Kondycja może być lepsza. Czasem ciągnę się na końcu, ale jadę do przodu. Najważniejsze, że mogę liczyć na wsparcie wspaniałych pielgrzymów – mówi Edyta z Marcinkowic.
ZOBACZ ZDJĘCIA Z PIELGRZYMKI:
To zdanie dobrze oddaje charakter II Rowerowej Pielgrzymki z Marcinkowic na Jasną Górę. Nie liczy się miejsce w grupie ani tempo. Nie ma ścigania się. Są za to kilometry, które każdy pokonuje na miarę swoich możliwości, i wspólna droga do Maryi.
Edyta na tę pielgrzymkę wybrała się drugi raz. – Nie mogłam iść na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę i jestem szczęśliwa, że mogę jechać na rowerze – mówi.
Nie ukrywa, że dla niej przejechanie kolejnych kilometrów nie jest łatwe. Bywa, że zostaje na końcu grupy. Ale właśnie wtedy najbardziej doświadcza tego, że pielgrzymka nie jest samotnym wysiłkiem.
Pomoc jest czymś naturalnym. Jedni mają więcej siły, inni mniej. Ktoś zwolni, ktoś poczeka, ktoś doda otuchy. Wspólna droga sprawia, że słabszy uczestnik nie staje się problemem, ale częścią grupy. – Dbamy o siebie i doświadczamy wspólnoty – mówi Edyta.
Wspólnota zaczyna się zresztą nie tylko na rowerach. Po drodze pielgrzymi spotykają ludzi, którzy otwierają przed nimi swoje domy i stoły.
– Mamy wspaniałych gospodarzy, którzy nas goszczą, przygotowują obiad i dbają o to, żebyśmy nabrali sił. Tym razem była to rodzina ks. Żurawki, naszego przewodnika – opowiada. Edyta pamięta również swoją ubiegłoroczną wyprawę. – Zeszłoroczna forma była słaba, ale dojechałam. W tym roku jest lepiej.
I właśnie dlatego ma dla innych prostą radę. – Zachęcam wszystkich, którym choć raz przeszło to przez myśl. Ja jestem dowodem, że można. Jestem najsłabszym ogniwem tej pielgrzymki, ale jeżeli masz intencję i jest w tobie determinacja, to dasz radę – podsumowuje mieszkanka Marcinkowic. Bo ta pielgrzymka nie ma być sprawdzianem sportowym.
Anna z Marcinkowic wybrała się na rowerową pielgrzymkę po raz drugi. Wiedziała już, czego się spodziewać. 175 kilometrów w dwa dni to nie jest rekreacyjna przejażdżka.
– To duże wyrzeczenie. Przejazd blisko 200 kilometrów to wysiłek porównywalny z pieszą pielgrzymką. Bez przygotowania bywa ciężko – mówi. A jednak właśnie ten wysiłek ma znaczenie. Kilometry stają się częścią intencji, którą każdy zabiera ze sobą. Anna jedzie z własną, bardzo konkretną prośbą. – Jest szansa, że intencja zostanie spełniona. Modlę się o dobrego męża – mówi z uśmiechem.
Rowerowa pielgrzymka nie oznacza jednak dwóch dni pedałowania w całkowitym milczeniu. Na trasie działa nagłośnienie. Pielgrzymi słuchają pieśni i konferencji. Jest też czas na rozmowę. I tak kolejne kilometry mijają między modlitwą, słowem, śpiewem i zwyczajnym ludzkim spotkaniem.
Z Marcinkowic wyruszyło 37 osób. Większość stanowili parafianie, ale dołączyli także pielgrzymi z Oławy i okolicznych miejscowości. Najstarsi uczestnicy mieli około 65 lat, najmłodsi mieli niewiele ponad 20. Pielgrzymi zostali podzieleni na cztery grupy. Dzięki temu łatwiej było zachować bezpieczeństwo i dostosować tempo jazdy do warunków na trasie.
– Jechaliśmy naprawdę pięknymi, malowniczymi trasami – mówi Malwina z Marcinkowic. Dla niej i Eweliny z Chwałowic była to pierwsza rowerowa pielgrzymka. Obie wcześniej pielgrzymowały pieszo w ramach Pieszej Pielgrzymki Wrocławskiej.
Teraz zamiast plecaka i butów pielgrzymkowych wsiadły na rower. I choć sposób poruszania się jest inny, szybko odkrywają, że istota pielgrzymowania pozostaje ta sama.
– Jest piękna pogoda, znakomita atmosfera i wspaniali ludzie – opisuje Malwina. Pierwszego dnia pielgrzymi zatrzymali się m.in. w Dąbrowie Namysłowskiej. Tam mieszkańcy przygotowali dla nich posiłek. Po drodze był również Kluczbork, gdzie pielgrzymi nocowali.
Rower zmienia sposób przeżywania pielgrzymki. Nie można po prostu opuścić głowy i zatopić się w modlitwie. Trzeba patrzeć przed siebie. Droga wymaga koncentracji.
– W czasie trasy ciężko jest np. odmówić Różaniec, bo trzeba się skupić na jeździe, Trzeba uważać choćby na dziury i przeszkody. Dlatego modlimy się na postojach – opowiada ks. Łukasz Żurawka, przewodnik grupy.
Ale pielgrzymi mają również czas na ciszę. – Staramy się też dawać czas na jazdę w milczeniu. Można sobie wiele rzeczy przemyśleć – dodaje kapłan.
To milczenie ma swój szczególny rytm. Słychać pracę rowerów, szum lasu, czasem oddech zmęczonego człowieka. Każdy może wtedy zostać ze swoją intencją.
Modlitwa nie jest więc oderwana od drogi. Przeciwnie – dokonuje się właśnie w jej środku. Między jednym podjazdem a drugim, podczas jazdy przez las, w czasie postoju i wtedy, gdy trzeba poczekać na innych.
Trasa liczyła około 175 kilometrów i prowadziła przez dwa parki krajobrazowe. Sporo odcinków przebiegało przez las. – Trasa jest zróżnicowana. Dużo jedziemy lasem i staramy się nie jechać drogami publicznymi – mówi ks. Łukasz. Były więc fragmenty, na których można było naprawdę poczuć, że pielgrzymka prowadzi przez piękne zakątki regionu.
Jednym z bardziej zaskakujących miejsc okazał się… Paryż. Nie chodzi jednak o stolicę Francji, ale o miejscowość, przez którą przejeżdżali pielgrzymi. To właśnie tam czekała na nich miniaturowa wieża Eiffla. Nie mogli sobie odmówić pamiątkowego zdjęcia.
Na trasie zdarzyły się też oczywiście sytuacje typowe dla rowerowej wyprawy. – Mieliśmy tylko dwie przebite dętki, więc obyło się bez większych komplikacji – mówi ks. Łukasz.
Znacznie trudniejsza od awarii okazuje się czasem własna słabość. Zmęczenie przychodzi niepostrzeżenie. Nogi zaczynają boleć, tempo spada. Wtedy szczególnie ważne staje się to, że nikt nie jedzie sam.
– Oczywiście pojawiały się różne trudności fizyczne, ale to nie przysłoniło obrazu pielgrzymki – podkreśla przewodnik.
Tegoroczna pielgrzymka była drugą edycją rowerowego pielgrzymowania z Marcinkowic. Liczba uczestników była podobna jak przed rokiem. Organizatorzy cieszą się jednak szczególnie z tego, że pojawiają się nowe osoby.
– Mamy dużo nowych uczestników – mówi ks. Łukasz. Wśród nich są zarówno doświadczeni rowerzyści, jak i osoby, które nie mają wielkiego przygotowania. Nie ma też jednej grupy wiekowej. Na rowery wsiedli młodzi i starsi. Wspólnym mianownikiem nie jest kondycja, ale pragnienie pielgrzymowania. Dlatego organizatorzy chcą, aby wydarzenie na stałe wpisało się w życie parafii.
– Mam nadzieję, że będzie to coroczna inicjatywa. Myślę, że postaramy się ją zorganizować w tym terminie co zawsze, czyli w ostatni weekend sierpnia – zapowiada ks. Łukasz.
Nie trzeba być kolarzem. Nie trzeba jechać najszybciej. Nie trzeba nawet mieć pewności, że kondycja pozwoli przejechać całą trasę. Trzeba tylko wsiąść na rower i ruszyć. Edyta już wie, że można.
A kiedy po dwóch dniach i 175 kilometrach grupa dotarła na Jasną Górę około 16.30, okazało się, że najważniejsze nie było to, kto jechał pierwszy, a kto ostatni. Każdy dojechał ze swoją intencją.









