Powracający mistrz


Agata Combik

|

Gość Wrocławski 03/2016

publikacja 14.01.2016 00:00

Przez długie lata tworzył właśnie tu, w naszych okolicach. Podczas dziejowych zawieruch wiele jego prac uległo rozproszeniu. Obecnie, jedna po drugiej, wracają.

Obrazy M. Willmanna przeznaczone do kalwarii w Krzeszowie Obrazy M. Willmanna przeznaczone do kalwarii w Krzeszowie
Agata Combik /Foto Gość

Niedawno przez trzy dni można było oglądać we wrocławskim Pawilonie Czterech Kopuł przy ul. Wystawowej siedem obrazów mistrza, które pod sam koniec roku 2015 trafiły do Muzeum Narodowego we Wrocławiu. Zostały przekazane przez Muzeum Narodowe w Warszawie – na razie jako depozyt. Trwa jednak procedura, w wyniku której mają przejść na własność wrocławskiej placówki.


Bezcenna siódemka


Są wśród nich trzy płótna z przedstawieniami ilustrującymi stacje Drogi Krzyżowej („Upadek Chrystusa pod krzyżem”, „Chrystus i niewiasty jerozolimskie”, „Przybicie Chrystusa do krzyża”). – Były przeznaczone do nieistniejącej dziś kalwarii w Krzeszowie, namalowane w latach 70. bądź na początku lat 80. XVII w. – tłumaczy Marek Pierzchała z Muzeum Narodowego we Wrocławiu.


Pięknym obrazem jest powracający „Pocałunek św. Józefa” (zwany również „Pocałunkiem Maryi”). Widać na nim członków Świętej Rodziny, którzy okazują sobie wielką czułość i serdeczność. Ten motyw pojawia się zresztą często w dziełach M. Willmanna. Obraz z ok. 1699 r. – przeznaczony dla cysterek w Trzebnicy – wpisuje się w rozwijający się w tamtym czasie kult św. Józefa (to jemu malarz poświęcił wspaniałe freski w Krzeszowie).
Tajemniczo wygląda pochodzące z cysterskiego opactwa w Lubiążu „Powołanie Mateusza”. Trzeba uważnie przyjrzeć się, by pod konarami potężnych drzew, na tle zabudowań miejskich, dostrzec rozgrywającą się scenę – Chrystusa wzywającego celnika do pójścia za Nim. – Takich Willmanowskich obrazów, pejzaży ze sztafażem biblijnym, było więcej. Z kilkunastu znanych zachowały się trzy w Polsce i tyle samo w zbiorach niemieckich – wyjaśnia M. Pierzchała.
Do Wrocławia przyjechały ponadto „Męczeństwo św. Barbary” i „Św. Mikołaj”. Podobnie jak „Powołanie Mateusza” powstały dla klasztoru cysterskiego w Lubiążu. To tu od 1660 r. żył i malował Willmann – głównie dla zakonu cystersów. Tu też zakończył życie i został pochowany w klasztornej krypcie. Przedtem pochodzący z Królewca malarz pobierał nauki u swojego ojca, a następnie przez ok. 10 lat podróżował po Europie. Miał okazję poznać m.in. twórczość wielkich mistrzów niderlandzkich i flamandzkich, co widać w jego pracach.


Pochwalmy się śląskim Rembrandtem


– Trwająca prawie 50 lat obecność Willmanna na naszej ziemi zaowocowała 600 realizacjami olejnymi i freskowymi, nie licząc grafik, rysunków – tłumaczył dr Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu, prezentując powracające dzieła. Podkreślił, że wrocławskie muzeum od dawna gromadzi rozproszone dzieła mistrza. Obecnie, licząc wspomnianą siódemkę, ma ich 47. Część z nich można oglądać w siedzibie muzeum przy 
pl. Powstańców Warszawy, niektóre dostępne są dla zwiedzających w Muzeum Piastów Śląskich w Brzegu, na zamku w Książu, a okresowo również w Muzeum Archidiecezjalnym.
Warto przypomnieć, że M. Willmann w ostatnich latach raz po raz sprawiał wrocławianom niespodzianki. W 2006 r. (300. rocznica jego śmierci), podczas sprzątania pewnej starej szafy w zakrystii kościoła paulinów przy ul. św. Antoniego, odnaleziono nieczytelny obraz. Okazało się, że jest to dzieło Willmanna przedstawiające św. Jana Kapistrana. Ów święty, za życia wielki przyjaciel zakonu paulinów, wyłonił się z mrocznego malowidła, akurat gdy przygotowywali się do jubileuszu kościoła. Jakiś czas potem okazało się, że własnoręcznym dziełem Willmanna jest również obraz w ołtarzu głównym paulińskiej świątyni, ukazujący wizję św. Antoniego. – Świadczy o tym niedostrzegana dotąd sygnatura mistrza. Przez lata nie domyślano się, że twórcą „Wizji” jest Willmann, m.in. dlatego, że została częściowo przemalowana w XIX w. – tłumaczył wówczas znawca Śląskiego Rembrandta dr Andrzej Kozieł.
Od dawna słychać głosy, że Wrocław i Dolny Śląsk powinny w większym stopniu promować i wykorzystywać prace Willmanna także jako atrakcję turystyczną, odkryć w nim człowieka, który odcisnął ważne piętno na kulturze regionu. Może przyczyni się do tego właśnie powracająca siódemka?