• facebook
  • rss
  • Jak rodzina i szkoła w jednym

    dodane 11.04.2013 00:15

    O gotowaniu, dzieciach, pieniądzach i pilnowaniu pralek w rozmowie z Agatą Combik opowiada Małgorzata Wróblewska, kierownik schroniska.

    Agata Combik: Kto tu mieszka?

    Małgorzata Wróblewska: Wśród mieszkanek jest w tej chwili 8 matek i 10 dzieci, pozostałe to osoby samotne. Wiele pań jest schorowanych, z grupami inwalidzkimi. Często trafiają do nas prosto ze szpitala – po wypadkach, ciężkich chorobach, gdy nie ma się kto nimi zająć. Część osób jest tu kierowana przez MOPS-y, część sama się zgłasza – dowiadują się pocztą pantoflową, że jest takie miejsce, gdzie można się zatrzymać. Bywa że policja czy straż miejska przywozi kogoś cierpiącego na starczą demencję. Mieliśmy tu ostatnio panią, która nie mówiła, nie było z nią żadnego kontaktu – na szczęście policji udało się ustalić jej tożsamość.

    Bezdomność kobiet przybiera chyba nieco inną formę niż u mężczyzn?

    Najczęściej mamy sytuację taką, że kobieta z dzieckiem trafia tu, uciekając od partnera alkoholika. Czasem powodem bezdomności są sytuacje czysto ekonomiczne, brak pieniędzy na wynajem mieszkania. Samotne bezdomne kobiety to często osoby uzależnione od alkoholu. Póki są młode, dają sobie jakoś radę. Gdy przychodzi starość, choroby, często takie panie trafiają do nas. Bywa, że mają dzieci, ale nie utrzymują z nimi kontaktu. Zdarza się, że w przeszłości matka nie zajmowała się nimi, trafiły do domu dziecka, a teraz ona nie może liczyć na wsparcie z ich strony. Mieliśmy przypadek, że dopiero na pogrzebie naszej mieszkanki okazało się, że ma ósemkę dzieci… Różne są sytuacje życiowe – mieszka u nas ponad 80-letnia pani, która przepisała dom córce. Ta z kolei przepisała go swojej córce. A koniec był taki, że staruszka musiała własny dom opuścić, bo spotykała się tam z agresją, złym traktowaniem.

    Mieszkanki schroniska nie żyją tylko w swoim kręgu...

    Te, które mogą, pracują – zachęcamy je do tego. To ważne, żeby wychodzić do ludzi, wejść w inne środowisko. Do nas także przychodzą ludzie z zewnątrz. Mamy ścisły kontakt z niepełnosprawnymi uczniami z zespołu szkół przy ul. Wejherowskiej – odwiedzają nas np. na święta, na wspólne ubieranie choinki, robią paczki. Mamy tu w niedzielę o 11.30 Mszę św., którą odprawiają ojcowie paulini z parafii pw. św. Antoniego. Przychodzą na nią czasem osoby z zewnątrz, także członkowie różnych wspólnot – wspólnoty Agalliasis z Oporowa, osoby z III Zakonu Franciszkańskiego z parafii pw. św. Augustyna przy ul. Sudeckiej. Czasem ciasto przyniosą, posiedzą z paniami, porozmawiają. To miłe. Jeśli chodzi o wolontariat, musi on być jednak poprzedzony szkoleniem, rozmową – bo wolontariusz nieznający specyfiki pracy z takimi osobami czasem może więcej złego niż dobrego spowodować (np. dając się naciągnąć na pieniądze).

    Część osób się usamodzielnia?

    Tak, ale my jeszcze przez jakiś czas otaczamy je wtedy opieką, wspieramy odzieżą czy paczkami żywnościowymi. Jesteśmy dla nich trochę jak rodzina zastępcza. Wiedzą, że nawet jak stąd odejdą, to mogą na nas liczyć, gdy im się noga podwinie. Część osób znajduje pracę, niektóre dostają mieszkanie socjalne – choć o to trudno, kolejka jest duża. Do usamodzielnienia się przygotowujemy je tu, w schronisku. Panie uczą się m.in. gotować. Pani psycholog prowadzi pracownię plastyczną, przygotowuje warsztaty dla mieszkanek – np. o tym, jak zajmować się dziećmi, jak radzić sobie ze złością, nie wyładowując jej na innych. Uczymy je załatwiać urzędnicze sprawy, gospodarować finansami. Mieszkanki przekazują swoje pieniądze w depozyt. Rozmawiamy o tym, na co chcą je wydać, jak zaplanować wydatki, by starczyło na cały miesiąc, jak oszczędzać. Czasem któraś się buntuje przeciw takiej kontroli, ale potem często słyszę: „Miała pani rację... Mam odłożone już 2 tysiące złotych...”. Czasem wystarczy rzucić palenie i ma się 300 zł miesięcznie w kieszeni, można coś za to kupić dzieciom.

    W schronisku obowiązują określone zasady...

    Tak, są jasne reguły, obowiązki. Tłumaczymy paniom, że tak jak w domu każdy jest za coś odpowiedzialny, tak i tu – albo ma się dyżur przy gotowaniu albo do pomocy w kuchni, albo np. przy obsługiwaniu pralek. Zdarzają się problemy, nieporozumienia, kłótnie – przy dużej ilości osób na niewielkiej powierzchni to nieuniknione. Wystarczy, że jedna chce otworzyć okno, a drugiej jest zimno. Pokoje mamy podzielone między pracownice, każda zajmuje się konkretnymi mieszkankami, pracuje z nimi indywidualnie, rozmawia. Stanowimy doświadczoną, zgraną ekipę – panie pracują tu już od 15–20 lat. Kiedy pojawia się jakiś problem, nie bagatelizujemy sprawy, rozwiązujemy go jak najszybciej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół