Most między światami

Agata Combik

|

Gość Wrocławski 3/2019

dodane 17.01.2019 00:00

Zaczęło się od przyjaźni – Szczepana i „Maliny”. Pierwszy drugiego do Afryki ściągnął, drugi jej mieszkańców do „Maciejówki” zaprosił. Leon i Louis z Senegalu od prawie półtora roku mieszkają we Wrocławiu.

Chłopczyk spotkany w muzułmańskiej dzielnicy, gdzie ma powstać parafia. Chłopczyk spotkany w muzułmańskiej dzielnicy, gdzie ma powstać parafia.
Archiwum ks. Mirosława Malińskiego

Poznaliśmy się ze Szczepanem w czasie studiów. On uczył się wtedy na Uniwersytecie Wrocławskim, ja kończyłem seminarium – wspomina ks. Mirosław Maliński, „Malina”, duszpasterz DA „Maciejówka”. – Szczepan Frankowski trafił ostatecznie do Afryki, wstąpił do ojców duchaczy (czyli Zgromadzenia Misjonarzy Ducha Świętego). Od wielu lat jest w Senegalu. Zapraszał mnie tam od dawna. W końcu, dwa lata temu, dałem się namówić.

Stwórzmy miejsce

Pierwsze wrażenia? Było ich mnóstwo. A wszystkie pełne barw. Wśród nich i te dotyczące wiary. – Senegal to kraj, gdzie bardzo dobrze układają się stosunki między katolikami i muzułmanami – mówi ks. Mirosław. – Odkryłem islam przyjazny, mający swą głębię, bogatą duchowość. Wyznaje go ok. 95 proc. mieszkańców, ale w kraju jest tyle samo wolnych dni z okazji świąt katolickich, co muzułmańskich. Rząd finansuje pielgrzymki muzułmanów do Mekki, ale też katolików do Lourdes, Fatimy, Ziemi Świętej, Rzymu. Rozumieją, że człowiek, który wierzy, musi pielgrzymować. A nie ma tam ludzi, którzy w nic nie wierzą. Wielkie znaczenie mają również pierwotne wierzenia afrykańskie. Ludzie są ubodzy. Ci żyjący w wioskach, w małych chatkach ze słomianymi dachami często nie mają nic. – Ale nie czują się biedni. To dla nich normalne, zwyczajne życie. Mają poczucie własnej godności. Pięknie się z nimi rozmawia, są bardzo uważni wobec rozmówcy – dodaje. Stolica kraju, Dakar, znajduje się nad oceanem. – Pewnego razu siedzieliśmy na wybrzeżu, pijąc ze studentami zieloną herbatę – wspomina. – Wieczorem zaprosili nas do akademika. Zobaczyłem, w jakich warunkach tam żyją. W niewielkim pomieszczeniu mieszka kilkanaście osób, śpią po dwóch na jednym łóżku. Nie mogą pozwolić sobie na kupno książek, które są zbyt drogie. Pomyślałem, że gdybyśmy u nas trochę tylko się posunęli, to można by kogoś zaprosić. Duszpasterz „Maciejówki” zadzwonił do Polski z prośbą, by studenci zorientowali się, jak to można praktycznie przeprowadzić. Okazało się, że studia dla obcokrajowców są w Polsce bardzo drogie. – Choć możemy zapewnić komuś w duszpasterstwie mieszkanie, jedzenie, to nie stać nas na opłacenie nauki – tłumaczy. „Malina” udał się do ambasady polskiej w Senegalu, przedstawiając swój pomysł, pytając o szanse na ufundowanie przez państwo polskie stypendium dla studenta z tego kraju. Po 2–3 miesiącach okazało się, że taka możliwość istnieje. – Musieliśmy znaleźć osoby, które stanęłyby do konkursu. Nie stawiałem warunków, co do ich religii – mogli to być chrześcijanie, muzułmanie – mówi. – Chciałem tylko, żeby to byli młodzi ludzie z ubogich regionów, którzy zarazem dobrze zdali maturę. Udało się znaleźć czterech chłopaków, którzy mogli stanąć do konkursu. Zostali przez nasze ministerstwo bardzo wysoko ocenieni – tak że ostatecznie przyznano stypendium dla dwóch osób: Leona i Louisa.

W drogę

Nie był to wcale koniec problemów. Okazało się, że wizy do Polski chłopcy mogą odebrać nie w Dakarze, ale w Maroku. Wyjazd i pobyt tam wiązały się ze znacznymi wydatkami. Udało się szczęśliwie pozyskać środki na tę wyprawę i dwaj Senegalczycy jesienią 2017 r. przylecieli do Wrocławia. Louis otrzymał miejsce w akademiku, Leon w samej „Maciejówce” – gdzie zawsze mieszka kilku studentów. Kiedy „Malina” zapytał jednego z nich, czy mógłby zamieszkać z chłopakiem z Afryki, usłyszał: „zastanowię się”. Duszpasterz akademicki nieco się w środku „zagotował”, bo nad czym tu rozmyślać... Usłyszał jednak potem rozmowę „zastanawiającego się” studenta z kolegą. „Na podstawie tego mieszkania ze mną on sobie wyrobi opinię o nas, o Europejczykach, Polakach… Nie wiem, czy ja jestem najlepszym egzemplarzem; może lepiej by było znaleźć kogoś innego, fajniejszego…” Czuł brzemię odpowiedzialności, swoją „niegodność”. Ostatecznie jednak to on został wytypowany. Dziś obaj Senegalczycy wrośli już w codzienność duszpasterstwa. Przed 3 maja można było zobaczyć Leona wieszającego biało-czerwone flagi – co budziło spore zainteresowanie ludzi. Jeden z chłopców jest wspierany przez związaną z „Maciejówką” Fundację Mathesianum, drugi przez Kościół Rektoralny św. Macieja we Wrocławiu. Znalazła się grupa ludzi, którzy zobowiązali się do regularnych wpłat na rzecz przybyszy z Afryki. Louis i Leon całkiem dobrze już mówią po polsku. Jeden rozmawiał przed chwilą o tym, jak to w naszym języku deszcz pada, a śnieg sypie. Opowiadają o swoim spotkaniu z o. Szczepanem, jego propozycji przyjazdu do Polski na studia. To nie była łatwa decyzja. – Nie zawsze jednak człowiek musi być blisko domu. Trzeba czasem wyruszyć w świat. Tęsknimy trochę za rodziną, ale wszystko na razie jest w porządku. To, co było trudne, to załatwianie tych wszystkich dokumentów – wspomina Leon. – Reakcja rodziny? „To twoja decyzja. Jeśli uważasz, że to dobre dla ciebie, nie ma problemu” – stwierdzili. – Moi też nie protestowali. Powiedzieli, że jeśli będę chciał powrócić do kraju po studiach, mogę wrócić. Jeśli będę chciał pozostać poza Senegalem, też nie będą się sprzeciwiać. Na razie ważne jest dla nas, żeby skoncentrować się na studiach. Co będzie potem, zobaczymy – dodaje Louis.

Nie tak zimno

Obaj studiują na Uniwersytecie Ekonomicznym międzynarodowe stosunki gospodarcze. Louis chciałby się zajmować w przyszłości handlem międzynarodowym, być może w jakiejś dużej korporacji, Leon mówi o eksporcie, imporcie. Wzdychają, wspominając początki nauki języka polskiego. – Było bardzo trudno. Próbowaliśmy porozumiewać się trochę po angielsku, trochę po francusku. Ten drugi język jest w Senegalu językiem urzędowym, znamy go dobrze – tłumaczy Louis. – Po polsku potrafiliśmy najpierw powiedzieć tylko „tak”, „dobra”, „nie ma problemu”. Po dwóch miesiącach zaczynaliśmy trochę rozmawiać. Planują nauczenie się kolejnego języka w czasie studiów. Są zresztą przyzwyczajeni do wielości form porozumiewania się. To ich atut. W Senegalu, tłumaczą, oprócz języka urzędowego, funkcjonuje narodowy – wolof, oraz języki etniczne, których jest bardzo wiele. Śmieją się trochę, jak to wciąż straszeni byli zimą, obdarowywani czapkami, rękawiczkami. – Cały czas nam mówili: będzie bardzo, bardzo zimno… Ale tak strasznie nie było. Chodziliśmy prawie cały czas bez czapki, rękawiczek. Tylko w górach poczuliśmy prawdziwy chłód – mówią. Leon pochodzi z południa Senegalu, okolic regionu Kedougu, gdzie jest wiele zieleni; Louis mieszkał w zachodnim Dakarze, w pobliżu Atlantyku. Przed afrykańskim ciepłem chroniły ich w ojczyźnie lasy i ocean. Szybko zaprzyjaźnili się ze studentami. – W „Maciejówce” ludzie są bardzo otwarci, rozmawiają z nami. Łatwiej dzięki temu uczyć się polskiego – tłumaczą. Obaj są katolikami. W duszpasterstwie służą do Mszy św. jako ministranci, uczestniczą w rozmaitych wyjazdach. Jak mówią, Eucharystia w Senegalu wygląda o tyle inaczej, że jest wypełniona bardzo radosnym, energetycznym śpiewem. Na święta jadają Senegalczycy nieco inne niż w Polsce potrawy (te codzienne to zwykle ryż i ryba) – ale choinka też się u nich pojawia – sztuczna. Przed Wielkanocą mają zwyczaj dzielić się specjalną słodką potrawą z muzułmańskimi kolegami, którzy świętują razem z chrześcijanami. – Dobrze ze sobą żyjemy – powtarzają.

Możemy pomóc

Ugoszczenie afrykańskich studentów to niejedyna forma maciejówkowego wsparcia dla Senegalu. Wyruszyły już stąd do afrykańskich misjonarzy rowery, motory. W parafii NMP Bolesnej zebrano pieniądze na zakup ksiąg liturgicznych w języku francuskim. O. Szczepan zakłada na przedmieściach Dakaru nową parafię; czeka go budowa kościoła. – Na razie funkcjonuje w tym miejscu punkt medyczny prowadzony przez siostry zakonne, istnieje kaplica. Spora, ale ludzie ledwo się mieszczą, nawet na podwórku – wspomina ks. Maliński. – Działa przy niej katolicka biblioteka, prowadzona przez… muzułmanów. Wielu świeckich ludzi prowadzi punkty modlitewne. Byłem zaskoczony, gdy w muzułmańskiej dzielnicy znalazłem tablicę, na której kredą wpisywano, gdzie i kiedy są katolickie modlitwy. Muzułmanie przychodzą do świątyń katolickich. I jedni, i drudzy bardzo szanują Jana Pawła II. Jak mówi, w Senegalu więcej jest wiary, mniej intelektualizmu. Bardzo rozpowszechniony jest kult Miłosierdzia Bożego – we wszystkich kościołach widać obraz z napisem „Jezu, ufam Tobie” w języku wolof. Często można zobaczyć także obraz św. Maksymiliana M. Kolbego. Tworząca się parafia to poważne wyzwanie. Potrzebne są choćby szaty i sprzęty liturgiczne. Obecnie najpilniejszą sprawą wydaje się zadbanie o jakiś pokój z toaletą na terenie owej parafii, gdzie o. Szczepan mógłby zamieszkać (na razie dojeżdża tam z seminarium). „Malina” marzy o tym, by pomóc w otwarciu na miejscu szkoły zawodowej – takie szkolnictwo prawie tam nie istnieje. Potrzeb jest mnóstwo. Kto chciałby pomóc, może to uczynić przez pośrednictwo Fundacji Mathesianum. Informacje na www.mathesianum.org.