Wsiąść do pociągu nie byle jakiego

Agata Combik

|

Gość Wrocławski 51-52/2019

publikacja 19.12.2019 00:00

Kiedy miała 15 lat, przejechała 400 km i po 8 godzinach zapukała do klasztoru we Wrocławiu. Pamięta dobrze ten dzień, 2 września 1962 roku.

Dzisiaj zakonnica z Podkarpacia czuje się wrocławianką. Już dawno temu pokochała stolicę Dolnego Śląska. Dzisiaj zakonnica z Podkarpacia czuje się wrocławianką. Już dawno temu pokochała stolicę Dolnego Śląska.
Maciej Rajfur /Foto Gość

Siostrę Małgorzatę Szewczyk CDC możemy spotkać przy ruchomej szopce w kościele pw. NMP na Piasku. Pracuje tam od 44 lat, podobnie jak w Duszpasterstwie Niesłyszących i Niewidomych Archidiecezji Wrocławskiej.

Łączy pokolenia

Ruchoma szopka powstała w 1967 roku z pomysłu i rękami ks. Kazimierza Błaszczyka, który wówczas został duszpasterzem niesłyszących. Siostra Małgorzata Szewczyk trafiła tam 2 listopada 1976 roku. – Dzisiaj jeszcze możemy zobaczyć figurki z okresu jej powstawania. Dzieci ofiarowywały dla szopki swoje zabawki. Nie da się ukryć, że spada liczba odwiedzających, bo zmienił się świat. Młodzi mają już tak zaawansowane technologicznie zabawki, że ruchoma szopka ich nie zaciekawia. One oglądają cały świat w swoich smartfonach – diagnozuje po latach pracy s. Małgorzata. Pamięta ogromne kolejki do szopki w okresie Bożego Narodzenia, które wychodziły nawet poza kościół. Ale, jak dodaje, widzi nadzieję, bo zaobserwowała ciekawe zjawisko. – Od jakiegoś czasu wracają tu ze swoimi potomkami dorośli, którzy w dzieciństwie przed laty byli przyprowadzani do szopki przez swoich rodziców. Teraz sami tłumaczą i pokazują, jakimi zabawkami się kiedyś bawili, jak wyglądał ich mały świat – opowiada zakonnica. Najbardziej wzrusza ją ten typ zwiedzających, którzy ruchomą szopkę traktują jako coś więcej niż atrakcję i rozrywkę. Dla nich to miejsce tworzy doskonałą okazję do rodzinnej katechezy, przyjemnej lekcji religii. – Przychodzą rodzice z dzieckiem, klękają z nim, bo tu znajduje się Najświętszy Sakrament i tłumaczą, kim jest Pan Jezus, dlaczego świętujemy Jego narodzenie. Jestem świadkiem pokoleniowego przekazywania wiary, które porusza moje serce.

Nie było na co czekać

Jak to się stało, że kobieta z niewielkiej podkarpackiej wsi Dobrków, położonej prawie 400 km od Wrocławia, znalazła się na Ostrowie Tumskim? To proste. Odpowiedziała pozytywnie na Boże powołanie. W wieku 15 lat. 2 września 1962 roku wsiadła w pociąg i po ośmiogodzinnej podróży w tłoku na stojąco przyjechała ze starszą siostrą do klasztoru Sióstr Bożego Serca Jezusa przy ul. Kapitulnej 4. – Pamiętam dobrze ten dzień, było ciepło. Na obiad siostry podały rosół, ziemniaki, mizerię i porcję mięsa, i kompot – uśmiecha się s. Małgorzata. Pochodzi z katolickiej rodziny. Do dzisiaj w jej uszach rezonują godzinki, które śpiewali bardzo często jej rodzice. Dlaczego w tak młodym wieku wstąpiła do zakonu? – A na co miałam czekać, gdy pojawił się wyraźny głos wewnętrzny od Boga i silne pragnienie? – odpowiada przekornie pytaniem na pytanie. O zgromadzeniu na drugim końcu Polski dowiedziała z miesięcznika „Msza Święta”, który kupowała jej siostra. W jednym z numerów zobaczyła ogłoszenie, które dziś recytuje z pamięci: „Siostry Bożego Serca przyjmują kandydatki do swojego zgromadzenia” i podany adres klasztoru. – Jako dziewczynka miałam nabożeństwo do Najświętszego Serca Pana Jezusa, odprawiałam pierwsze piątki miesiąca, a moja patronka również wpisuje się w ten charyzmat, bo św. Małgorzata Maria Alacoque przyczyniła się do rozszerzenia kultu Serca Jezusa na cały świat. A po drugie… chciałam się znaleźć daleko od domu, żeby być wolną od presji – wspomina s. Małgorzata. Jak dodaje, jako 15-latka wstępowała do klasztoru z radością i miłością. Nie lękała się niczego. – Ja po prostu chciałam być zakonnicą.

Gdzieś mnie posłał?

Jakiś czas po ślubach wieczystych, złożonych w 1971 roku, rozpoczęła pracę z głuchoniemymi i posługiwała im aż przez 44 lata. – Kompletnie nie znałam języka migowego i nauczyłam się go bez pobierania jakichś lekcji, ale po prostu przebywając z nimi. Pamiętam moją pierwszą Mszę z niewidomymi i niesłyszącymi – ogromne przeżycie. Gdy wracałam, pomyślałam sobie: „Panie Boże, gdzieś mnie posłał? Nie znam ani trochę migowego. Ale co tam, jak żeś mnie tu postawił, to daj mi siłę”. I dał aż na 44 lata – przyznaje s. Małgorzata. Zaznacza, że głuchoniemi nauczyli ją radości, bo oni mają w sobie wiele entuzjazmu. Pokazali, jak radość przekazywać innym, dodali życiowej odwagi. – Gdybym miała jeszcze raz wybrać, tak samo bez wahania wsiadłabym do tego pociągu na drugi koniec Polski – podsumowuje ze wzruszeniem.