Dzwoń wytrwale

Gość Wrocławski 9/2020

dodane 27.02.2020 00:00

O błogosławionym doświadczeniu bezsilności, która nie jest bezradnością, i o tym, jak przenieść zbyt ciężką szafę, mówi ks. Mirosław Maliński, duszpasterz DA „Maciejówka”.

Ksiądz Mirosław Maliński Ksiądz Mirosław Maliński
Maciej Rajfur /Foto Gość

Agata Combik: Był jakiś szczególny powód, dla którego powstała ta książka?

Ks. Mirosław Maliński: Wielu młodych ludzi ma problemy związane ze sferą seksualną. Jest to widoczne choćby przy rozmowach duszpasterskich, które są okazją do autorefleksji. Zająłem się tym ze względu na konkretnych ludzi. Jeśli chodzi o homoseksualizm, nie wydaje mi się słuszne automatyczne włączanie terapii zarówno afirmatywnej jak i reparatywnej, a za zupełnie szkodliwe uznaję podejście, w którym o homoseksualizmie mówi się jako o szkodliwej ideologii, bez patrzenia na konkretnych ludzi. Czyni się z tej sprawy temat „wyprany z człowieka”. Takie głosy się pojawiają.

W książce padają słowa, że Bóg czyni cuda, ale rzadko; natomiast lubi procesy. Judyta mówi, że homoseksualizm jest w jej odczuciu symptomem jakiejś rany. Czemu jej nie leczyć?

Tak, za homoseksualizmem nierzadko kryją się rany wymagające opatrunku, często związane z deficytem. Każdy z nas wynosi z dzieciństwa różne deficyty. Niektóre są do uzupełnienia, inne nie. Z niektórymi trzeba żyć. Taki deficyt bywa dogodnym miejscem rozwoju także zachowań homoseksualnych. Przy czym te braki bywają odczuwane bardzo subiektywnie, a obiektywnie wydają się niedostrzegalne. Rodzice dali tyle miłości, ile mieli, ale dziecko mimo to czuło się niekochane, a nawet odrzucone. Myślę, że nie możemy mówić o terapii homoseksualizmu, ale z terapii dotykającej takich deficytów homoseksualista może skorzystać. Tak jak nie leczy się depresji, ale człowieka, który cierpi na depresję.

Rozmówcy, mówiąc o swoim zdrowieniu, nie twierdzą, że całkowitej zmianie uległy ich skłonności, ale nie są już one dla nich obsesją.

Wszelkie obsesje, działania kompulsywne powodują destrukcję i ogromne cierpienie. Przymus częstej masturbacji, siedzenie godzinami przy pornograficznych stronach, przygodne kontakty seksualne... To niszczy w wymiarze psychicznym, biologicznym i duchowym. Podobnie jak przy innych uzależnieniach głód rośnie w miarę jedzenia; bez szansy na zaspokojenie. Kompulsywne zachowania w sferze seksualnej niszcząco promieniują na więzi międzyludzkie. Nawet jeśli wszystko dzieje się „tylko” wewnątrz człowieka. Alkoholikiem zostaje się na całe życie, to choroba nieuleczalna. Jednak alkoholik, mając tego świadomość, może nie pić. Myślę, że w przypadku uzależnień seksualnych działają podobne mechanizmy. Taka osoba może po przejściu pewnej drogi trwać w abstynencji i jeszcze jest w stanie pomóc innym.

Jak pomóc takim ludziom?

Przede wszystkim pomóc im wyjść z samotności. Pamiętam, jak na pewnym wyjeździe duszpasterskim siedziałem z jednym z chłopaków sześć godzin, zanim się otworzył, uchylił rąbka swej tajemnicy. Potrzebował wiele czasu. To był szloch, ból, wstyd… Nie wiedziałem najpierw, co zrobić z jego wyznaniem. Zrozumiałem jednak, że sam fakt, że on to wyznał choćby jednej na świecie osobie, zmniejsza jego ból, wydobywa go z otchłani samotności, otwiera jakąś szansę. To okropne uczucie latami nosić maskę, pod którą kryje się wielkie cierpienie. Prawda wyzwala. Choć jest faktem, że może też zabić. Trzeba wielkiej delikatności. Takim ludziom bardzo pomagają grupy wsparcia. Jedną z propozycji są grupy Anonimowych Seksoholików. Kiedy patrzę na osoby, które do nich dołączyły, widzę wręcz natychmiastową poprawę. Owszem, żeby zmiana była trwała, potrzeba wiele pracy. Ale już na początku doświadczają ulgi. Są wysłuchani, przyjęci. Poznają ludzi, którzy mają podobne doświadczenia, a od wielu lat potrafią trwać w trzeźwości seksualnej.

Kluczowe jest doświadczenie bezsilności. To sprzymierzeniec?

Tak, pierwszy krok w programie 12 kroków dotyczy uznania bezsilności wobec problemu. Oznacza: „nie mam w sobie siły, by coś zmienić, by to ruszyć”. Ale bezsilność to nie jest bezradność. Gdy mam do przeniesienia dużą szafę, to jestem bezsilny, ale jeśli poproszę pięciu chłopaków, żeby pomogli mi ją przenieść, okazuje się, że możemy to zrobić. Przy uzależnieniach jest tak samo. Sam w sobie siły nie mam. Muszę znaleźć jej źródło gdzie indziej, uzyskać pomoc z zewnątrz. Program 12 kroków okazał się bardzo przydatny również dla ludzi, którzy przeżywają jakąkolwiek niemoc.

Drugim krokiem jest uwierzenie w to, że „Siła Większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie”.

Program stworzyli alkoholicy. W ich środowisku wiele osób było sceptycznych wobec religii. Użyto więc sformułowania „Siła Wyższa”. Jeśli ktoś w niej widzi Boga, to bardzo dobrze; jest od razu w tym miejscu, do którego zmierzamy. Ktoś jednak może uznać, że dla niego „Siłą Wyższą” jest na przykład grupa wsparcia. Na początek to wystarczy.

W książce czytamy o „zbawczym” krzyku ludzi, którzy w swojej bezsilności desperacko wołają o pomoc, jak zgubiona owca, która „dzwoni dzwoneczkiem”, żeby ktoś ją znalazł.

Mówił kiedyś o tym dzwoneczku ks. Piotr Pawlukiewicz. Trzeba krzyczeć o pomoc, ale trzeba też ją przyjąć. Gdy proponuję ludziom udanie się na spotkanie grupy SA lub rozmowę z kimś o podobnym doświadczeniu, często nie od razu są gotowi podjąć konkretne działania. Dbam o to, by nie stracić kontaktu z takim człowiekiem – żeby zawsze mógł przyjść, porozmawiać. Towarzyszę mu, nigdy nie oceniam.

Niektórych nęka myśl o grzechu, dla innych grzech to coś abstrakcyjnego.

Ja sam pierwszy nie używam przy takich rozmowach słowa „grzech”. Pytam: „Czy to, co się dzieje w twoim życiu, nie niszczy ciebie?”. „Tak, niszczy” – słyszę. „Czy jest to pożyteczne dla innych osób obecnych w twoim życiu?” „Nie”. „Czy chciałbyś się tego wyzbyć?” „Tak”. Te wszystkie stwierdzenia pokazują, że jest to zło, ale słowa „grzech” nie można tu używać. Z grzechem mamy do czynienia, gdy człowiek dokonuje wolnego wyboru. Jeśli działają jakieś mechanizmy pozbawiające praktycznie daną osobę wolności, sytuacja jest inna. Czasem coś nie jest grzechem w sensie winy, ale od strony moralnej trzeba powiedzieć, że to jest złe. Najlepiej zwrócić uwagę na fakt, że to człowieka niszczy. Czy jeśli ktoś jest chory na raka, to jest to jego grzech? Seksoholizm to choroba.

Wiele osób ma problem np. z pornografią. Czy zawsze powinni szukać grupy wsparcia?

Nie ma „dobrej pornografii”. W momencie, gdy ktoś czuje, że ma z tym problem, powinien poszukać pomocy. Nic się nie stanie, gdy ktoś raz czy drugi pójdzie na mityng Anonimowych Seksoholików i okaże się, że jego to bezpośrednio nie dotyczy. Gorzej, jeśli ktoś pójdzie na mityng dwa lata czy pięć lat za późno. Im szybsza reakcja, tym efekty lepsze i osiągane mniejszym wysiłkiem.

Jedna z rozmówczyń twierdzi, że jej problemy okazały się poniekąd błogosławieństwem. Podjęła wysiłek odkrywania swojej kobiecej tożsamości.

„Moc w słabości się doskonali”. Ale potrzeba czasu i sprzyjającego obrotu wydarzeń, żeby to odkryć.