• facebook
  • rss
  • Nie zabraniajmy im szukać

    dodane 07.08.2014 00:00

    Jedną z dolnośląskich inicjatyw upamiętniających wydarzenia 1944 r. był Festiwal Powstańczy w Oławie. O świadomości historycznej młodego pokolenia z jednym z prelegentów, Leszkiem Żebrowskim, badaczem dziejów polskiego podziemia niepodległościowego, rozmawia ks. Jakub Łukowski.

    Ks. Jakub Łukowski: Dlaczego wokół tematu powstania warszawskiego przez lata powstawało tak wiele kontrowersji?


    Leszek Żebrowski: Powstanie warszawskie jest bardzo rozległym tematem. Trudno jest wskazać jedną czy nawet kilka publikacji, które dawałyby pojęcie o całokształcie tamtych wydarzeń. Warto przypomnieć, że była to największa bitwa, jaka rozegrała się na ziemiach polskich. Toczyła się ona przez ponad dwa miesiące. Swoim zasięgiem objęła jedno miasto i pociągnęła za sobą największą w historii, szacowaną na 200 tys., liczbę osób, które zginęły w walkach lub na skutek niemieckich represji.

    Ta skala ofiar nie ma odniesienia do innych tego typu wydarzeń. Powojenna propaganda komunistyczna starała się deprecjonować powstanie, pomniejszając jego skalę i znaczenie. Ludzie, którzy brali w nim udział, byli prześladowani. Niektórzy z nich trafiali do więzień i byli torturowani. Jednym z nich był por. Jan Rodowicz, bohater Szarych Szeregów i uczestnik akcji pod Arsenałem. Po aresztowaniu był przetrzymywany w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ul. Koszykowej w Warszawie. Został wyrzucony z 4. piętra na bruk. Konał w męczarniach. Co było jego winą? Czy tylko to, że brał udział w powstaniu? Nie tylko. Jan Rodowicz zajmował się ekshumacją i pogrzebami swoich koleżanek i kolegów, którzy zginęli w czasie powstania i zostali tymczasowo pogrzebani lub zasypani w piwnicach. Nowa władza koniecznie potrzebowała nowej tożsamości. Komuniści pozbywali się ludzi, którzy przypominali o Polsce normalnej i niepodległej czy świadczyli o osiągnięciach Polski Podziemnej. Przez pierwsze kilkanaście lat po wojnie lansowano tezę mówiącą o tym, że warszawski zryw był dziełem Polskiej Partii Robotniczej i Armii Ludowej. Dziś np. już mało kto pamięta, że w podręcznikach do historii Polski na poziomie szkolnictwa wyższego z lat 40. i 50. znajdowały się zapisy mówiące o tym, że gen. Tadeusz Komorowski, dowódca Armii Krajowej, rozmawiał przez cały lipiec 1944 r. z dowódcami niemieckimi i uzgadniał z nimi przebieg powstania, które miało być skierowane przeciwko mieszkańcom Warszawy. Z tego powodu też biorących udział w walkach określano mianem zdrajców, których należało eksterminować. Promowano również tezę głoszącą, że militarnie powstanie było skierowane przeciwko Niemcom, ale politycznie wymierzone było przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Poprzez swoje działania władza komunistyczna osłabiła w ludziach, także mojego pokolenia, więzi z tamtym etosem. Dzisiaj jednak mamy do czynienia z jego spontanicznym odrodzeniem. Widać to po młodzieży, która przychodzi na cmentarz Powązkowski w Warszawie.


    Jaki wpływ ma pamięć o powstaniu warszawskim na świadomość patriotyczną młodych ludzi?


    Powstańczy etos staje się dla nich fundamentem ideowym, który będzie moralną siłą tych ludzi. Dla pokolenia wchodzącego obecnie w dorosłość powstaniec warszawski jest kimś takim, kim kiedyś byli powstańcy styczniowi, których wysiłek dla współczesnych młodych ludzi stanowi niekwestionowaną wartość. O powstaniu warszawskim można usłyszeć, że miało ono bardzo okrutny przebieg i pociągnęło za sobą bardzo wiele ofiar, że zniszczeniu uległa stolica. Ale przecież tak naprawdę to nie powstańcy byli temu winni. Oni byli u siebie, bronili swojej tożsamości, życia, własności i rodzin. Mordercami byli nie powstańcy, ale ci, którzy to powstanie tłumili. Niemcy posługiwali się przy tym strasznymi metodami. Mowa tu m.in. o żywych tarczach z kobiet i dzieci pędzonych przed czołgami czy o masowych eksterminacjach, których celem było zastraszenie Polaków. Ja przeżywałem swoje dzieciństwo w Warszawie, w czasach, w których w ludziach była jeszcze żywa pamięć o tamtych okrucieństwach. Opowiadali, że ulicami płynęły rzeki krwi. Ludzi spędzano na podwórka kamienic i rozstrzeliwano bądź rozrywano granatami. W niektórych kręgach w Polsce jest opór przed powrotem do takich wspomnień, a także można spotkać się z poglądem mówiącym o tym, że to my, Polacy, sami byliśmy sobie winni, wywołując powstanie. Dlatego trzeba przypominać, że nie my byliśmy sprawcami tego dramatu, ale byliśmy jego ofiarami. To my zostaliśmy napadnięci, byliśmy okupowani i eksterminowani.


    Dlaczego zatem tak długo toczą się spory o interpretację historii?


    Rozmowy i dyskusje na te tematy przynoszą wiele dobra. Jednak ważne jest to, aby poruszając kwestie historyczne, posługiwać się faktami. Trzeba znać dokumenty i kontekst wydarzeń, o których się mówi. Znamienne jest niestety to, że w tego typu dyskusjach najaktywniejsi zdają się być ci, którzy tej wiedzy nie posiadają. Na szczęście młodzi ludzie, wbrew niektórym opiniom, potrafią samodzielnie myśleć i poszukiwać wiedzy, a także formułować argumenty i je uzasadniać. Dlatego nie wolno nigdy zakazywać im dyskusji i wyznaczać jednego kierunku myślenia. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół