Zakapturzona postać w czerwonym stroju, z wielkim mieczem, budziła niemałe zainteresowanie. Tomasz Aleksander Miś występował tym razem jako kat XIV-wieczny. Choć mógłby równie dobrze wystąpić we fraku – bo odtwarza czasem również kata wrocławskiego, który działał tu jeszcze w XX wieku.
Zdjęcia:
Jest katem dyplomowanym, który zdał odpowiednie egzaminy u mistrza Jurgensa z Nysy (kata-rekonstruktora) – teoretyczny i dwa praktyczne. Sam również ma obecnie prawo kształcić swoich uczniów.
– Bycie katem w różnych epokach wyglądało odmiennie – zarówno pod względem tego, co należało do jego obowiązków, jak i tego, jak był postrzegany w społeczeństwie. Opowiadanie o tym, czym się zajmował, nie jest łatwe, temat jest miejscami trudny – przyznaje. Jako kat dyplomowany, ma te zagadnienia przemyślane i daleki jest od sensacyjnego jedynie podejścia do sprawy. – Jako taki kat „wszechepokowy”, wszechstronny, wierzę, że dzięki temu, że (choćby w ramach takich wydarzeń, jak dziś) mamy styczność z taką profesją, z takimi narzędziami, z takim losem ludzkim, możemy troszeczkę bardziej cenić życie i cenić drugiego człowieka – podkreśla.
Igo Hast (tak brzmi jego katowskie miano) wyjaśnia, że w XIV wieku kat nie cieszył się szacunkiem. – Robił rzeczy, które były wtedy postrzegane jako konieczne, ale – całkiem przytomnie – jako straszne. Znajdował się na dole hierarchii społecznej, budził strach, obrzydzenie. To była osoba potrzebna, choć niechciana. Mógł na przykład przebywać w kościele, ale miał specjalne miejsce blisko drzwi. Mógł być spowiadany, ale bardzo rzadko. To był trudna, niewdzięczna profesja – opowiada.
Zauważa, że niektórzy potrafili się jednak na niej dorobić. Pewien zgorzelecki kat budził zgorszenie tym, że nosił się bogato i elegancko, jak rajca. – W XVII–XIX kaci zaczęli budzić inne odczucia. Ludzie byli ich ciekawi. Osoby z wyższych sfer, na przykład we Francji, zapraszały katów do siebie, traktując ich jako ciekawostkę. Kaci zyskiwali pewne obycie towarzyskie, stali się bardzo eleganccy, dobrze wychowani. Taki też był choćby kat wrocławski z lat 20. XX wieku, którego ja również odtwarzam – inspirując się katem Lorentzem Schwietzem. Występował na czarno, w białej koszuli, pod białym krawatem, w cylindrze i ze swoim narzędziem pracy – wielkim ciężkim toporem, noszonym w eleganckim futerale. Wyglądał bardziej jak muzyk albo jak czarodziej (z którym bywam czasem mylony). We Francji zresztą kata określano jako „wykonawcę wyższych dzieł”. Uosabiał zbrojne ramię państwa, sprawiedliwości, siłę sprawczą państwa w sprawach ostatecznych – mówi.
Dodaje, że w tym ostatnim kraju funkcjonował przez pewien czas system klanowy. Kaci i ich pomocnicy wywodzili się z kilku rodzin, skoligaconych ze sobą. Funkcja kata była „zajęciem dodatkowym”, funkcją publiczną. Trudniący się tym człowiek miał prócz tego jakiś inny zawód.
– W XIV–XV wieku egzekucje były publiczne, miały charakter dyscyplinujący, odstraszający. Pokazywały konsekwencje nieprzestrzegania norm społecznych. Zapobiegać miały łamaniu zasad, które mogło godzić w podstawy funkcjonowania państwa. Ważna tu była widowiskowość, pokazanie okropności losu człowieka nie przestrzegającego prawa. Z czasem wykonywanie wyroku zaczęło ewoluować w stronę – jakkolwiek to zabrzmi – „zabiegu”. To już nie był upiorny spektakl odstraszania, tylko ściśle określona procedura, wykonanie oficjalnego wyroku państwa. We Francji jeszcze na początku XX wieku egzekucje były częściowo publiczne, ale dostrzeżono, że pojawia się wówczas „jarmarczność”, atmosfera sensacji, która nie licuje z powagą tego wydarzenia. Ostatecznie zaczęto wykonywać wyroki śmierci za murami więzienia. W Polsce ostatnie egzekucje publiczne odbywały się w drugiej połowie lat 40. – opowiada rekonstruktor.
Wyjaśnia, że w średniowieczu najczęściej kara śmierci odbywała się przez obcięcie głowy – zwykle mieczem, w przypadku osób szlachetnie urodzonych, oraz toporem – w przypadku mieszczan. – Czasem wszystkich ścinano mieczem. Biedota była wieszana na sznurze. Istniały kary drastyczne, które wcześniej zostały wycofane – jak łamanie kołem, które było bardzo bolesne i bardzo głośne. Można było przekupić kata, żeby był nieco bardziej litościwy przy wykonaniu tego wyroku, skrócił męki – dodaje pan Tomasz.
Jak mówi, w dawnych wiekach katami mogli czasem zostawać ludzie, którzy czerpali niezdrową przyjemność z tego, co robią. W późniejszych epokach takie osoby nie były dobrze widziane w tym fachu.
Zdarzało się, że zostawali katami przestępcy, którym darowano karę w zamian za to, żeby wykonywali wyroki – bo nikt inny nie chciał tego robić. Zdarzało, że były to osoby z przypadku. – W Polsce pod koniec lat 40., kiedy nie było katów, do wykonania jednej z publicznych egzekucji wzięto kelnera, bo... miał frak, był elegancki – opowiada.
Jak mówi, obecnie w grupach rekonstrukcyjnych może funkcjonować kat na zasadzie „partacza” – co nie jest obraźliwym określeniem, ale oznacza osobę, która nie przeszła formalnego szkolenia. Większe będzie miał jednak poważanie, jeśli zostanie mianowany przez jakiegoś mistrza, po przejściu szkolenia, zdaniu egzaminów.
– Mnie dyplomował wspomniany mistrz Jurgens z Nysy. Miałem etap szkolenia historycznego, zdobywałem i wiedzę teoretyczną i umiejętności praktyczne – wykonywałem profesjonalny sznur wykorzystywany do egzekucji w Zjednoczonym Królestwie. To sznur wygotowany w mydle, z obszyciem skórzanym. Egzamin praktyczny polegał na wykonaniu dwóch egzekucji: ścięcia mieczem pewnego rycerza oraz ścięcia toporem dziennikarza radiowego w Poznaniu. Obaj byli bardzo zadowoleni. Mają się dobrze. Egzamin teoretyczny to po prostu opowiadanie o różnych aspektach procedur albo przyrządów – mówi.
Zawodowo T. Miś zajmuje się zupełnie innymi zagadnieniami. Jego przestrzenią działania nie jest bynajmniej średniowieczne zamczysko, ale Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk i projekty związane z... wyprawą na księżyc, z przyrządami, które można by tam wykorzystywać. – Jest plan, by Polska „poleciała na księżyc” – choć bezzałogowo. Mam nadzieję, że się uda – mówi.
Jak twierdzi, i katowskie, i kosmiczne zainteresowania rozwijały się jakoś równolegle. I świetnie się uzupełniają.
*
Festiwal Piastowski odbył się na terenie Domu Notre Dame przy ul. św. Marcina we Wrocławiu, gdzie funkcjonuje podziemna trasa turystyczna „Piastowska Pieczęć”, prowadząca po reliktach dawnego zamku na Ostrowie Tumskim. – Naszego zamku nie widać „z ulicy”. Chcemy go pokazać i ożywić. Widok chorągwi, szczęk oręża, dźwięki muzyki mogą zwrócić na niego uwagę – tłumaczy przewodnik po „Piastowskiej Pieczęci” Kamil Krawczyk.
Zauważa, że szkoda przecież, by takie duże miasto jak Wrocław funkcjonowało bez świadomości posiadania własnego zamku. Co prawda ukryty pod ziemią, ale istnieje.
A festiwal tworzony jest we współpracy z zaprzyjaźnioną Grupą Rekonstrukcji Historycznej Wiwern. – Od jakiegoś czasu tu się mogą spotykać; tu rekrutują, szyją stroje w naszych podziemiach, trenują fechtunek na tarasie – wyjaśnia. – To grupa, która ukazuje fascynujące oblicze średniowiecza; epoki, która była dużo bardziej efektowna niż nam się zdaje, bardziej kolorowa i wesoła. Robią to z wielkim szacunkiem do realiów historycznych – dodaje.
Jest szansa, że Festiwal Piastowski na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu stanie się impreza cykliczną.









