• facebook
  • rss
  • Odpowiedzialność do końca

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 03/2013

    dodane 17.01.2013 00:15

    Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar”. Każdego roku wiele tysięcy par decyduje się na separację lub rozwód. Tymczasem o żonę i męża trzeba walczyć. To zadanie jest istotne zwłaszcza dla katolików. We Wrocławiu działa grupa, która pomaga przezwyciężać kryzysy.

    Zaburzone relacje w rodzinie prowadzą coraz częściej do niezrozumienia i do podjęcia drastycznych decyzji cywilnych o rozwodzie lub separacji. Sakrament małżeństwa jest jednak nierozerwalny i to właśnie dlatego Kościół zachęca do podjęcia wzmożonego wysiłku ratowania małżeństw, opierając wspólne życie na Bogu. Problemy w codziennym życiu rodzinnym nie muszą prowadzić do rozejścia się dróg dwóch najbliższych sobie osób. Umocnieniu w sakramencie służy działająca we Wrocławiu Wspólnota Trudnych Małżeństw „Sychar”. Jest to również propozycja dla tych, którzy zostali pozostawieni przez męża lub żonę.

    Zabrakło Boga

    Anna poznała swojego przyszłego męża, rozpoczynając studia na ówczesnej Akademii Ekonomicznej. Byli na jednym roku i w jednej grupie językowej. Wszystko toczyło się normalnym torem. Były zaręczyny i przygotowania do ślubu. Ona zaangażowana w działalność wspólnoty we Wrocławiu, on z innego miasta – swoją „kościelną grupę” zostawił kilkaset kilometrów stąd. Chętnie jednak dołączył do oazy, w której działała jego przyszła żona. – Jak na dzisiejsze realia, wszystko poszło bardzo szybko. Pobraliśmy się, będąc na trzecim roku studiów, mieliśmy po 22 lata – mówi Anna i dodaje, że równie szybko na świat przyszło ich pierwsze dziecko. Studenckie życie, a dorosłe kłopoty. Ciągły brak pieniędzy, mieszkanie w akademiku na piętrze dla rodzin i do tego nauka. – Mimo wszystko było nam naprawdę dobrze. Wspierali nas rodzice, więc udawało się wiązać koniec z końcem – opowiada. Do końca studiów Anny i jej męża urodziło się jeszcze jedno dziecko, a sytuacja materialna na tyle się poprawiła, że rodzina mogła przeprowadzić się do własnego mieszkania. – Tak naprawdę to ja bardzo chciałam drugiego dziecka. Mój mąż natomiast twierdził, że jest bardzo zmęczony pierwszym. Mimo tych słów żyliśmy tak, jakbyśmy oboje starali się o kolejnego potomka – mówi. Gdy urodził się drugi syn, pojawił się pierwszy konflikt. Kolejną kością niezgody były ogromne długi ciążące na firmie prowadzonej przez męża. Anna zaznacza, że nic o nich nie wiedziała i była bardzo zaskoczona, gdy do mieszkania zapukał komornik. Sytuacja była coraz bardziej napięta. – W 2006 r. mój życiowy partner stopniowo przestał chodzić do kościoła i nie modlił się ze mną i dziećmi. To było bardzo trudne, bo do tej pory opieraliśmy całe nasze wspólne życie na Bogu – tłumaczy. Próbowaliśmy mediacji małżeńskich, ale on nie był zbyt otwarty. Chciał, jako facet, rozwiązać wszystko sam. No i rozwiązał. Na początku 2008 r. przyszedł z pracy do domu i poinformował, że się wyprowadza, tłumacząc, że łatwiej będzie mu skupić się na spłacie zadłużenia. – Cały czas liczyłam, że wróci i poukładamy sobie życie od nowa. Modliłam się o to żarliwie. Niestety, woli z jego strony nie było, a do tego zżerały nas kolejne długi. Złożyłam pozew o rozwód, bo nie chciałam ich spłacać. Nie było dobrze finansowo, a ja mam ciągle na utrzymaniu dwoje dzieci – dodaje. Po 5 latach od tych dramatycznych wydarzeń Anna cały czas jest samotną matką. – Myślałam, aby poukładać sobie życie z kimś innym, ale nie mogę tego zrobić. Jestem katoliczką i zależy mi na możliwości korzystania z sakramentów świętych. Wychowuję swoich synów w wielkiej wierze i uczę ich, że powinni się modlić za tatę, mimo że nie utrzymuje on z nimi kontaktu i ma nową rodzinę. Ja pamiętam o tym cały czas – mówi.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół