• facebook
  • rss
  • W stronę światła

    dodane 09.03.2017 00:00

    Przytłaczający lęk, obsesje, urojenia, ogromny smutek… Jak pośród nich odnaleźć sens życia i drogę do Boga? Można! – mówią ci, którzy opuścili lub wciąż opuszczają swoje „ciemne doliny”.

    Trzeba być mocnym psychicznie, żeby chorować psychicznie – uśmiecha się Marta, jedna z uczestniczek grupy wsparcia, która spotyka się we wtorki w parafii pw. św. Bonifacego we Wrocławiu.

    Wychodząc z dołka

    Martę dotknęła najpierw depresja. Miała wtedy 17 lat. Potem przyszła psychoza, schizofrenia. – Dzięki naszej grupie lepiej rozumiem siebie, innych ludzi, chorobę – mówi. – Schizofrenia to wejście w nierealny świat, ale też mierzenie się z potężnym lękiem. Trzeba mieć dużo siły, by go znieść, by przetrwać, dopóki nie minie. Basia ma „tylko” uciążliwe tiki; Maria wspomina o „stanach schizoafektywnych” i depresji. Opowiada o traumie związanej z komisją rentową, ale i sukcesach – uczy obecnie języka angielskiego w jednym ze stowarzyszeń. Justyna z kolei mimo choroby pomaga siostrze w opiece nad dziećmi. Uchodzi również za prawdziwego eksperta od telefonów komórkowych. – Cieszę się z samej siebie – mówi. – Ja za wiele nie powiem. Długo choruję. Jestem teraz w dołku – zaznacza Małgorzata, ale potem i na jej twarzy pojawia się uśmiech. Dorota, cierpiąca na schizofrenię, leczy się od 15 lat, a od 10 pracuje jako kasjerka. – Tak, to stresujące zajęcie, ale daję radę. Jeśli mi trudno, dzwonię do przyjaciela – wyjaśnia. Na szczęście może liczyć na życzliwą akceptację kolegów z pracy, świadomych jej choroby. Joasia od dziecka miała problemy zdrowotne. – Po niepełnosprawnych rodzicach mam uszkodzony układ nerwowy – tłumaczy. Zmagała się z ADHD, depresją. W grupie jest „klucznikiem”. Otwiera i zamyka salkę; uchodzi za osobę, która o wszystkim pamięta i jest dobrze poinformowana. Elwira, lecząca się od 20 lat, wyjaśnia, że przychodzi tu, by zmienić otoczenie. Ewa opowiada o swoim macierzyństwie. Jest szczęśliwą mamą dorosłych już dzieci. Druga Ewa, miłośniczka opery, zaczęła chorować na depresję, gdy w jej życiu nastąpiła seria niefortunnych wydarzeń – choroba męża, zwolnienie z pracy. W rodzinie i wśród znajomych odnalazła wsparcie. – Nie tylko nie stygmatyzują mnie, ale czasem nawet zwracają się do mnie ze swoimi problemami, jako do osoby, która wiele przeszła – mówi. Dla Danusi każdy pobyt na oddziale zamkniętym w szpitalu był koszmarem. Dziś wygląda jak uosobienie pogody ducha. Lubi eksperymentować w kuchni, cieszy się przyjaciółmi i psem Pikusiem. Mówi, że w chorobie psychicznej ważne jest, by po prostu uznać, że się jest chorym i potrzebuje się leczenia. Nie każdy od razu to potrafi.

    Walczą nie tylko o siebie

    Wśród uczestniczek spotkań u św. Bonifacego jest też Teresa, mama Kamili, u której, po wielu latach „chodzenia po lekarzach”, zdiagnozowano schizofrenię. Wspomina udrękę, jakiej doświadczała cała rodzina, zanim nie rozpoczęto właściwego leczenia. – Jako matka czułam, że coś jest nie tak, nie wiedziałam jednak co… – mówi. Trudno jest pomóc dorosłej osobie, dopóki sama nie tego zechce. Obecnie Kamila ma już świadomość choroby i sama pilnuje leczenia. – Przychodzę na spotkania, bo potrzebuję wsparcia, a także wiedzy na temat schizofrenii. Chcę rozumieć swoje dziecko – wyjaśnia jej mama. Asi doskwiera wada słuchu. – Byłam osobą bardzo nieszczęśliwą, chciałam popełnić samobójstwo. Dziś moje życie wygląda zupełnie inaczej niż 10–15 lat temu – dodaje. Lubi pisać, ma na swoim koncie różne artykuły, także autobiografię. Stara się wykorzystywać wiedzę, jaką zdobyła, ucząc się biblioterapii, studiując bibliotekoznawstwo. Na grupę wsparcia przygotowuje pogadanki dla koleżanek. – Bywa, że życie osób niepełnosprawnych jest lepsze, piękniejsze niż ludzi zdrowych – twierdzi. Ci pierwsi wspierają się, są wrażliwsi. Jagoda, z zawodu pielęgniarka, była zatrudniona w klinice psychiatrycznej – także wtedy, gdy sama zaczęła zmagać się z chorobą. Pracowała tam dalej – z przerwami na leczenie. Raz przychodziła do szpitala jako pracownik, a raz jako pacjentka… – Po prostu rano wchodziłam albo na lewo, albo na prawo – mówi. Gdy przeszła na rentę, opiekowała się chorą ciocią, a także starszą mamą. – Ja dbałam o nią, a ona o mnie – wyjaśnia. Raz po raz trafiała do szpitala, ale wracała i podejmowała kolejne wyzwania. Brała udział w kursie „Ekspert przez doświadczenie” – dla osób, które mają za sobą doświadczenie kryzysu psychicznego i mogą teraz pomagać innym. Beata od 20 lat cierpi na zaburzenia maniakalno-depresyjne. – W szpitalu poznałam wspaniałych ludzi. Kiedy postanowiłam spełnić marzenia i zdawać do szkoły teatralnej, to... właśnie tam przygotowywano mnie do egzaminów. Pani od muzykoterapii uczyła mnie śpiewu, pani z biblioteki – dykcji. Prosto ze szpitala trafiłam na egzaminy, przeszłam przez dwa etapy – wspomina. Obecnie już od 12 lat jest w tzw. remisji, co oznacza brak objawów choroby. – Otworzyłam się na innych. Zrozumiałam przez te lata, że człowiek psychicznie chory ma prawo do normalnego życia, do pracy. Ma prawo do szacunku. Na spotkaniach grupy dziewczyny się wspierają. Mnie na przykład koleżanka pomogła w rzucaniu palenia.

    Więcej niż medycyna

    Grupa wsparcia zrodziła się w szpitalu przy ul. Kraszewskiego we Wrocławiu (dziś to Dolnośląskie Centrum Zdrowia Psychicznego). Jej początki pamięta Helena. – U mnie pierwsza depresja pojawiła się pod koniec studiów – wspomina. Ukończyła je jednak, wyszła za mąż, urodziła syna. Kiedy była w ciąży z córką, przyszły, jak mówi, „małżeńskie schody”. Gdy dziecko miało pół roku, Helena znalazła się w bardzo ciężkim stanie. Uderzyła w nią depresja, potem mania. – To był rok 1990. Trafiłam do szpitala. Pamiętam, jak pani psycholog Zofia Szutrak zaprosiła na spotkanie mnie i kilka osób, które już opuściły oddział – mówi. – Takie spotkania okazały się bardzo ważne. Tuż po wyjściu ze szpitala człowiek wciąż jeszcze nie czuje się dobrze, a rodzina nie zawsze to rozumie. Radzą, by „wziąć się do roboty”. W grupie osób o podobnych doświadczeniach można poczuć się zrozumianym. Panie gromadziły się najpierw w czwartki na oddziale, w świetlicy. Była z nimi także dr Dorota Szwarc-Wojarska; wielką życzliwość okazywała dr Irena Sidorowicz, ordynator. Z czasem spotkania przeniosły się poza szpital. W 2004 r. powstało Stowarzyszenie na rzecz Higieny Zdrowia Psychicznego „Przyjaciel w kryzysie” z siedzibą przy pl. Staszica. – Jeszcze w ramach czwartkowych spotkań w szpitalu niektóre osoby zadawały pytania o sens życia, o wartości, o poczucie winy – wspomina pani Zofia. – Okazało się, że panie potrzebują pomocy wykraczającej poza sferę medycyny, poza kompetencje psychologa czy psychiatry. Potrzebny był ksiądz – podkreśla D. Szwarc-Wojarska. Dodaje, że osoby ze schizofrenią często potrzebują pomocy w rozeznaniu, co w ich przeżyciach jest autentycznym doświadczeniem duchowym, a co efektem choroby. Kapłan pomoże rozjaśnić wątpliwości. Panie korzystały z pomocy kapelana szpitalnego. Z czasem zaczął im także towarzyszyć ks. Roman Maryński, który raz w miesiącu uczestniczył w spotkaniach grupy. Kiedy w 2004 r. zapadła decyzja, by wyjść poza szpital, przygarnął ich ks. Wojciech Tokarz, proboszcz parafii pw. św. Bonifacego we Wrocławiu. – Jesteśmy bardzo wdzięczne za życzliwość trwającą tyle lat, za możliwość nieodpłatnego korzystania z sali – mówią. Z czasem zapadła decyzja o rozwiązaniu stowarzyszenia – którego prowadzenie generowało zbyt wiele działań biurokratycznych – a grupa trwa dalej.

