerze że zupełnie nie rozumiałem wtedy polityki księdza Stasia. Tymczasem pewnego dnia w czasie mszy wielkanocnej, po słowach Chrystus umarł, moja mała pociecha odłożyła kredki i zaczęła mnie ciągnąć za rękaw mówiąc: Tata! Bozia nie żyje. Nie słyszałeś? Tracimy czas! Chodź już do piaskownicy. Wtedy dopiero zrozumiałem że małe dzieci są często bardziej obecne w kościele od niejednego dorosłego, czego każdemu (sobie też) gorąco życzę.
      doceń 23
    • ledziu
      27.02.2017 09:34
      Przytoczę mój przykład. Małżeństwo z 3 letnią córka. Dopóki córka nie mówiła nie chodziliśmy razem do kościoła. Gdy zaczęła mówić siadaliśmy z tyłu ale to też zaczęło przeszkadzać ale tylko tym osobą, które nigdy dzieci nie miały. Postanowiliśmy, żeby nikomu przeszkadzać nie będziemy. Zaczęliśmy chodzić na mszę święto osobno i tak oto z żoną raz na pół roku idziemy razem do kościoła. Każde dziecko jest inne i nie każde wysiedzi godzinę lub zabawi się książeczką i nie chodzi tu wcale o wychowanie. Jeśli do starszych dzieci jeszcze coś w kościele można znaleźć do dla maluchów tyle co nic. Tyle kościół mówi o rodzinie, że w niedziele rodzina ma być razem. Może zamiast się oburzać na dzieci ksiądz spróbuje zrobić mszę dla rodziny.
    • Cristoforo
      28.02.2017 09:20
      Ja przytoczę nasz przykład - nasz starszy syn, gdy był całkiem mały chodził z nami na msze czesto także w tygodniu, wiadomo - czasem biegał (oczywiscie staralismy sie trzymac w jakis ryzach, ale bez przesady - ktoś kto twierdzi, ze się da roczne dziecko usadzić na 45-60 minut - nie wie co mówi), czesto cos jadl (bo np. czasem to jedyna metoda, zeby je uspokoic albo wczesnije myslal, ze nie jest glodny, a teraz z glodu umiera), ksiezom to nie przeszkadzalo, a nawet wszyscy sie z nim chetnie witali, na czele z ks. proboszczem. Teraz ma 3,5 roku, spokojnie siedzi na calej mszy, a nawet caly czas prosi, zeby tlumaczyc mu co jest w czytaniach, Ewangelii, kazaniu, calej liturgii (to i dal nas czesto wzbogacające, zeby sobie wszystko na prostszy jezyk przelozyc). Mamy mozliwosc zostawic go z babcia, ale on czesto sam chce isc, a w ostatnią sobote, gdy poszlismy byla ewangelia "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie", utwierdzilismy sie, ze to dobre podejscie. I jeszcze jedna rzecz: kilka razy bylem na mszach calkiem dla dzieci - milo bylo patrzec, jak dzieci są zaangazowane - czy to tak duzo, zeby pozwolic dzieciom niesc dary, albo czy to tak duzo, zeby zapewnic siostre do poprowadzenia katechezy dla dzieci w trakcie kazania? Dzieci chca rozumiec co sie dzieje i aktywnie uczestniczyc. Dorosli tez, tylko jesli nie rozumiejuą kazania nie zaczną krzyczec czy biegac, bo to ciekawsze - tylko czy to tylko o to chodzi?
    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół