Salez w Afryce

Agata Combik

|

Gość Wrocławski 34/2022

publikacja 25.08.2022 00:00

Uczyli dzieci matematyki i angielskich słówek, tańczyli z nimi „Macarenę” i grali w piłkę, smażyli naleśniki, prażyli na ognisku orzechy… Podarowali ludziom z Gambii kawał czasu i serca. Otrzymali mnóstwo radości.

	Kuba (na zdjęciu), Ela, Kamila, Gosia, Teresa i Weronika ani przez chwilę się nie nudzili. Kuba (na zdjęciu), Ela, Kamila, Gosia, Teresa i Weronika ani przez chwilę się nie nudzili.
ks. Jerzy Babiak SDB

W ramach szkolnego projektu misyjnego Gambia 2022 na Czarny Ląd wyruszyło sześcioro młodych wolontariuszy z Liceum Salezjańskiego we Wrocławiu. Towarzyszył im jako opiekun ks. Jerzy Babiak, dyrektor Zespołu Szkół Salezjańskich Don Bosco. Był to 16. wyjazd misyjny uczniów salezjańskiego LO we Wrocławiu; w sumie na misje wyjechało z liceum jak dotąd ponad 100 osób.

Stołówka i letni obóz

– To nasz trzeci pobyt w Gambii, najmniejszym kraju Afryki – mówi ks. J. Babiak. – Wiąże się z jedną z ważniejszych wartości, które rozwijamy w Salezie: solidarnością z potrzebującymi. Jej wyrazem jest nie tylko zaangażowanie na miejscu, w Afryce. W naszej szkole przez cały rok gromadzimy środki, by realnie pomagać Gambijczykom. Prowadzimy zbiórki na piątkowych Mszach św. i nie tylko, organizujemy różne kiermasze. Tym razem zebraliśmy ponad 6 tys. euro na rzecz stołówki, budowanej w placówce salezjańskiej w Kunkujang Mariama. Podczas naszego pobytu w Gambii uroczyście otwarliśmy ją. Poza tym prowadziliśmy Summer Camp (letni obóz) dla ok. 200 dzieci z wioski. Przygotowywaliśmy go wcześniej z miejscowymi animatorami. Cała wyprawa trwała od 12 lipca do 9 sierpnia. Ekipa wolontariuszy przebywała w miejscowości Kunkujang Mariama, gdzie znajduje się najmłodsza placówka salezjanów na świecie. Prowadzą ją od 3 lat, a kieruje nią ks. Piotr Wojnarowski SDB. W poprzednich latach dzięki składkom uczniów wrocławskiego Salezu wybudowane zostały tam już toalety oraz plac zabaw. Salezjanie przejęli duszpasterstwo w Kunkujang po ojcach białych (musieli odejść z placówki ze względu na brak powołań). Prowadzą tam parafię wraz z jej filiami, szkołę dla 1200 uczniów, oratorium. W wiosce znajduje się sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju. – Uczestniczyliśmy codziennie rano w Mszy św. ze wspólnotą salezjanów. Od 8.30 do 17.00 prowadziliśmy zajęcia na Summer Camp. Na wszelkie sposoby „doświadczaliśmy Afryki” – opowiada ks. Jerzy. – Przebywaliśmy w rzeczywistości diametralnie różnej od polskiej. Na każdym kroku widać tam ubóstwo. Przykładowo, ludzie mają tylko przez pewien czas w ciągu dnia dostęp do energii elektrycznej. Korzystają z paneli słonecznych. Gdy słońce zajdzie, jest w tej wiosce całkowicie ciemno. Mieszkańcy nie mają toalet z bieżącą wodą – muszą ją sobie dowozić ze studni; nie mają też na miejscu dostępu do służby zdrowia. Kapłan wyjaśnia, że w wiosce przeważają chrześcijanie, choć w Gambii 93 proc. ludności to muzułmanie. – Historia tego miejsca jest bardzo ciekawa. Przed laty osiedlili się tu uchodźcy z Gwinei Bissau. Byli to katolicy, którzy zatrzymali się tam na chwilę (w drodze do Senegalu) i otrzymali od muzułmańskiej ludności propozycję zamieszkania w tej okolicy na stałe – tłumaczy. – Na naszej półkolonii było również dużo dzieci muzułmańskich. Bardzo budujące jest to, że rodziny muzułmańskie i katolickie żyją w tej wiosce razem bez konfliktów, odnoszą się do siebie z życzliwością, potrafią współpracować.

Modlitwa i pląsy

– Kiedy byłam w gimnazjum, usłyszałam o Salezie i o misyjnych wyprawach uczniów tej szkoły. „Fajnie by było pojechać na misje” – pomyślałam. Odkryłam, że to jest szkoła dla mnie – wspomina Kamila Jarocka. Wyjaśnia, że przygotowanie do wyjazdu trwa cały rok. – Co tydzień spotykaliśmy się w ramach wolontariatu, słuchaliśmy opowieści o Gambii, o warunkach tam panujących. Organizowaliśmy zbiórki pieniędzy – w szkole, czasem w naszych parafiach. Po długiej lipcowej podróży wolontariusze z Wrocławia najpierw zaangażowali się w przygotowanie Summer Campu (przyjechali przed jego rozpoczęciem), w zajęcia z dziećmi w oratorium i w rozmaite prace na placówce – począwszy od skręcania bramek do gry w piłkę nożną po przygotowanie napisu powitalnego. W ich wspomnieniach pojawia się widok oceanu, pobudka zorganizowana przez ryczącego osła, mangowce, podróże na pace samochodu i przede wszystkim tryskające radością dzieci. Wolontariusze przygotowali dla nich mnóstwo zabaw (sprawdziły się np. tradycyjne „krzesełka”), ale mali podopieczni również gotowi byli na poczekaniu wciągnąć każdego w swoje spontaniczne szalone harce, bawiąc się choćby w „łaskotki” czy w zabieranie sobie czapek i uciekanie z nimi. – Te dzieci są bardzo zaradne, niemarudne, pomagają sobie nawzajem. Jeśli już jakiś malec zapłacze, to zaraz któreś starsze dziecko podejdzie, zaopiekuje się – dodaje Kamila. Dzień na Summer Camp zaczynał się od Eucharystii, modlitwy animatorów i śniadania oraz tzw. assembly – zebrania, w którym brali udział wszyscy uczestnicy obozu. – Odbywały się na nim modlitwy, wprowadzenie w temat dnia, piosenki na rozruszanie się; następnie zaczynały się lekcje – wspomina Ela Kaczkowska, która już po raz drugi pojechała do Gambii. W tym roku powierzono jej sporo odpowiedzialnych zadań. Wolontariusze z Wrocławia prowadzili m.in. zajęcia z matematyki, angielskiego, a także zajęcia z elementami religii, etyki czy funkcjonowania w społeczeństwie. – Ja akurat zajmowałam się dziećmi przedszkolnymi – opowiada Ela. – Starałam się prowadzić lekcje jak najbardziej kreatywnie – z odpowiednio dobranymi piosenkami, wykorzystując puzzle, książeczki z obrazkami. Wiele gier i zabaw miałam już przygotowanych z poprzedniego wyjazdu. Od kilku lat działam w gromadzie zuchowej i mam doświadczenie pracy z dziećmi. Tuż przed wyjazdem do Gambii wróciłam z kolonii z zuchenkami. Mogłam z nimi przećwiczyć nowe tańce, gry. W relacjach z gambijskiej wyprawy uderza ogromna liczba wspomnień dotyczących tańca. Pojawiał się na tzw. tanecznej przerwie w czasie zajęć, był nieodzowny na początku dnia, na końcu, przy spotkaniu animatorów, przy świętowaniu czyichś urodzin czy też bez żadnej okazji. Kamila zapamiętała również piękny taniec dziecięcy podczas uroczystości I Komunii Świętej. – Tańczyliśmy np. „Macarenę” czy wymyślone układy do różnych piosenek, często takie autorskie, niepowtarzalne. Próbowaliśmy nauczyć animatorów belgijki i skrzypka – opowiada dziewczyna. Kamila prowadziła z dziećmi zajęcia z matematyki, była ponadto w komitecie kuchennym i komitecie gier. Przyznaje, że uczenie matematyki po angielsku jest pewnym wyzwaniem, ale na szczęście chodziło o podstawy. Odpowiednie słownictwo można wyszukać z pomocą internetu. Młodzież z Wrocławia uczestniczyła w przygotowywaniu posiłków, w popołudniowych zajęciach rozwijających indywidualne talenty dzieci (np. nauka gry na gitarze, oczywiście nauka tańca) i grach zespołowych, popołudniowym Różańcu odmawianym „na chodząco”, na boisku.

Przyjaźń i kwiaty hibiskusa

Ela wspomina o niezbędnej przy okazji takich wypraw gotowości na niespodzianki, zdolności reagowania na sytuacje nieoczekiwane, rozwiązywaniu na bieżąco trudności. Pierwsze przygody zaczęły się już przed wyjazdem, gdy nagle okazało się, że trzeba błyskawicznie wykonać test na covid. Osobna kwestia to tematy kulinarne. – Zaskoczyło mnie na przykład to, że nikt nie używa tam desek do krojenia i trzeba wszystko kroić w ręku – wspomina Kamila. – Lokalne jedzenie bardzo mi smakowało, zwłaszcza przepyszny sos z orzeszków ziemnych, dodawany do kurczaka. Może najmniej podchodziły mi ryby. W czasie obozu potrawy opierały się na kaszy, ryżu, kuskusie. Zakupiłyśmy sobie do domu z dziewczynami kwiaty hibiskusa i mamy zamiar przyrządzić z nich sok, taki jak w Gambii. Przywiozłyśmy też orzeszki, z których planuję przygotować wspomniany sos. Co było dla wolontariuszy najważniejsze w tegorocznym wyjeździe? – Przyjaźń. Poznałam z imienia wszystkich animatorów i wiele dzieci. Każdy mnie znał i ja znałam każdego. Przełamaliśmy barierę w kontaktach. Czasem wydaje się, że jakiś człowiek jest z zupełnie innego świata, że się nie zrozumiemy. Tymczasem udało nam się wejść w autentyczne, głębokie relacje – mówi Ela. – Mnie zapadła w pamięć ogromna otwartość, gościnność ludzi z Gambii – dzieli się Kamila. – Byli bardzo komunikatywni, potrafili całkiem dobrze posługiwać się językiem angielskim (choć oczywiście rozmawiają między sobą w swoim lokalnym języku). – Bardzo się cieszę, że udaje nam się pomagać ludziom w Afryce – mówi ks. Jerzy – choć trzeba powiedzieć, że takie wyjazdy są bardzo wymagające pod wieloma względami, choćby z powodu innego klimatu. Przykładowo, temperatura 27°C jest przez nas odczuwana jak 34°C. Nasz organizm funkcjonuje tam inaczej, trzeba zdobyć się na duży wysiłek, by być aktywnym – na boisku, w czasie tańca, na lekcjach. Widzimy jednak, że nasza obecność tam jest bardzo ważna. Gambijczycy cieszą się, że przyjeżdżamy, że jesteśmy z nimi, że chcemy im towarzyszyć. Ich otwartość i zaraźliwa radość dają nam siłę. Widzę, jak dobrze radzą sobie na miejscu nasi uczniowie – w spotkaniu z dziećmi, pod względem językowym. Ksiądz J. Babiak uważa, że w wychowaniu młodzieży konieczne jest rozwijanie wrażliwości na ludzi najuboższych i stwarzanie okazji do konkretnego zaangażowania. W planach są więc kolejne wyprawy. Wspomnienia z misji znajdziesz na http://misje.salez-wroc.pl/