Nie chodzi o medale

Gość Wrocławski 29/2021

publikacja 22.07.2021 00:00

O kochającej rodzinie, Bożym wsparciu i największych sukcesach opowiada Renata Mauer-Różańska. 25 lat po pierwszym złocie na olimpiadzie.

Trzykrotna medalistka olimpijska, wrocławianka z wyboru, legenda polskiego sportu wciąż tryska energią i optymizmem. Trzykrotna medalistka olimpijska, wrocławianka z wyboru, legenda polskiego sportu wciąż tryska energią i optymizmem.
Maciej Rajfur /Foto Gość

Maciej Rajfur: 20 lipca minęło 25 lat od pierwszego, legendarnego już, złota olimpijskiego w Atlancie. Sięga Pani jeszcze po karabin?

Renata Mauer-Różańska: Strzelam bardzo rzadko. Muszę przyznać, że mam mniej czasu niż w okresie aktywności sportowej. Moje obecne obowiązki zajmują mnie bardziej niż kiedyś treningi. Trening zajmował największą część dnia, a ćwiczyłam nie tylko na strzelnicy.

Który medal olimpijski ceni Pani najbardziej i dlaczego?

Wszystkie cenię na równi, choć zdobywałam je w innym stylu, w inny sposób, z innym podejściem, przygotowaniem i motywacjami. Każdy, nawet ten brązowy z Atlanty, ma dla mnie ogromną wartość. Choć nie lubię mówić o medalach, wyliczać ich. Dobrze pamiętam słowa dawnego szefa szkolenia, pana Tadeusza Baranowskiego, który przed wyjazdem na ważne zawody powiedział: „Życzę ci, żebyś wróciła zadowolona”. Igrzyska nie powinny polegać na myśleniu o medalach. To jest według mnie destrukcyjne. Na takiej imprezie trzeba skupić się na swoim starcie, nie na nagrodach czy zaszczytach. Dlatego nigdy nie interesowałam się prognozami medalowymi. Wiedziałam, że muszę się skoncentrować na strzelaniu. Każdy strzał to osobna, szybka decyzja, którą należy podjąć w najlepszym momencie.

Ostatnio otrzymała Pani kolejne wyróżnienie – honorowe obywatelstwo Wrocławia. Jak traktuje Pani Wrocław? Związała się Pani z tym miastem na dobre, choć pochodzi z Nasielska niedaleko Warszawy.

Wrocław od ponad 30 lat jest moim domem. Jest miastem otwartym na świat, w którym można realizować się nie tylko sportowo. Z Wrocławiem związana jestem rodzinnie, zawodowo i społecznie. Tu mam wsparcie męża, dzieci i przyjaciół. Trenując w WKS „Śląsk”, osiągnęłam największe międzynarodowe sukcesy sportowe. Ukończone studia w Akademii Ekonomicznej i Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu dały mi możliwość podjęcia pracy na uczelni, a działalność w Radzie Miejskiej i Regionalnej Radzie Olimpijskiej znacznie poszerzyły zakres mojej działalności i związały z Wrocławiem na dobre.

Urzeka mnie Pani historia sprzed igrzysk w Atlancie w 1996 roku. Pięć miesięcy przed historycznym startem urodziła Pani córkę Natalię. Może być Pani znakomitym przykładem i motywacją dla kobiet. Sportsmenka osiąga życiowy międzynarodowy sukces po drugiej stronie globu, zupełnie niedawno wyszedłszy z sali porodowej.

Wyjazd za ocean na igrzyska olimpijskie okazał się jednym z najtrudniejszych momentów w moim życiu.

Ale po czasie możemy powiedzieć, że podjęła Pani bardzo dobrą decyzję.

Myślę, że tak. Gdy byłam w ciąży, miałam rozpisany plan treningowy do igrzysk. Tak naprawdę wyliczyliśmy z trenerem Andrzejem Kijowskim nieomal każdy dzień, a okazało się, że Natalia urodziła się dwa tygodnie po terminie. Trzeba było wywoływać poród. Na szczęście czasu nie zabrakło, choć byłoby na pewno łatwiej, gdyby przyszła na świat w wyznaczonym dniu. Widocznie było jej ze mną dobrze. (śmiech) Wiele osób wspierało mnie w wyjeździe na igrzyska. Nikt nie przyjmował do wiadomości, że mogę nie pojechać. W wielkiej tęsknocie i rozdarciu wyruszyłam do Atlanty. Gdyby nie wsparcie trenera, klubu, Polskiego Związku Strzelectwa Sportowego, rodziny, a szczególnie mojej mamy, stanęłabym przed ogromnym dylematem.

Czy w późniejszej karierze sportowej podejmowała Pani równie trudne decyzje?

Każdy mój wyjazd był bardzo trudny. Zdecydowałam się na uprawianie sportu na najwyższym poziomie, dlatego nie miałam innego wyjścia. Natomiast tam, gdzie mogłam, zabierałam Natalię ze sobą. Moi koledzy i koleżanki z kadry narodowej opiekowali się córką, kiedy mieli wolny dzień, a ja stawałam do rywalizacji w swojej konkurencji. Przed wyjazdem na zawody wiedziałam, która koleżanka i który kolega w danym momencie będą zajmować się Natalią. (śmiech) Towarzyszyła mi na treningach i zawodach. Jest dzieckiem strzelnicy. Wszyscy ją znali. Obdarowywali różnymi pamiątkami. Gdy była małym dzieckiem, mimo blond włosów wyróżniała ją uroda dalekowschodnia. Teraz to się zmieniło. Ale wówczas z tego powodu zaczepiali ją nawet Chińczycy i Japończycy.

Strzelectwo to wciąż dość niepopularny w Polsce sport. Zazwyczaj po sukcesach jakiegoś zawodnika lub drużyny dyscyplina rośnie w siłę. Czy po Pani osiągnięciach stało się tak w Polsce ze strzelectwem? Jak wygląda sytuacja w przeddzień Igrzysk Olimpijskich w Tokio?

Po igrzyskach w Atlancie pojawiło się dużo chętnych do trenowania strzelectwa. Później niestety się to zmieniło, także z powodu zmian w przepisach. Zaostrzono reguły, choćby w temacie magazynów broni czy odpowiednich badań. Prowadzenie strzelnicy zaczęło być bardzo kosztowne i objęte ścisłymi procedurami, w związku z tym wiele strzelnic szkolnych zostało zamkniętych. A co za tym idzie – zmniejszył się dostęp do tego sportu. A ja zaczęłam strzelać na szkolnej strzelnicy. Mam jednak nadzieję, że ten sport się odrodzi. Obecnie obserwujemy zjawisko dużego zainteresowania strzelectwem wśród osób dorosłych. Gdyby to miało przełożenie na młodszych, więcej klubów musiałoby zacząć szkolenie dzieci i młodzieży.

Zadedykowała Pani złoty medal z Sydney w 2000 roku Panu Bogu. Dlaczego?

Odniosłam wrażenie, że to, co działo się w tamtym finale, było jednym wielkim cudem. Nigdy przedtem i potem nie spotkałam się u siebie z takim zjawiskiem. Ten stan w psychologii nazywa się flow. Niesamowite uczucie, które przejawiało się w niezwykłej sile psychicznej. Na poziomie mentalnym czułam przewagę nad swoimi rywalkami, mimo że nie kontaktowałyśmy się, każda miała osobne stanowisko. Nie wiem, skąd to się wzięło. Dwa lata przed igrzyskami w Sydney na mistrzostwach świata stałam obok znakomitej Sonji Pfeilschifter i mentalnie czułam się od niej słabsza. Wtedy zajęłam drugie miejsce. Później, na igrzyskach w Australii, było odwrotnie. W finale miałam bardzo wysokie tętno, co rzadko mi się zdarzało. Ale nie przeszkodziło to w odpowiednim momencie w spokoju zwolnić język spustowy i celnie strzelić.

Jest Pani osobą wierzącą w Boga?

Tak. Wiara w Boga bardzo pomagała mi zarówno w życiu sportowca, jak i w życiu prywatnym. W smutkach i radościach. Choć muszę powiedzieć, że nigdy nie nauczyłam się mówić o swojej wierze. Mam ją po prostu głęboko w sobie. Czuję ją, ale nie umiem tego odpowiednio opowiedzieć.

Pracuje Pani od lat jako nauczyciel akademicki. Była Pani radnym Wrocławia przez dwie kadencje. Z czego wynika ta aktywność pozasportowa?

Pewnego dnia pomyślałam, że nie będę całe życie utrzymywać tak wysokiego poziomu strzeleckiego, postanowiłam więc spróbować czegoś innego. Kiedy zostałam radną miejską, mój syn miał dwa lata. Nawet nie przypuszczałam, że ta aktywność wiąże się z myśleniem przez siedem dni w tygodniu o różnych sprawach miasta. A dalej trenowałam strzelectwo, więc odkładanie karabinu trwało stopniowo. W tamtym okresie zaczynałam treningi, gdy wszyscy odpoczywali. I to było mi bardzo potrzebne. Mogłam się wtedy wyciszyć po całym dniu obowiązków w radzie miejskiej, w domu i na uczelni.

Warto było się zaangażować w działalność samorządową?

Oczywiście, ponieważ sportu z tej perspektywy nigdy nie znałam. Przed laty mój szef, śp. Leopold Kałuża, powtarzał mi: „Specjalnie nie mówię ci niczego, co dotyczy zaplecza sportowego. Skoncentruj się na treningu i strzelaniu. Moim zadaniem jest zabezpieczyć ci to, czego potrzebujesz”. Nigdy nie byłam więc obciążana takimi informacjami. Gdy zostałam radną, zobaczyłam sport z zupełnie innej perspektywy. Wówczas zrozumiałam, ile zawdzięczam ludziom, którzy przygotowywali mi przez lata warunki do uprawiania strzelectwa. Ile to kosztowało pracy, determinacji i odpowiedniego podejścia.

W strzelectwie złotego medalu olimpijskiego nie zapewniał jeden strzał – gdy Pani święciła tryumfy, trzeba było oddać pięćdziesiąt dobrych prób. Czterdzieści w kwalifikacjach i dziesięć w finale. To wymaga stałej precyzji. Czy ten charakter sportowy odzwierciedla Pani charakter w życiu?

Tak. Zawsze miałam tendencję do perfekcjonizmu we wszystkim, czym się zajmowałam. Mama uczyła mnie haftu. Po latach dostałam od niej pamiątkę, którą ciągle przechowuję. To wyszywanka. Nie wiem, ile miałam wtedy lat – może 10. Ale zauważyłam, że wkłucia igły były wręcz idealnie równe. Każde miało około milimetra odległości. Jak to możliwe? Teraz, gdy patrzę z perspektywy czasu, widzę swoje predyspozycje. Lubiłam to, co wymagało precyzji. Dlatego właśnie strzelanie do tarczy od pierwszych zajęć PO mnie wciągnęło. Doznałam wtedy olśnienia i zapragnęłam się tym zajmować.

Będzie Pani śledzić Igrzyska Olimpijskie w Tokio?

Chętnie pokibicuję polskim reprezentantom. Szczególnie że te igrzyska przesunęły się o rok, a wielu sportowców pracowało na nie bardzo ciężko. Nie jest łatwo wydłużyć cykl przygotowań o taki okres. Strzelectwo pozwala utrzymywać najwyższy poziom przez dłuższy czas, ale nie wszystkie dyscypliny dają taką możliwość.

Kiedyś powiedziała Pani, że o medalu olimpijskim marzyła Pani tak, jak o kochającej się rodzinie, dzieciach i mężu. Wszystko się udało! Zatem o czym marzy teraz Renata Mauer-Różańska?

Teraz marzę o doktoracie. To moje aktualne wyzwanie związane z uczelnią. Już wcześniej chciałam się tym zająć. Dlatego zrezygnowałam z wyborów na kolejną kadencję do rady miejskiej. Po drodze nastąpiły jednak duże zmiany w Akademii Wychowania Fizycznego. Potem nadszedł czas COVID-19, a wraz z pandemią zmiana trybu pracy, zdalne nauczanie syna i znowu nie było możliwości. Teraz myślę, że nadszedł dobry moment, by powalczyć o doktorat. Mam też jeszcze wiele innych marzeń, bardziej intymnych, które zostawię w swoim sercu.• maciej.rajfur@gosc.pl