Gość w dom, Bóg w dom!

Maciej Rajfur

|

Gość Wrocławski 39/2016

publikacja 22.09.2016 00:00

Jezus przychodzi do człowieka w Bagnie i Wielkiej Lipie. Slang młodzieżowy? Nie. Coś wyjątkowego – peregrynacja Najświętszego Sakramentu u salwatorianów.

Czy można gościć znamienitszego przybysza niż sam Mesjasz? Czy można gościć znamienitszego przybysza niż sam Mesjasz?
Archiwum parafii

Parafia pw. WNMP w Bagnie podzielona jest na kościół w samym Bagnie oraz trzy świątynie filialne. Liczy około 3000 osób zamieszkałych w 9 wioskach leżących na terenie 4 gmin i 2 powiatów. Odległość między krańcami parafii wynosi 10 kilometrów. Niełatwo więc budować jedną wspólnotę szczególnie gdy zbliża się dla niej ważne wydarzenie: misje święte, zwyczajowo organizowane raz na 10 lat. – Nasze oddziaływanie na ludzi jest minimalne. Na ogłoszeniach często jednym uchem wpuszczają informacje, by drugim za chwilę je wypuścić. Stwierdziliśmy zatem: Panie Jezu, to przecież Twój biznes. Wyjdź do tych nich i pozapraszaj ich, bo my nie jesteśmy w stanie – wspomina ks. Jerzy Morański SDS

Wziął sprawy w swoje ręce

Jezus odwiedzał wiejskie domy na początku września zawsze po wieczornej Mszy Świętej. Błogosławił pola, lasy, łąki, wszystkich, których napotkał. – Po naszych osobistych doświadczeniach doszliśmy do założenia, że istnieją cztery bardzo istotne filary życia duchowego: Eucharystia, słowo Boże, modlitwa uwielbienia i Różaniec. Na nich budowaliśmy nasze przygotowania do misji parafialnych – opisuje ks. proboszcz Grzegorz Skałecki SDS. Dlaczego akurat peregrynacja Najświętszego Sakramentu? – Marzenie. Żeby wyjść z Panem Jezusem do ludzi. Nie chcemy, żeby misje stały się standardowymi rekolekcjami. To coś zdecydowanie ważniejszego, głębszego, więc w pełni oddaliśmy się Jezusowi. On wziął sprawy w swoje ręce i postanowił, że odwiedzi mieszkańców osobiście – odpowiada ks. Jerzy Morański. Kapłani wyszli z monstrancją na peryferie, w myśl nauki papieża Franciszka. Do ludności, która nie zna się nawzajem, ale może właśnie poznać się na misjach. – Ludzie mówią: księża wymyślili świetną inicjatywę. Guzik prawda. To Pan Jezus działa, a my jesteśmy osłami, które zanosiły Mesjasza do domów – wyjaśnia z uśmiechem ks. Grzegorz.

Nigdy nie myślałem, że dożyję…

Czy można mieć znamienitszego gościa niż sam Chrystus? Retoryczne pytanie, które stawiali sobie parafianie z Bagna i okolic, budziło u nich wielkie emocje i wzruszenie. Wiadomo przecież, że nie. Stąd silne przeżycia. Byli poruszeni, czasem zestresowani, bo sam Zbawiciel ich odwiedził. Z drugiej strony widać, że tego pragnęli, łaknęli tej wyjątkowej obecności. Salwatorianie podkreślają, że wielkie miasta jak Wrocław oferują bogactwo wspólnot. W wioskach tego nie ma. Dlatego pomysł z peregrynacją był dla ludzi szokiem, ale jednocześnie wielkim darem i łaską. – Pewnego dnia 92-letni mężczyzna szepnął do mnie: „Proszę księdza, nigdy nie myślałem, że dożyję… że do mojego domu wejdzie prawdziwy Pan Jezus”. Są to intymne spotkania, ludzie powierzają najskrytsze sprawy, klęcząc w swoich czterech ścianach przed Mistrzem – dzieli się ks. Jerzy. Co ciekawe, sam Pan Bóg idealnie skoordynował listę osób na peregrynację. Odpowiednio wcześniej księża podczas ogłoszeń parafialnych otworzyli zapisy i podeszli do nich bez żadnej kalkulacji. Z góry było tylko wiadomo, że mają na to 5 dni. – Kolejny raz doświadczyliśmy wtedy, że Bóg nigdy nie da człowiekowi więcej, niż ten ten jest w stanie unieść – wspomina ks. Jerzy. Kiedy zamknęli zapisy i przeanalizowali listę, okazało się, że… wyszło idealnie!

Czy może być coś piękniejszego?

Dziennie kapłan odwiedzał 9–10 mieszkań. Zaczynał o godz. 19, kończył około 21. Na każdy dom kilkanaście minut. Parafianie nie znali konkretnej godziny, oczekiwali. – Zakładaliśmy pewną formułę, ale byliśmy przy tym elastyczni, by dać domownikom czas na wyrażenie siebie przy Chrystusie – wyjaśnia proboszcz. Rodziny miały okazję na intymną modlitwę. Na koniec następowało błogosławieństwo indywidualne każdego z członków, potem domów, a gdy padała prośba, to całych gospodarstw lub kolejnych pomieszczeń. – Najczęściej ludzie modlili się swoimi słowami na głos. Część po cichu. Miałem taką sytuację, że parafianka przygotowała swoją wyuczoną modlitwę. Odmawiała ją codziennie. Bardzo chciała ją wypowiedzieć przed Panem Jezusem w swoim domu, ale była tak wzruszona, że zapomniała słów, które powtarza przecież przez całe życie! To pokazuje skalę emocji – relacjonuje ks. Jerzy. Nie da się ukryć, że druga strona medalu odsłania podjęty trud kapłański. – To prawda, że wracaliśmy wykończeni późnym wieczorem, ale te wyjścia dawały nam nieopisaną radość. Powtarzałem ludziom, że jako ksiądz jestem niezmiernie szczęśliwym, bo idę z Panem Jezusem, błogosławię, modlę się z parafianami. Czy może być coś piękniejszego? – pyta z uśmiechem ks. Jerzy Morański. Jego współbrat od razu dodaje: – Mnie porusza do dziś ten osobisty kontakt domowników z Jezusem. Klękali najpierw na uboczu, w korytarzu, jakby czuli się niegodni. Wtedy zachęcałem: Kochani, wy Go zaprosiliście, to wasz Gość, podejdźcie bliżej, bądźcie przy Nim. I nieśmiało zbliżali się, by po chwili oddać u Jego stóp całe swoje życie – kwituje z poruszeniem ks. Grzegorz Skałecki SDS.

Ważna wiadomość

Danuta Baran z Osoli – Jezus Chrystus jest dla nas wyjątkową postacią, więc Jego odwiedziny to wielkie święto, jakby ktoś kawałek nieba nam na chwilę uchylił. Czułam Jego moc w momencie kontemplacji i osobistej rozmowy przed Najświętszym Sakramentem. Oddałam się modlitwie dziękczynienia za rodzinę i za Boże prowadzenie, którego doświadczam na co dzień. Ciągle zmagam się z wątpliwościami, czy dobrze wychowuję swoje dzieci, czy nie zbłądzą, czy idą drogą do zbawienia. Bóg w czasie tej wizyty przekazał mi ważną wiadomość: Uspokój się kobieto, słuchaj Jezusa, uwielbiaj Go, a będzie dobrze. Wzruszenie dławiło mnie w gardle. Ten dom napełnił się pokojem, jakiego na co dzień szuka człowiek. Zapanowała niepowtarzalna aura ciszy i ciepła.

Bez Boga ani do proga

Krzysztof Kot z Wielkiej Lipy – Przyjęcie Najświętszego Sakramentu to publiczne przyznanie się do Pana Boga. Jezus w Ewangelii mówi: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie”. Dla jednych taka wizyta to jest nic, dla nas to wszystko. Niewyobrażalne, ale prawdziwe. Oczywiście, był stres, odliczaliśmy dni. Przejmowaliśmy się. Co mamy powiedzieć, jak się zachować? Ale później, gdy przychodzi ten moment, z tego przejęcia wszystko się zapomina. Ręce mi się trzęsły. Nie odwiedził nas byle kto, ale sam Zbawiciel w Hostii, a więc to wielka uroczystość! Przeprowadziliśmy osobistą rozmowę. Podziękowaliśmy za wszystko, co otrzymaliśmy od Boga. Przecież „Bez Boga ani do proga”. Miałem tyle powiedzieć, tyle sobie ułożyłem, a potem może ze dwa zdania wydukałem. Ale wierzę, że Bóg zna moje serce i wie, co chciałem mu powierzyć.

Nie jak Marta, lecz Maria

Edyta Kobalczyk z Wielkiej Lipy – Snułam plany przygotowania – przecież trzeba wyszykować dom. Ale zaraz potem wpadła mi bardziej Boża myśl do głowy – najważniejsze to przygotować serce. Przypomniała mi się historia z Ewangelii o Marcie i Marii, które także gościły Jezusa. W końcu zapukał do naszych drzwi, jak 2000 lat temu, gdy chodził po ziemi. Gdy stanęliśmy przed okazją osobistej modlitwy, popłynęła wtedy bardzo swobodnie w kierunku dziękczynienia, uwielbienia i próśb. Czułam wzruszenie i niedowierzanie, że to się dzieje. Przez kilka dni stół został zastawiony tak jak podczas peregrynacji. Powiem szczerze, ociągaliśmy się ze sprzątaniem pokoju (śmiech). Synek, ministrant, stwierdził, że tego obrusu nigdy nie możemy się pozbyć, bo przecież na nim stał Najświętszy Sakrament.