• facebook
  • rss
  • Matka zapomnianych

    Maciej Rajfur

    |

    Gość Wrocławski 06/2016

    dodane 04.02.2016 00:15

    Mówi, że wiarę zatraciła, choć jej życie to jeden wielki gest miłosierdzia. W Boga nie wierzy, ale wielu ludzi się za nią modli. Zwłaszcza ci, których sprowadziła do ojczyzny.

    Długa walka z trudną i niezrozumiałą rzeczywistością odbiła się na zdrowiu starszej kobiety. Gdy patrzy w przeszłość, pewnie stwierdza, że dziś zrobiłaby to samo. Żałuje tylko, że wszystko wymagało aż tyle wysiłku, ponieważ nie było dobrej woli państwa – urzędników i polityków. A gdyby była… No właśnie – gdyby. Tymczasem ona zrobiła wszystko, a nawet więcej, niż mogła. Dziś dla wielu bohaterka i kandydatka do najwyższego odznaczenia państwowego – Orderu Orła Białego.

    Kropla z mocą

    Zofia Teliga-Martens w ciągu 10 lat mozolnej pracy, walki i omijania kłód, które rzucano jej pod nogi, sprowadziła ponad 200 naszych rodaków z Kazachstanu, potomków repatriantów. Dzięki jej zaangażowaniu nowe życie w ojczyźnie rozpoczęło ponad 40 rodzin. Wrocławiankę uważa się za ikonę repatriacji. Jej postać można uznać jednocześnie za tragiczną, ponieważ obnaża bezczynność państwa w tej sprawie. Co więcej, nie ułatwia ono zadania ludziom dobrej woli. – Przeliczyłam się z siłami. Nie spodziewałam się tak wielkich trudności formalnych. Wydawało mi się, że moje plany zrealizuję w parę lat. Przy siedemdziesiątce nie było to dla mnie wielkie obciążenie – wspomina pani Zofia. Lata mijały, zdrowie uciekało i przyszła starość. Niezrozumiały system, opór urzędników, mnóstwo formalności i ganianie za pieczątkami dzisiaj odbijają się opuchniętymi nogami i kiepskim zdrowiem. – Oni lub ich przodkowie znaleźli się tam tylko dlatego, że byli Polakami. I tylko dlatego powinniśmy ich sprowadzić. Jak długo można siedzieć na walizce? Oni tak już 20 lat. Od rozpadu Związku Radzieckiego zaczęły się obietnice. Wszystkie kraje zabrały swoich zesłańców, a Polacy czekają z nadzieją. Im się należy powrót do ojczyzny! – apeluje świadek historii. Działania jednej wytrwałej kobiety udowadniają, że można, ale równocześnie są kroplą w morzu potrzeb. Kropla jednak drąży skałę.

    Od lepianki do Kresówki

    Zofia Teliga-Martens jako 13-latka została wysiedlona z matką w 1940 r. do Kazachstanu. Mieszkała w lepiance zrobionej z mułu, słomy i odchodów bydlęcych. Niskie temperatury i głód wykończyły młody organizm, który szybko poddał się krwistej biegunce – czerwonce. Koleje losu popchnęły matkę i córkę do Turkiestanu, do którego dostały się pieszo, idąc 40 kilometrów przez góry. W 1946 r. wróciły do Polski, do Wrocławia. Własna tułaczka uwrażliwiła Zofię na los wysiedlonych rodaków. W latach dziewięćdziesiątych udało jej się sprowadzić z Kazachstanu pod Warszawę cztery rodziny. – Po tej akcji przyszła do mnie masa listów. Zaczynały się od pisanego cyrylicą „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, a potem padała prośba o pomoc w powrocie do ojczyzny – opowiada kobieta. W 1998 roku we Wrocławiu koleżanka namówiła panią Zofię na wyegzekwowanie rekompensaty za majątek rodziców na Wołyniu, który straciła przez wojnę. A było o co walczyć: 45 hektarów ziemi, 240-metrowy dom i siedem budynków gospodarczych. Całość państwo wyceniło na 1,2 mln zł. W ramach zwrotu przyznano jej ok. 600 tys. w postaci 40 mieszkań umieszczonych w trzech blokach. Budynki znajdowały się na osiedlu Kresówka w Szczytnicy, które wcześniej zamieszkiwała radziecka armia. – Reszta pieniędzy została na papierze. W sumie, gdybym dostała wszystko, może bym tego nie udźwignęła – kwituje kobieta. Czego? Planu miłosierdzia, który sobie wówczas obmyśliła.

    Mamy tyle, ile damy

    Kresówka miała być samowystarczalnym osiedlem na kilka tysięcy osób. A pierwsi sprowadzeni mieszkańcy, z konkretnym fachem w ręku, mieli stać się swoistym rusztowaniem dla kolejnych przyjezdnych repatriantów. – Beton urzędniczy skutecznie torpedował moje działania, dlatego zrealizowałam tylko część z nich – podsumowuje Zofia Martens. Dziś najważniejsza dla niej jest dobra aklimatyzacja rodaków z Kazachstanu, którym ofiarowała mieszkania. Oddała wszystko, co dostała. W pewnym momencie była nawet zadłużona na kilkadziesiąt tysięcy złotych, ponieważ remontowała dachy zniszczonych bloków. Obecnie żyje ze skromnej nauczycielskiej emerytury. Wciąż, mimo słabego zdrowia, pomaga potomkom repatriantów. Jej adres jest powszechnie znany jako miejsce, w którym zawsze można otrzymać wsparcie. Obecnie nocuje u niej młoda dziewczyna z Uzbekistanu, która wylądowała na ulicy. – Dzisiaj proces repatriacji nie istnieje. Trzeba go reaktywować. Nasi rodacy na Wschodzie są zawieszeni z nadzieją w próżni – tłumaczy Zofia Teliga-Martens. Została wychowana w wierze katolickiej. Jako nastolatka na wygnaniu często się modliła, ale z czasem przestała chodzić do kościoła. Dzisiaj mówi, że nie wierzy w Boga. Wiele osób, które mają wobec niej niespłacalny dług wdzięczności, modli się za nią. Nie ma nic przeciwko, uśmiecha się i cały czas działa. Tyle, ile może, a nawet więcej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół