• facebook
  • rss
  • W drogę ze św. Anną

    dodane 19.07.2012 00:00

    Kresowiacy. Co zabrać, gdy w kilka godzin trzeba spakować dobytek całego życia? Mieszkańcy Jackówki spakowali paszę dla zwierząt i mąkę na chleb, garnki i pierzynę. Także obraz swojej patronki.

    Sierpień 1945 roku W Jackówce, wiosce położonej 24 km od Stanisławowa, a 60 km od Lwowa, była tylko niewielka przydrożna kapliczka. Mieszkańcy korzystali z parafialnego kościoła w pobliskim Tłumaczu. – Świątynia była duża, wysoka, elegancka – wspomina Roman Mazurek, urodzony w Jackówce, obecnie mieszkaniec podwrocławskich Siedlakowic. – W tym kościele miały miejsce wszystkie najważniejsze wydarzenia w naszym życiu: chrzest, Pierwsza Komunia, rodzinne śluby i pogrzeby. Uroczystościom patronowała św. Anna. Jej pozłacany drzeworyt wisiał w głównym ołtarzu kościoła w Tłumaczu „od zawsze”.

    Do niej poszliśmy się pomodlić zmuszeni do opuszczenia rodzinnej wioski. I św. Anna nie pozostawiła mieszkańców Jackówki bez pomocy. Ruszyła w drogę z nimi. Brochów? A gdzie to? W Jackówce mieszkali obok siebie Polacy i Ukraińcy. – Zgodnie – przytakuje pan Roman. – Pewnie, że czasami przygadywali sobie, jak to między sąsiadami, ale z drugiej strony nawet w naszej rodzinie były małżeństwa mieszane polsko-ukraińskie. Jednak wojna i polityka zakłóciły spokojne życie Jackówki. Przyszedł nakaz opuszczenia wioski. Po kilku dniach rodzice młodego Romka byli już w Stanisławowie, a jego wysłali jeszcze do Jackówki po resztę dobytku. – Noc przed ostatecznym wyjazdem spędziliśmy z kuzynem w stodole na sianie – wspomina Roman Mazurek. – Nie był to spokojny czas. Wokół słyszeliśmy rozmowy, nawoływania, szuranie, tupanie. Wiedzieliśmy, że to członkowie UPA. Gdy przyszedł czas pakowania się do wagonów, rodziny z Jackówki nie dały się rozdzielić. Nie wiedzieli, gdzie jadą. Wiedzieli natomiast, że chcą być razem. Na dworcu zobaczyli jeszcze swojego proboszcza, ks. Piszczura. – „Idź, pomóż księdzu” – usłyszałem od mojego dziadka Leona. I tak zapakowałem do wagonu św. Annę – pan Roman opowiada, jakby to było wczoraj. – Mówiło się, że jedziemy do Polski, ale nikt nie wiedział, co to właściwie znaczy. Był strach, popłakiwanie. Po tygodniu pociąg zatrzymał się na stacji, której nazwa nic nam nie mówiła: Brochów. Na dworcu zagadnęli naszego księdza ludzie, którzy mówili, że mieszkają w Gniechowicach. Opowiadali, że mają kościół, ale nie ma kto odprawiać nabożeństw. Ksiądz Piszczur zgodził się tam pójść, a my postanowiliśmy udać się za nimi. Tak ksiądz i św. Anna nas poprowadzili. Okazało się, że wolne domy do zamieszkania są w wiosce sąsiadującej z Gniechowicami, czyli w Siedlakowicach. Tam zostaliśmy. Święta Anna zamieszkała po sąsiedzku, w kościele w Gniechowicach, objętym przez ks. Piszczura. Nowy dom – Tak jak w Jackówce za sąsiadów mieliśmy Ukraińców, tak w Siedlakowicach dzieliliśmy domy z … Niemcami. My nic nie mieliśmy do nich, a oni do nas – opowiada Helena Jaśkiewicz, z domu Mazurek, krewna pana Romana. – Pokłócić się nie było można, bo przecież nie było się jak dogadać – tłumaczy prosto i dodaje: – Wiedzieliśmy, że zajęliśmy ich gospodarstwa. Wkrótce jednak Niemcom nakazano opuszczenie Siedlakowic i wyjazd w głąb Niemiec. A my? Pamiętam, że mama długo nie chciała rozpakowywać bagaży, bo była przekonana, że będziemy wracać do Jackówki. Jednak mijał tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, w końcu rok za rokiem… Już wiedzieliśmy, że powrotu nie będzie… Najbliższy działający kościół mieścił się w oddalonych o 4 km Gniechowicach. Chodzili tam. Pani Helena i pan Roman najbardziej zapamiętali wędrówki zimą – ledwo przetartą ścieżką, z wielkimi zaspami wokół. W Siedlakowicach była ruina dawnej kaplicy dworskiej. Wioskowi fachowcy oceniali, że dałoby radę ją odbudować, przywrócić funkcje sakralne. Co z tego, jak władze nie chciały nawet o tym słyszeć. – Przecież u nas był PGR, kto to słyszał, by budynki PGR-u sąsiadowały z kaplicą czy kościołem? – wspomina realia lat 50. ubiegłego wieku Helena Jaśkiewicz. W końcu przez wieś poszła pogłoska, że kaplicę mają rozebrać. – Jednocześnie „jakiś ubek” podpowiedział – przypomina rodzinne legendy mieszkanka Siedlakowic Wanda Szczypka – że gdyby świątynia miała dach, nikt by się nie odważył jej rozebrać. To było jak pospolite ruszenie. Pamiętam, jak o zmroku wokół kościoła zebrali się mężczyźni. Mój dziadek krokami obmierzał budowlę. Był skupiony, jakby w myślach robił szkice i rysunki. Kolejnej nocy położyli dach. Pasował jak ulał. Słowa „towarzysza” sprawdziły się. Kaplica ocalała. Teraz trzeba było znaleźć do niej wyposażenie i ktoś – siedlakowiczanie nie pamiętają już kto i jak – zdecydował, że do ich kościółka zostanie przekazany obraz św. Anny z Tłumacza.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół