• facebook
  • rss
  • Zbrodnie niezapomniane

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 29/2015

    dodane 16.07.2015 00:00

    Najpierw mordy najbliższych, potem podróż w bydlęcych wagonach na „dziki Zachód” i uczenie się życia od nowa. 70 lat temu z Ukrainy przesiedlono na Dolny i Opolski Śląsk tysiące Polaków.

    W Tarnowcu na Opolszczyźnie, ale w archidiecezji wrocławskiej, z ok. 300 osób przesiedlonych z okolic miejscowości Tłuste żyje jeszcze tylko kilka. Większość już po osiemdziesiątce. – W porównaniu z tamtymi czasami teraz mamy raj. Tylko on już nie dla nas. Za starzy jesteśmy – mówi Helena Cichoń z d. Bobrek. Przez lata wspomnienia ucieczki z ojcowizny trochę się zatarły, ale pamięć trwa i jest przekazywana kolejnym pokoleniom. Właśnie dla tej pamięci, by nigdy nie umarła, mieszkańcy wsi postawili pomnik. – On ma przemawiać – zaznacza Ryszard Gawroniuk, syn Marii, były wieloletni sołtys.

    Silny żal

    Wszystko się zaczęło od decyzji politycznych o przesunięciu powojennej polskiej granicy i od terroru, którego doświadczała ludność polska od „wyzwolicieli” z Armii Czerwonej oraz od miejscowych nacjonalistycznych oddziałów ukraińskich pod przywództwem Stepana Bandery. Tzw. banderowcy z Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) są odpowiedzialni za zorganizowane w latach 1943–1944 ludobójstwo polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej. Ich ofiarą padło około 100 tys. osób. Wielu Polaków, z obawy o swoje życie, zdecydowało się na wyjazd w nieznane. Wśród nich było ok. 300 osób, które zatrzymały się w Tarnowcu. Helena pochodzi z Czerwonogrodu. – 2 lutego był napad na naszą miejscowość. Zamordowano w sumie 48 osób, w tym mojego ojca. Miał 34 lata – opowiada. Mężczyzna został ciężko ranny w brzuch i zmarł w drodze do szpitala. Był wieziony na saniach. Młody chłopak, który go transportował, zawrócił i oddał ciało rodzinie. – Zebrano wszystkie trupy w jedno miejsce. Zawinięto je w prześcieradła i koce i wrzucono do wspólnego grobu – opowiada. W tym czasie podobne wydarzenia były na porządku dziennym. Ukraińcy z UPA atakowali, podpalali domy i strzelali do bezbronnych. – Przy tym krzyczeli: „Polaczki! Macie wąskie spódnice! Palcie się, niech was mordują!” – cytuje. Były też zdecydowanie bardziej okrutne zabójstwa. Napastnicy używali siekier, ale też cięli żywcem, a potem wrzucali do ognia. Niektórych topiono pod lodem w zamarzniętej rzece, wiążąc im wcześniej drutem ręce na plecach. Ran w sercu pani Heleny czas nie zagoił. Jest jedną z tych nielicznych osób, które nie odwiedziły swoich rodzinnych stron. – To, co ja przeszłam w związku z mordami, które widziałam, mi wystarczy. Mówi się o pomocy Ukraińcom, ale ja nie mogę, nie potrafię. Może mam grzech, ale żal do nich jest silniejszy – zaznacza.

    Droga do raju

    Przesiedleńcy spotkali się w bydlęcym wagonie. – To było pod koniec stycznia. Zeszliśmy się do miasteczka Tłuste. Każdy chciał wyjechać, ale na początku nie było czym. Po jakimś czasie Rosjanie podstawili pociągi. Oni się cieszyli, że Polacy z tamtych ziem uciekają – opowiada Maria Gawroniuk. Dodaje, że podróż na Śląsk Opolski trwała wiele miesięcy. Były kilkutygodniowe przystanki na Lubelszczyźnie i w Katowicach. – Jechała z nami kobieta w ciąży. Dziecko urodziło się, gdy dojechaliśmy do Tarnopola, na stacji kolejowej – wspomina. – Na dole były konie i krowy, a my mieliśmy podest na górze. Wagony nie były zadaszone, więc gdy padał deszcz, byliśmy przemoczeni. Nikt nie wiedział, gdzie pociąg ma docelową stację. Ludzi wysadzono w Mąkoszycach. – Nie wiedzieliśmy, czy mamy siedzieć na peronie, czy szukać innego miejsca. Tu wciąż mieszkało wielu Niemców, a my baliśmy się, że nas pomordują – tłumaczy pani Helena. Na szczęście rzeczywistość okazała się bardziej optymistyczna. – Jeszcze przez rok mieszkaliśmy razem – Polacy i Niemcy. Przybyliśmy do domu, w którym gospodyni potrafiła mówić po polsku. Przyjęła nas serdecznie i dała nam jeść – wspomina M. Gawroniuk. Podkreśla jednak, że czekali z niecierpliwością na możliwość wyjazdu. Rok wystarczył na zawiązanie przyjaznych relacji. Przez lata nie było jednak możliwości ich praktykowania. W 1997 r., tuż po tzw. powodzi tysiąclecia, dawni mieszkańcy Tarnowca, którzy osiedli w Budziszynie, zdecydowali się pomóc. Dzięki m.in. ich wsparciu udało się we wsi zbudować nową kaplicę cmentarną. Są na niej umieszczone dwujęzyczne tablice, upamiętniające byłych gospodarzy tych ziem. – Przyjeżdżają, oglądają i wspominają. Są zadowoleni z tego, jak wszystko tutaj wygląda – mówi. Spotkania organizowane są również po niemieckiej stronie granicy i biorą w nich udział współcześni tarnowczanie.

    Zobacz także:

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół