• facebook
  • rss
  • Krew stała się zasiewem

    dodane 06.08.2015 00:00

    O związkach męczenników z Wrocławiem i peruwiańskich powołaniach z o. Markiem Augustynem, proboszczem parafii pw. św. Karola Boromeusza, rozmawia Maciej Rajfur.

    Dziewiątego sierpnia mijają 24 lata od śmierci o. Zbigniewa Strzałkowskiego i o. Michała Tomaszka, franciszkanów, którzy zginęli na misjach z rąk peruwiańskich terrorystów komunistycznych. W grudniu 2015 r. w Chimbote w Peru nastąpi długo oczekiwane wyniesienie na ołtarze polskich męczenników.

    Maciej Rajfur: Ojciec znał obu zamordowanych w Peru misjonarzy. Gdzie splotły się wasze drogi?

    O. Marek Augustyn: Michał Tomaszek to mój kolega rocznikowy z seminarium. Zbigniew Strzałkowski był o rok starszy. Znaliśmy się nie tylko z zajęć; spędzaliśmy razem sporo czasu. Jeździliśmy do siebie podczas wakacji. Warto wiedzieć, że obaj ojcowie mają silne związki z Wrocławiem. Michał otrzymał święcenia diakonatu, zaś Zbyszek kapłańskie z rąk kard. Henryka Gulbinowicza w kościele pw. św. Karola Boromeusza. Wszystkie uroczystości odbywały się z okazji 750. rocznicy przybycia franciszkanów do stolicy Dolnego Śląska.

    Każda parafia szuka takich „swoich” świętych, na których mogłaby się oprzeć, którzy mogliby ją tam, w niebie, przygarnąć. Wy już macie doskonałych orędowników.

    Powiem może nieskromnie, że nasza parafia ma ducha misyjnego. Wielu kapłanów, którzy tutaj smakowali pierwszych lat kapłaństwa, później zapałało chęcią wyjazdu na misje. Powstała u nas prężnie działająca grupa misyjna, która dość wytrwale modliła się o rychłą beatyfikację ojców Zbigniewa i Michała. Parafianie znają ich życiorysy. Są przyzwyczajeni do tego, że w każdą pierwszą niedzielę miesiąca urządzamy tzw. niedzielę misyjną z główną Mszą św. nazwaną „wokół jednego ołtarza”. Nasi misjonarze z całego świata jednoczą się z nami, wiedząc, kiedy się modlimy w intencji misji. Natomiast grupa misyjna prowadzi z nimi jeszcze regularną korespondencję. Myślę więc, że polscy męczennicy z Pariacoto są szczególnie bliscy wspólnocie przy ul. Kruczej.

    Jakie przesłanie płynie z postawy ojców Zbigniewa Strzałkowskiego i Michała Tomaszka?

    Bardzo poważnie podchodzili do swoich obowiązków. Pokazali, że jeżeli człowiek dobrze je wypełnia, to już osiąga tę świętość zdobywaną na co dzień. Pamiętam taki moment, gdy Zbyszek skrupulatnie przygotowywał się we Wrocławiu do misji. Niedaleko naszej świątyni przy ul. Gajowickiej, niegdyś Próchnika, była Miejska Biblioteka Publiczna. Zbigniew taszczył do klasztoru ogromne ilości różnych ksiąg i albumów, żeby zdobyć jak najwięcej informacji o kulturze, w którą miał wejść. On chciał dobrze poznać Peru i Andy, zanim postawi tam stopę. Sama praca na misjach oraz akt męczeństwa jest dowodem na ich wierność i wytrwałość w obowiązkach. Przecież tych młodych kapłanów mieszkańcy andyjskiego Pariacoto ostrzegali przed tym, że mogą zginąć. Nawet w sam dzień ich śmierci ktoś przyszedł do klasztoru, aby namówić ich do ucieczki przed terrorystami. A oni świadomie zostali do końca z ludźmi.

    Znać świętego osobiście to musi być powód do dumy.

    Ludzie najczęściej pytają nas, współbraci, którzy zdążyli ich poznać: „Czy już za życia widzieliście ich świętość?”. Nie, byli zupełnie normalnymi ludźmi. Myślę, że te postacie niosą za sobą ważne przesłanie: święty to nie jest jakiś nadzwyczajny człowiek, tylko jeden z nas. Musimy sobie zdać sprawę, że święci żyją pośród nas.

    Podnoszą się głosy, że młodzi franciszkanie nie musieli oddawać swojego życia. Gdyby żyli do dziś, swoją posługą zdziałaliby wiele dobra. A przecież mieli szanse wyjść z tego cało...

    Trudno gdybać. To zawsze do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Ale ewidentnie taki był plan Pana Boga. W momencie, kiedy 9 sierpnia 1991 r. ich zamordowano, nam, franciszkanom, wydawało się, że to jest wielka tragedia i nieszczęście, które na nas spadło, że to koniec misji w tym miejscu, zresztą tak niedawno założonej [niecałe trzy lata – red.]. A tymczasem sprawdziło się to, o czym mówi się już od pierwszych wieków chrześcijaństwa: krew męczeńska stała się dobrym zasiewem. Ta misja nie tylko działa, ale już zdarzają się miejscowe powołania. Parę lat temu wyświęcony u franciszkanów został chłopak, który był świadkiem działalności ojców Zbigniewa i Michała w Peru. Więcej na: wroclaw.gosc.pl.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół