Nie takiego pomnika żołnierzy wyklętych potrzebujemy

Maciej Rajfur Maciej Rajfur

Ale zdecydowanie trwalszego, którego trudniej zbudować niż ten za setki tysięcy złotych.

Nie takiego pomnika żołnierzy wyklętych potrzebujemy

Znamy już pięć projektów, spośród których w połowie czerwca zostanie wybrany kształt wrocławskiego pomnika żołnierzy wyklętych. Ma on stanąć na skwerze u zbiegu ulic: Glinianej, Borowskiej i Dyrekcyjnej. Natychmiast rozgorzała dyskusja: brzydki, ładny, trafiony, nieestetyczny. Taki, siaki, owaki.

A u mnie ogłoszenie finałowych prac zbiegło się z refleksją, która w sumie trawi mnie powoli od jakiegoś dłuższego czasu. Więcej emocji niż ten pomnik, którego potrzebę postawienia rozumiem, wzbudza we mnie smutna tendencja, którą zauważam od kilku lat.

Moim zdaniem (zaznaczam - to subiektywne spojrzenie) masowy ruch społeczny skupiony wokół żołnierzy powojennego antykomunistycznego podziemia, rozpoznawalnych jako żołnierze wyklęci, był niestety jedynie jakimś rodzajem mody, przejawem ruchu antysystemowego, mini-buntu pokolenia dwudziesto- i trzydziestolatków.

I chyba niczym więcej.

Obserwuję to intensywnie od kilku lat na przykładzie Wrocławia, gdzie jeszcze nie tak dawno marsz ku czci żołnierzy niezłomnych, Msza Święta w ich intencji, obchody nad ich grobami, koncerty czy różnego rodzaju spotkania o tej tematyce przyciągały sporą grupę ludzi, w tym wielu młodych. Ale z roku na rok frekwencja w kościołach, instytucjach kultury czy na ulicach drastycznie spada. 

Mam wrażenie, że kiedyś to po prostu było na topie i ludzie nakręcali się pozytywnie. Po czasie okazało się, że wielu miało słomiany zapał. Może zmarnowaliśmy ten zapał. Z iskry nie rozpalono ogniska. Historia wyklętych bohaterów pociągała Polaków, ale zjawisko to nie wyszło poza poziom pierwszej fascynacji. Nawet obecność pośród nas tych ostatnich z ostatnich kombatantów, ich poświęcenie i wysiłek, który wkładają, by opowiadać swoje trudne losy, nie była żadną zachętą. 

Przyznam, że kilka lat temu liczyłem na więcej myśląc o 2020 roku.

Łatwo założyć patriotyczną koszulkę lub bluzę, wrzucić zdjęcie z przekazem w mediach społecznościowych, krzyknąć: "Cześć i chwała bohaterom", ale zdecydowanie potrzeba czegoś więcej. Edukacji w domu, w szkole, w pracy, w swoich środowiskach, przekazywania i życia wartościami, które w testamencie zostawili nam żołnierze niezłomni. To już jednak wymaga wysiłku, poświęcenia czasu, energii, jakiejś pomysłowości.

I w tym kontekście parafrazując Horacego, sądzę, że potrzebujemy wybudować inny pomnik żołnierzy wyklętych. Ten trwalszy niż ze spiżu, którego nie naruszą deszcze gryzące, nie zburzy oszalały Akwilon, a  oszczędzi go nawet łańcuch lat niezliczonych i mijanie wieków.

Wolę walczyć o taki pomnik niż ten, który stanie u zbiegu ulic: Glinianej, Borowskiej i Dyrekcyjnej. Chociaż zapewne ten fizyczny także jest potrzebny. Chciałbym jednak, żebyśmy wszyscy potraktowali go jak zobowiązanie, a nie zwieńczenie. Bo wiele mamy jeszcze do zrobienia.