    Człowiek w całości

    Z. Szutrak wspomina spotkanie z o. Norbertem Frejkiem SJ i rozmowy na temat duszpasterstwa osób w kryzysie psychicznym. Zaowocowały one bardzo konkretnie: dniami skupienia organizowanymi raz na kwartał u wrocławskich jezuitów przy ul. Stysia. – Opiekę duszpasterską nad nami sprawowali o. N. Frejek, następnie o. Jerzy Brzóska, a obecnie o. Maciej Konenc – wyjaśnia psycholog. – Spotykamy się raz po raz z ludźmi, którzy bezinteresownie okazują nam życzliwość, jak choćby s. Dominika, karmelitanka Dzieciątka Jezus, organistka, czy Ewa Dębska, które grają nam podczas dni skupienia. – W ramach każdego z nich bierzemy udział w Mszy św., potem w adoracji – przeplatanej piękną muzyką. Taka modlitwa bardzo uspokaja. Możemy skorzystać ze spowiedzi. Słuchałyśmy konferencji, m.in. o cierpieniu; teraz poznajemy bliżej Ewangelię – mówi Teresa. – Dla mnie modlitwa, zwrócenie się do Boga to ostatnia deska ratunku – twierdzi Małgosia. Wspomina o pokoju serca, jaki daje jej w chwilach kryzysu choćby słuchanie godzinek w Radiu Maryja, o tym, jak ważna była możliwość rozmowy z kapłanem. Asi pokój ducha przywraca odmawianie całego Różańca i modlitwa za wstawiennictwem św. Jana Pawła II. – Pochodzę z wierzącej rodziny, ale gdy zachorowałam, utraciłam wiarę. To było doświadczenie pustki – wspomina Dorota. – Z czasem jednak doświadczyłam opieki Boga – przez ludzi, których stawiał na mojej drodze. Niektóre z pań należą do różnych wspólnot – jak Odnowa w Duchu Świętym, Żywy Różaniec, Stowarzyszenie Krwi Chrystusa. Asia pozostaje w kontakcie z siostrami ze zgromadzenia Matki Teresy z Kalkuty, ofiarowując w ich intencji swoje cierpienie. Uczestniczą również w zajęciach innych grup i stowarzyszeń dla osób chorych; także w spotkaniach we Wrocławskim Sejmiku Osób Niepełnosprawnych czy w Klubie pod Kolumnami. – Cały człowiek to ciało, psychika i duch. Trzeba to brać pod uwagę – dodaje pani psycholog. – Pytałam kiedyś księdza, co będzie „po tamtej stronie”. Odpowiedział: „od agape do agape” – mówi Małgorzata. Nieustanne świętowanie. Bez cienia depresji.

    Grupa wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym oraz ich bliskich

    Spotyka się w pomieszczeniach parafii pw. św. Bonifacego we Wrocławiu przy pl. Staszica 4 we wtorki o 16.00 (do ok. 18.00); jedynie w 3. wtorek miesiąca od 15.00 do 17.00. W pierwszy wtorek w spotkaniach bierze udział psycholog, w trzeci – lekarz psychiatra, w drugi, czwarty i piąty (jeśli jest) – panie spotykają się same, organizując sobie pogadanki czy spędzając czas na rozmowach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół