Maciej Rajfur Maciej Rajfur

|

2 sierpnia 2026 GOSC.PL

Polacy pobili Ukraińców, Ukrainiec zaatakował z nożem Polkę. Dokąd to zmierza?

Najpierw pobicie ukraińskiej pary przez trzech Polaków, potem nocny atak z nożem Ukraińca na Polkę. Policja mówi o usiłowaniu zabójstwa. Kobieta walczy o życie w szpitalu. To ostatnie dni we Wrocławiu. Jeśli się nie opamiętamy, czeka nas fala tragicznych wydarzeń. Dlaczego piszę "my"? Przecież to tamci, oni.

Historia lubi się powtarzać. Wiemy o tym, mamy tego świadomość, znamy świadectwa zapisane w kronikach i losach całych narodów. A jednak wciąż popełniamy te same błędy. Jako społeczeństwa dajemy się rozgrywać według podobnych scenariuszy, ulegamy tym samym emocjom i mechanizmom.

Cała Polska – i nie tylko – mówiła o pobiciu ukraińskiej pary na wrocławskim Zakrzowie przez trzech rosłych Polaków. Nagranie z brutalnego ataku obejrzały miliony ludzi. Natychmiast pojawiła się zdecydowana reakcja władz Wrocławia i państwa. Były oświadczenia, deklaracje, mocne słowa potępienia, sprawna praca służb i szybkie zatrzymanie sprawców.

Nie ukrywajmy jednak, że to pobicie bardzo szybko nabrało również wymiaru politycznego. Klasa polityczna doskonale wie, jak budować kapitał na wydarzeniach, które wywołują ogromne emocje społeczne. Kiedy opinia publiczna domaga się reakcji, politycy nie mogą pozostać obojętni.

Żeby było jasne – w tym przypadku społeczna presja na rządzących, służby i polityków okazała się potrzebna. Każda forma przemocy, agresji i nienawiści powinna być tłumiona w zarodku. Każde takie przestępstwo musi spotykać się z jednoznaczną i stanowczą odpowiedzią państwa. Bez względu na to, kto jest sprawcą, kto ofiarą i jakie są narodowość, poglądy czy motywy.

Oczywiście świat nie jest idealny. Widzimy, że w zależności od politycznych sympatii, światopoglądu czy doraźnych interesów osoby piastujące ważne stanowiska reagują na podobne akty przemocy z różną intensywnością. Jednym bardziej opłaca się zabrać głos w jednej sprawie, innym w drugiej. Jedni wywierają presję na drugich, by potępiali określone przestępstwa, kiedy jest to dla nich politycznie korzystne.

My jednak, jako społeczeństwo obywatelskie, powinniśmy domagać się czegoś znacznie prostszego i bardziej fundamentalnego: aby zdecydowana reakcja na przemoc pojawiała się zawsze. Aby była adekwatna, widoczna i konsekwentna. Jeśli – podobnie jak politycy – zaczniemy instrumentalnie traktować akty przemocy, oceniając je przez pryzmat własnych poglądów, sympatii czy interesów, prędzej czy później doprowadzimy do tragedii na masową skalę i do społecznej anarchii.

Dlatego liczę na równie silne zaangażowanie klasy rządzącej po napadzie na Polkę zeszłej nocy. Kobieta teraz walczy o życie w szpitalu. Jeśli zareagujecie w sposób widocznie bardziej opieszały, sami przyczynicie się do tworzenia teorii i tez podburzających różne strony obecnego już konfliktu. Mam nadzieję, że to nie jest żadna gra w stylu: "który atak bardziej potępić". Choć już takie postawy się we Wrocławiu zdarzały...

Dwa ostatnie wydarzenia w stolicy Dolnego Śląska pokazują, jak bardzo napięta stała się atmosfera. Można odnieść wrażenie, że siedzimy na beczce prochu. Wystarczy iskra, by uruchomić lawinę, nad którą nikt nie będzie już w stanie zapanować.

Nie chcę powtarzać banalnych prawd, ale właśnie w takich chwilach liczy się każdy gest, każda postawa, każdy sprzeciw wobec nienawiści, każde świadome zrezygnowanie z niepotrzebnego komentarza, prowokacji czy internetowej dyskusji, z której rodzi się wyłącznie wrogość.

Nie zamierzam też przywdziewać szat pacyfisty ani pouczać, co powinni zrobić Polacy, co Ukraińcy, gdzie jest czyje miejsce, kto za co powinien przepraszać i jak powinien żyć. Mam jednak wrażenie, że znaleźliśmy się w momencie, w którym wszyscy – niezależnie od narodowości czy poglądów – powinniśmy ochłonąć i zdobyć się na odrobinę powściągliwości.

Bo jeśli tego nie zrobimy, to co nas czeka?

Hejt? Samosądy? Kolejne napady? Pogromy? Straże obywatelskie? Coraz większa nieufność wobec ludzi tylko dlatego, że na ulicy usłyszymy język polski albo ukraiński? Czy naprawdę chcemy dojść do miejsca, w którym narodowość stanie się wystarczającym powodem do wzajemnego podejrzewania się i wrogości?

Co właściwie mają do zaproponowania ci, których coraz częściej słyszę w przestrzeni publicznej i widzę w internecie, a którzy powtarzają: „Trzeba zrobić z nimi porządek", „Niech wracają do siebie", „Za bardzo się panoszą"?

To przecież jedynie zbiór radykalnych haseł bez jakichkolwiek konkretnych rozwiązań. Wystarczy rzucić mocne słowa w eter, zamieszać emocjami i czekać, co wydarzy się dalej. To postawa skrajnie nieodpowiedzialna.

Wrocław i cała Polska potrzebują dziś hamulca, ale także czegoś, co ponownie zacznie ludzi łączyć. Potrzebujemy spoiwa, które uspokoi nastroje. Konia z rzędem – a może nawet ministerialnego stanowiska – temu, kto potrafiłby dziś wskazać skuteczną drogę wyjścia z tej sytuacji.

Jedno wydaje się pewne: zmierzamy w bardzo niebezpiecznym kierunku. Rany zostały rozdrapane, emocje rozhuśtane, a wzajemna nieufność narasta.

I co dalej?

Może nadszedł moment, w którym ważną rolę powinien odegrać Kościół? Tylko czy wciąż ma taką siłę oddziaływania na ludzkie sumienia? Możemy zadawać to pytanie, ale jednoznacznej odpowiedzi zapewne nie znajdziemy.

Katolicka nauka społeczna od lat przypomina, że fundamentem życia społecznego jest nienaruszalna godność każdej osoby. Nie ma znaczenia narodowość, język czy pochodzenie – człowiek nigdy nie może zostać sprowadzony do etykiety albo stać się jedynie przedstawicielem jakiejś grupy, wobec której wolno żywić zbiorową niechęć. Z tej samej nauki płynie również wezwanie do troski o dobro wspólne. Nie buduje się go przez podsycanie lęku i wzajemnych oskarżeń, lecz przez sprawiedliwość, odpowiedzialność i odwagę nazywania zła po imieniu zawsze – niezależnie od tego, kto je popełnia.

Dlatego może warto spojrzeć na tę sprawę z innej strony. Kościół to przecież nie tylko instytucja. Kościół to również my – wszyscy, którzy czujemy się jego częścią. Na nas także spoczywa odpowiedzialność, by być plastrem na rany, ambasadorami pojednania i ludźmi, którzy nie dolewają oliwy do ognia.

To nie są patetyczne słowa. Piszę je również do samego siebie. Chcę przypominać sobie, że każdym gestem, każdym słowem i każdym czynem można albo budować, albo burzyć. Można spajać albo dzielić. Można leczyć albo jątrzyć.

Tylko tyle. I aż tyle.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Funkcja zapisywania artykułów jest dostępna tylko dla zalogowanych użytkowników.