• facebook
  • rss
  • Człowiek, który zatrzymał Wrocław

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 34/2013

    dodane 22.08.2013 00:15

    Główną areną porozumień sierpniowych i wydarzeń z nimi związanych była Stocznia Gdańska. Jej pracownicy mieli jednak ogromne wsparcie. Na Dolnym Śląsku w łączności ze stoczniowcami strajkowali pracownicy ok. 180 zakładów.

    Sytuacja w sierpniu 1980 r. w całym kraju była bardzo napięta. – Wiadomo było tylko tyle, że na Wybrzeżu coś zaczęło się dziać. Przepływ informacji był znikomy, bo nie pozwalała na to cenzura. Wiedzieliśmy tylko o tym, że nastąpiły tam „przerwy w pracy”. Słowo „strajk” było wtedy zakazane – mówi Tomasz Surowiec, który był w tym czasie kierowcą autobusu MPK we Wrocławiu. Jak zaznacza, miał wtedy kontakt z różnymi środowiskami, m.in. członkami Komitetu Obrony Robotników. To od przedstawicieli tej organizacji, 25 sierpnia, otrzymał ulotkę z wykazem 21 postulatów gdańskich i kilka biuletynów strajkowych.

    – Te materiały do Wrocławia przywieźli kolejarze – tłumaczy. Byliśmy solidarni Tomasz Surowiec postanowił, że nie może wiadomości ze Stoczni Gdańskiej zostawić tylko dla siebie do przeczytania i wyrzucenia. – Następnego dnia przyjechałem wcześnie rano do pracy. Chciałem zapoznać się z postulatami moich kolegów – mówi. W zajezdni nr VII przy ul. Grabiszyńskiej ok. godz. 4 rano było obecnych 40 kierowców i kilkunastu pracowników zaplecza. Wszyscy jednogłośnie podjęli decyzję o rozpoczęciu strajku solidarnościowego ze stoczniowcami. – Do zajezdni przyjeżdżali kolejni koledzy, którzy mieli wyjechać na swoje trasy w późniejszym czasie. Oni także dołączali do naszej akcji – dodaje.

    Ostatecznie strajkujący zablokowali bramę wjazdową i w miasto nie wyjechał żaden autobus. Zajezdnia przy ul. Grabiszyńskiej była jedną z siedmiu we Wrocławiu. Trzy z nich były przeznaczone dla autobusów, cztery dla tramwajów. W pozostałych miejscach nikt nie wiedział o podjętym strajku. – Nie mogliśmy skorzystać z naszej wewnętrznej linii telefonicznej, bo była pod kontrolą. Wysłaliśmy więc łączników, by przekazać nasze postanowienia innym pracownikom MPK z całego miasta – opowiada. Już w południe większa część taboru wróciła do swoich miejsc postojowych i do strajku dołączyli pracownicy komunikacji miejskiej ze wszystkich ośrodków. Sytuacja rozwijała się bardzo dynamicznie. Lotem błyskawicy informacje dotarły również do innych zakładów. – Na ul. Grabiszyńskiej było ich bardzo wiele: Fadroma, Hutmen, Elwro i inne. Codziennie masa ludzi jechała tędy do pracy. Szybko się zorientowali, że coś się dzieje – dodaje T. Surowiec.

    Wkrótce powstał najpierw zakładowy, a potem międzyzakładowy komitet strajkowy. Następnego dnia, 27 sierpnia, stanęły również przedsiębiorstwa z innych części Dolnego Śląska, w sumie ok. 180 zakładów. Oczekiwanie na porozumienie Partyjni włodarze MPK oraz dygnitarze z sekretarzem i wojewodą namawiali strajkujących do powrotu do pracy. Obiecywali przy tym podwyżki płac i... kurczaki. – Wtedy ciężko było o mięso i ta propozycja była formą przekupstwa. Nie byliśmy jednak zainteresowani – tłumaczy. Podkreśla przy tym, że kierowcy zarabiali wtedy naprawdę dobrze. – Jasno powiedzieliśmy, że tylko porozumienie w Gdańsku może przerwać nasz strajk. Mieliśmy dwa postulaty: połączenie telefoniczne ze stocznią, co było poza zasięgiem miejscowych władz, oraz, bojąc się prowokacji, żądanie zakazu sprzedaży alkoholu – mówi inicjator akcji strajkowej. Podkreśla również, że lęk był przede wszystkim związany z obawą pacyfikacji przez milicję. – Jak władza przekonała się, że jesteśmy nie do ruszenia, zostaliśmy otoczeni. Na szczęście wraz z milicjantami wokół zajezdni pojawiły się również rodziny strajkujących i mnóstwo mieszkańców miasta. Były ich setki. To oni stanowili nasze zabezpieczenie przed ewentualną interwencją – tłumaczy.

    Z perspektywy ponad 30 lat przypuszcza, że tylko obawa przed rozlewem krwi i zaangażowaniem wrocławian powstrzymała zbrojną akcję. Do strajkujących przyjeżdżali również księża. – Była Msza św. w zajezdni. Odwiedzili nas m.in. abp Henryk Gulbinowicz i ks. Stanisław Orzechowski – wspomina i dodaje, że najbardziej zaskakującym wydarzeniem był... koncert muzyków Filharmonii Wrocławskiej z repertuarem pieśni patriotycznych. – Trwaliśmy tak do podpisania porozumień w Gdańsku. Kilkakrotnie próbowano nas przekonywać, że tam już wszystko jest podpisane i że możemy wracać do pracy. My byliśmy nieugięci i czekaliśmy na potwierdzenie – mówi. Do stoczni pojechały dwie dwójki. Czekaliśmy, aż przyjadą z oficjalną informacją o zakończeniu negocjacji. – Tak się stało w kilka godzin po tym wydarzeniu. Przywieźli porozumienie autoryzowane przez Annę Walentynowicz. Byliśmy usatysfakcjonowani i 1 września wróciliśmy do pracy – opowiada. Wkrótce Komitet Strajkowy przekształcił się w Międzyzakładowy Komitet Założycielski Niezależnego Związku Zawodowego. Tomasz Surowiec został skarbnikiem dolnośląskiego oddziału związku. – Czuło się powiew wolności. Na Dolnym Śląsku ludzie masowo dołączali do „Solidarności”. Na dziesięć milionów członków w całym kraju aż milion przypadał na nasz region – zaznacza. Euforia z namiastki suwerenności trwała do wprowadzenia stanu wojennego w grudniu 1981 r.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół