• facebook
  • rss
  • Wierzący, praktykujący, grający

    Maciej Rajfur

    |

    GN 49/2017

    dodane 07.12.2017 00:00

    ...i śpiewający. Dlaczego dobry organista to skarb dla parafii i kiedy możemy mówić, że jest dobry, wyjaśnia prof. Wiesław Delimat.

    Maciej Rajfur: Czy bycie dzisiaj kościelnym organistą to obciach?

    Prof. Wiesław Delimat: Teraz zdecydowanie nie, aczkolwiek to się bardzo zmieniło. Wcześniej rzeczywiście tak było. Ten zawód bywa traktowany jako taki, który może wykonywać każdy. Ja to nazywam partactwem. W organistowskim zawodzie musimy bronić naszej tożsamości. Z drugiej strony warto sięgnąć do historii i spojrzeć choćby na cały okres komunizmu. Wtedy nie wolno było być organistą, pełniąc np. zawód nauczyciela albo profesora na wyższej uczelni. To dalej ma swój oddźwięk. Kiedy podejmowałem swoje pierwsze zajęcia organistowskie ponad 30 lat temu, grałem w wiejskiej parafii pod Krakowem. Nie zapomnę nigdy słów starszej pani, która podeszła do mnie pewnego dnia po Mszy św. i dziękowała mi bardzo serdecznie, że do nich przyjeżdżam. – Pan tak gra „po miastowemu” – powiedziała. To mnie ujęło. Skoro zwykły człowiek potrafi docenić dobrą grę na organach, chociaż nie umie jej fachowo nazwać, to zawsze należy grać jak najbardziej profesjonalnie.

    Jak to jest obecnie z tym profesjonalizmem ludzi, którzy zasiadają przy organach kościołów w Polsce?

    W skali kraju nie potrafię tego określić. Natomiast w archidiecezji krakowskiej, która wyrosła z trudnego zaboru austriackiego, na 460 parafii mamy 300 umów o pracę z wykształconymi muzykami. To całkiem dobrze, a w dodatku ta liczba rośnie, bo coraz więcej ludzi kształci się w tej profesji, widząc w tym możliwości.

    Czyli zawód organisty potrzebuje wciąż w Polsce dobrego PR-u?

    Sytuacja, którą obserwuję od ponad 30 lat, radykalnie się zmieniła, i to na lepsze. Obecnie w branży organistowskiej wszyscy myślą tak: jeśli jestem wykształcony, skończyłem pięcioletnie trudne studia, to powinienem coś znaczyć. Mogę nareszcie spożytkować swoje umiejętności, a przy tym zostanę doceniony jako muzyk. Pomijam teraz kwestie finansowe. Chodzi o zawodową satysfakcję. Niestety, wciąż spotykane są sytuacje, w których w kościele nie ma odpowiedniego instrumentu, panuje „tradycja” bylejakości albo ksiądz uważa, że nie ma potrzeby, by organista mieszał się w dobór pieśni, bo on zna się lepiej. My wiemy z perspektywy kształcących, że organista da sobie radę i jest odpowiednio do tego wykwalifikowany. Przez pięć lat mówimy mu, jakie ma zadania, potem zdaje masę egzaminów i nagle okazuje się, że niewiele znaczy i nikt go nie chce słuchać. Można przeżyć rozczarowanie.

    Ma Pan kontakt zarówno ze studentami, jak i absolwentami. Jak oni patrzą na swoją branżę w polskiej rzeczywistości? Wygląda na to, że mówimy o zderzeniu oczekiwań z brutalną rzeczywistością.

    Odpowiedzi są różne. Od tych mówiących o nepotyzmie w obsadzaniu stanowisk organistów, przez zwracanie uwagi na niejasną sytuację, której nie ogarniają do końca regulaminy, po odpowiedzi pozytywne. Chcę podkreślić, że często muzykom organowym nie chodzi tylko o względy finansowe. Oni chcą wykonywać akurat tę profesję, ponieważ uważają to za zajęcie niezwykle ambitne. Natomiast pragnęliby, jak każdy artysta, by funkcja organisty miała rzeczywistą rangę zawodu, z którego można normalnie żyć, utrzymywać siebie i rodzinę. My, jako instytucje kształcące, robimy wszystko, co w naszej mocy, żeby studenci mieli jak najlepszą ofertę edukacyjną, jak najbardziej wszechstronne wykształcenie. A potem oni spotykają się z rzeczywistością, która wygląda różnie.

    Może problem zaczyna się od pojmowania roli organisty w parafii czy kościele… Dla wielu to wykonawca rozkazów księdza.

    W instrukcji Episkopatu Polski jest wyraźnie napisane, jaką kto pełni funkcję w kościele. Dobór i nauka pieśni należą do organisty. W innym miejscu podano do informacji, że proboszcz czy rektor kościoła jest rządcą, z którym należy takie sprawy ustalać. Więc dochodzimy do wniosku, że powinna trwać pewna symbioza. Każdy musi znać swoje miejsce i wiedzieć, co do niego należy. Oczywiście kapłan ma lepsze wykształcenie liturgiczne, co nie zmienia faktu, że organista z całą pewnością jest lepiej wykształcony muzycznie. Uczymy go kontekstu liturgicznego, a jednocześnie wiedzy, jak wartościować pieśni i śpiewy w liturgii. Szukajmy złotego środka, choć należy pamiętać, że wykształcony organista potrafi sam zadecydować, co i kiedy zagrać.

    W myśl rynkowych zasad dobry organista zapewne nie jest tani.

    Właśnie niekoniecznie. Znam wielu nastawionych na normalne utrzymanie muzyków, którym zależy bardziej na docenieniu ich fachowości. Te rzeczy nie powinny się wykluczać. Choć rzeczywiście czynniki ekonomiczne odgrywają czasem zasadniczą rolę. Ja nigdy nie prowadziłem parafii, więc nie potrafię sobie wyobrazić, jak to wygląda. Wyobrażam sobie, że księża po prostu stoją przed wyborami typu: albo otynkuję kościół, albo zatrudnię organistę. Oprócz tego liczy się głos wiernych, rady parafialnej, ludzi zaangażowanych w Kościół lokalny. My jako organiści musimy być wyczuleni, że nasi słuchacze nie są profesjonalnymi muzykami. Dlatego powinniśmy szukać złotego środka, by pokazać to, co jest dobre i piękne. Muzyk funkcjonujący w Kościele i zapatrzony na siebie to wypaczenie w drugą stronę.

    Jak jest z wiarą u organistów? Powinni być katolikami z obowiązku zawodowego?

    W myśl przepisów, choćby regulaminu archidiecezji krakowskiej – tak. Trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś gra na organach i nie próbuje zrozumieć ducha modlitwy. To byłoby bez sensu. Wiara łączy się z naszą profesją naturalnie. W tym przypadku dobrze się dzieje, gdy muzyk nie sprowadza swojej gry na organach do formalnej wiedzy, ale jednak zdaje sobie sprawę, w czym uczestniczy, czemu akompaniuje. Zaangażowanie duchowe może jedynie pomóc. A z drugiej strony do szkoły wyższej na kierunek „muzyka kościelna” nie przyjdą ludzie niewierzący, bo ich ta sfera zwyczajnie nie interesuje. To nie jest jeszcze tak intratny zawód, żeby go wykonywać tylko dla pieniędzy i robić coś wbrew sobie i własnym przekonaniom.

    Z tego wyłania się teza, że im pobożniejszy organista, tym lepszy.

    Nie popadajmy od razu w stereotypy, że rozmodlony muzyk organowy jest zawsze pokorny, cierpliwie słuchający i wykona wszystko ze względu na religijność. Po prostu powinien mieć własne zdanie, twardo stąpać po ziemi, a przy tym wierzyć i praktykować tę wiarę. Jeśli te wszystkie cechy się ze sobą łączą w jego osobie, wtedy będzie właściwie wykonywał swoją pracę.•

    Prof. Wiesław Delimat

    kierownik Katedry Muzyki Kościelnej na Uniwersytecie Jana Pawła II w Krakowie, dyrektor Archidiecezjalnej Szkoły Muzycznej I i II stopnia oraz wiceprzewodniczący Archidiecezjalnej Komisji Muzyki Kościelnej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół