• facebook
  • rss
  • Opowieści spod krzyża

    dodane 01.10.2015 00:15

    – Byliśmy 3 miesiące po ślubie, marzyłam, aby pojechać za granicę na wczasy albo chociaż do Zakopanego, ale stało się inaczej… Nadszedł taki dzień, 10 lutego 1940 r. – pisała pani Weronika o początku swojej „podróży poślubnej”.

    Ona i jej bliscy, wyciągnięci nad ranem z domu, trafili do bydlęcych wagonów. Czekała ich kilkutygodniowa jazda, obok umierających kolejno chorych dzieci, o głodzie i chłodzie, a dalej 180-kilometrowa podróż saniami po zamarzniętej rzece Dwinie. Zimą pracowali w lesie 10 godzin dziennie przy temperaturze 
50–55 stopni poniżej zera, latem przy sianokosach. Wspomnienia Weroniki Kuchcickiej zawarto w publikacji opracowanej przez Zarząd Koła Terenowego Związku Sybiraków w Oławie. Odczytał je prezes koła Aleksander Maciejewicz podczas wrześniowej uroczystości na oławskim cmentarzu przy ul. Zwierzynieckiej.


    Wilki, tyfus i głód


    Na tej nekropolii co roku we wrześniu pod pomnikiem Sybiraka gromadzą się ludzie, którym zorganizowano podobne niechciane wyprawy… Tym razem istniał dodatkowy powód spotkania: poświęcenie nowego krzyża i tablicy – znaków pamięci postawionych „W hołdzie Polakom pomordowanym, zaginionym i zmarłym »na nieludzkiej ziemi« w latach 1939–1959.” Pierwszy krzyż poświęcony Sybirakom stanął na cmentarzu w Oławie już w 1995 r. Ze względu na zniszczenie, trzeba było zastąpić go nowym. – To bardzo ważne dla nas miejsce – podkreśla A. Maciejewicz, który sam urodził się podczas wywózki, w wagonie. Pamięta ogromne zwały syberyjskiego śniegu i wycie wilków, które nocami podchodziły pod ludzkie siedziby. Pamięta jak mama, pracująca w kołchozie, musiała zostawiać go samego. Chłopiec przebywał w jednym pomieszczeniu z małym cielaczkiem. – On pobekiwał w jednym kącie, ja popłakiwałem w drugim – mówi. Do dziś nosi na głowie ślady ataku kołchozowego byka.
Wiesław Horbowy podczas wywózki do Krasnojarskiego Kraju miał 7 lat. Kiedy ojciec w 1943 r. został powołany do Wojska Polskiego, chłopiec pozostał z trzema braćmi i mamą, która zmarła z głodu w 1945 r. Już podczas podróży powrotnej, w Poznaniu, o mało co on i jego bracia nie wpadli w ręce człowieka, który zwabił ich cukierkami. 
– Prawdopodobnie handlowano tam dziećmi – wspomina. – Na szczęście uratowała nas pewna starsza pani.
Helena Balza, z domu Maziarz, przywołuje syberyjskie wspomnienia swojego taty. – Rodzina chorowała na tyfus, leżała w „niby- -szpitalu”. Mój tato z wujkiem, obaj wtedy kilkunastoletni, przeszli już tę chorobę. Gdy okazało się, że babcia zmarła, chcieli odebrać jej ciało, by je godnie pochować – mówi pani Helena. – Nie wydano im zwłok, jako osobom niepełnoletnim. Mogli jednak je zobaczyć. Tato przywoływał wciąż ten widok: babcia leżąca pod stosem trupów, z twarzą w błocie…


    Zostawiona przy drodze


    Dramatycznie brzmi – zawarta również we wspomnianej publikacji – historia Stefanii Maziarz, która w 1946 r. zamieszkała w Oławie. Wywieziona z bliskimi z miejscowości w województwie tarnopolskim, przeżyła ponadmiesięczną podróż koleją do Kotłasa (pasażerowie otrzymywali 2 wiaderka zupy na tydzień na ok. 70 osób w wagonie) i saniami na wyspę Permogorskaja Zapast w obwodzie archangielskim. Po dwóch latach trafiła do Kazachstanu.
Już pierwszej zimy praca przy wykuwaniu drewna z lodu, składaniu i wiązaniu tratw doprowadziła do odmrożenia nóg. Po raz drugi Helena odmroziła je w 1942 r.,
gdy – chora na tyfus – wieziona była zimą do szpitala w kołchozie. Placówka ta nie ułatwiała kuracji – ze stertą stepowych chwastów zamiast posłania, pełna robactwa, z miseczkami, z których jadło się posiłki a potem… używało się ich zamiast basenów… Przewóz do innego szpitala zaowocował połamaniem nóg i ich amputacją. Pozostały tylko kikuty.
Heleny ostatecznie pozbyto się ze szpitala, wynosząc ją na pierwszą lepszą furmankę, nie zważając na sprzeciw jej właściciela. – Rzucono mnie na drodze w pobliżu wioski stepowej. Tam przeleżałam trzy dni i trzy noce – wspomina. – W spiekocie nie miałam co pić. Nie było też ani krzaczka z cieniem. Pożułam trochę trawy, która rosła w pobliżu, aby zaspokoić głód i pragnienie…
Dopiero trzeciego dnia jakiś kołchoźnik dał jej trzy placki. Cudem przeżyła. W końcu brat, powiadomiony przez pewnego Polaka, przywiózł swoją siostrę do ziemianki, w której mieszkała reszta rodziny. Na widok okaleczonej córki ojciec zapłakał.
Wśród Sybiraków, po wojnie zamieszkałych w Oławie i okolicach, mrożących krew w żyłach historii usłyszeć można mnóstwo. Ich oławskie koło istnieje 
od 1989 r.; liczy obecnie ponad 100 osób. Ci, którym siły na to pozwalają, spotykają się przy okazji świąt czy sybirackich obchodów, wspierają się w codziennych potrzebach. Niektórzy uczestniczą w spotkaniach z młodzieżą. Wciąż cieszą się, że po latach mogą otwarcie mówić o swoich losach.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół