• facebook
  • rss
  • Oławianie z Damaszku

    Agata Combik


    |

    Gość Wrocławski 41/2015

    dodane 08.10.2015 00:15

    Uchodźcy. Tomasz Wilgosz i jego 
bliscy od pobożnych rozważań chcieli przejść do działania. Syryjscy chrześcijanie natomiast pragnęli po prostu… przeżyć. Ich losy splotły się. 
Dziś są sobie bliscy jak rodzina.


    Oazy, pielgrzymki, pobyt w Taizé, studia teologiczne, codzienna Eucharystia – Tomasz Wilgosz, oławski przedsiębiorca, mógłby zapewne wiele mówić o swoim doświadczeniu spotkania z Bogiem, z Kościołem. Wspomina jednak, że czuł niedosyt. Od jakiegoś czasu narastała w nim chęć podjęcia konkretnego działania. – Od początku swojego pontyfikatu inspirował mnie papież Franciszek; jego słowa jakoś „kłuły”, popychały do czynu – mówi.


    Szybka decyzja


    Był maj, czas, kiedy fala uchodźców jeszcze nie nabrała takich rozmiarów jak dziś. – Wtedy słychać było głównie o ludziach, którzy usiłowali przedostać się do Włoch z Afryki, często w dramatycznych warunkach, narażeni na utonięcie. Poruszało mnie to, ale nie słyszałem o żadnej możliwości pomocy tamtym uciekinierom – wspomina Tomasz. – Tymczasem moja teściowa zapadła na zdrowiu. Okazało się, że nie będzie mogła mieszkać sama, jak dotąd. Przeprowadziła się do nas, a jej niewielkie mieszkanie pozostało puste. Planowaliśmy wynajęcie go. Wtedy dotarła do nas informacja o możliwości zadeklarowania przyjęcia chrześcijan z Syrii, których zamierza sprowadzić Fundacja Estera.
Decyzja zapadła szybko. Tomasz „rzucił hasło” żonie. Nie miała nic przeciw „szalonemu” pomysłowi. Wypełnili odpowiednie formularze na stronie Fundacji Estera – deklarując udostępnienie mieszkania, opłacanie go i utrzymanie rodziny. Pod koniec czerwca usłyszeli, że ich oferta jest brana pod uwagę. Znajomi pomogli im uporządkować lokal. 12 lipca oławianie mogli odebrać z Warszawy swoich syryjskich gości. Państwu Wilgoszom powierzono starsze małżeństwo – Salwę i Adela – z dorosłym synem Mimozem. Już na miejscu zorientowali się, że ta trójka spokrewniona jest z trzyosobową rodziną, która została „przydzielona” do Ciechanowa. Widać, że są mocno zżyci i chętnie zamieszkaliby blisko siebie. Ostatecznie tak się właśnie stało – wkrótce brat Mimoza, Tony, z żoną Carmen i małym Adelem juniorem przyjechali z Ciechanowa do Oławy. Po chwilowym przebywaniu razem w niewielkiej kawalerce trafili do mieszkania należącego do znajomego państwa Wilgoszów. Fundacja Estera podjęła się opłacania wynajmu.


    Mój świat w gruzach


    – Ja pochodzę z Homs, Carmen z Damaszku – mówi Tony. – Kiedy zaczęła się wojna, Homs, gdzie mieszkało sporo chrześcijan, zostało zbombardowane jako jedno z pierwszych syryjskich miast. Przeprowadziliśmy się wtedy do Damaszku.
Z czasem okazało się, że i tam nie mogą czuć się bezpiecznie. Do dziś trudno im pojąć, dlaczego w ich ojczyźnie doszło do takiej sytuacji. – Przed wojną mieliśmy wszystko. Żyliśmy w spokojnym pięknym kraju – z morzem, górami, pustynią. Nagle, właściwie nie wiadomo skąd, pojawili się ludzie z ISIS (Państwa Islamskiego). Mówili, że chcą rewolucji, która przyniesie wolność. Jaką wolność? Zmuszanie do noszenia hidżabów, morderstwa... Wszystko sprowadzało się do zabijania. Jesteś chrześcijaninem? Czeka cię śmierć. Zniszczyli nasze domy, ulice…
O możliwości wyjazdu do Polski usłyszeli w kościele. Szybko wyrobili paszporty i z Damaszku wyjechali do Libanu. Otrzymali wizę, po trzech tygodniach oczekiwań przylecieli samolotem do Warszawy.
Tomasz wspomina, że przybysze szybko w znacznym stopniu usamodzielnili się. Choć jedynie młodsi członkowie rodziny znają angielski, także ci starsi dają sobie radę. – Najpierw mieliśmy trochę zabawnych sytuacji, kiedy tłumaczyliśmy im, z jakim rodzajem mięsa mają do czynienia przy sklepowym stoisku, wydawaliśmy np. odgłosy „ko, ko, ko” – mówi. Teraz nie jest to potrzebne.
Bardzo ważny okazał się dla Syryjczyków młodszego pokolenia internet, kontakt ze światem przez komunikatory. Więzi rodzinne są wśród nich bardzo silne. Często wszyscy razem udają się na obiad przygotowany przez Salwę. – Jadają skromnie, starają się żyć bardzo oszczędnie – zauważa T. Wilgosz.


    Z nadzieją


    – Swoją przyszłość widzimy w Polsce. Chcielibyśmy normalnie pracować, wykorzystać swoje umiejętności, coś podarować Polakom z naszej kultury – mówi Tony. Sam pracował w Syrii jako technik radiowy. Na razie, razem z bratem i ojcem (który w Syrii był niegdyś dyrektorem szkoły), wykonuje drobne prace przy jednej z oławskich parafii. Carmen studiowała w swoim kraju romanistykę; trwają rozmowy na Uniwersytecie Wrocławskim na temat możliwości kontynuowania studiów. Na razie uczestniczy w zajęciach z angielskiego i francuskiego, prowadzonych przez znajomych ich oławskich przyjaciół. Może ona z mężem mogliby w przyszłości uczyć arabskiego… We Wrocławiu żyją i pracują Syryjczycy, którzy przybyli tu w minionych latach. Udało im się odnaleźć na Dolnym Śląsku, dlaczego więc nie miałoby się udać i tym, którzy obecnie przyjeżdżają?
Szczęśliwie niedawno otrzymali status uchodźcy, co umożliwia choćby podjęcie legalnej pracy. 3,5-letni Adel zaczął chodzić do prywatnego przedszkola. Jego dyrektorka sama wyszła z inicjatywą, by przyjąć dziecko. Okazało się, że może korzystać z placówki bezpłatnie.
Malec na razie pewnie się czuje, gdy wie, że pod drzwiami czeka ktoś bliski. Ostatnio takie dyżury przedszkolne pełni przyjaciel T. Wilgosza – Tomasz Żmuda, równie mocno zaangażowany w pomoc Syryjczykom. Gotów jest w razie potrzeby pojechać z nimi do lekarza do Wrocławia, wyruszyć do Warszawy, gdzie co rusz trzeba załatwiać jakieś formalności. Syryjczycy otrzymali darmowy karnet na basen miejski; bilet na komunikację miejską. Powstaje ponoć program dla uchodźców, umożliwiający im pobieranie przez 12 miesięcy zapomogi z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie.
I Tony, i Carmen intensywnie uczą się polskiego (ach ta gramatyka), poznają otoczenie – choćby i zwyczaje dotyczące jedzenia. – W Syrii mamy podobne potrawy do polskich, ale inaczej przygotowywane i przyprawiane – tłumaczy mężczyzna.
Oboje myślą o swoich krewnych, którzy pozostali w Syrii. Marzy im się, by i oni dostali szansę ucieczki.


    Franciszkowy model


    Tony podkreśla, że często ktoś w sklepie proponuje im pomoc, zagaduje po angielsku. W stosunkowo niewielkim mieście ludzie wiele o sobie wiedzą. Odkąd w lokalnej gazecie pojawił się artykuł na temat Syryjczyków, są rozpoznawalni. – Sporo osób zna obu Tomków, wie, że jesteśmy ich przyjaciółmi, gośćmi – mówi Tony.
Tomasz zauważa, że taka formuła przyjmowania uchodźców jest chyba najlepsza. – Bliska tej, do jakiej zachęcał Franciszek – wyjaśnia. – Przyjęcie jednej rodziny w parafii, otoczenie jej troską opartą na osobistych więziach. To o wiele lepiej się sprawdza niż tworzenie wielkich skupisk uchodźców w jakichś ośrodkach, gdzie żyliby we własnym gronie, odizolowani od mieszkańców.
Adel senior codziennie z Tomaszem idą rano na Mszę Świętą. Potem każdy rusza do swoich zajęć. Raz po raz Syryjczycy spotykają się z rodzinami obu Tomków – sporą gromadką, bo jeden ma trójkę, drugi czwórkę dzieci; z ich przyjaciółmi. Bywa, że razem grillują czy jadą na wycieczkę w góry. W sierpniu goście z daleka uczestniczyli częściowo w pielgrzymce na Jasną Górę. – Mamy też u siebie podobne miejsce poświęcone Maryi, ale dużo mniejsze – tłumaczy Tony. – Jest to niewielki kościół na wzgórzu, do którego wszyscy chrześcijanie pielgrzymują 15 sierpnia. Ważne dla chrześcijan są także Malula, gdzie w użyciu pozostał język aramejski, którym prawdopodobnie posługiwał się Jezus, oraz Saidnaya, ważny ośrodek pielgrzymkowy niedaleko Damaszku.
Oławianie zasadniczo są przyjaźnie nastawieni do przybyszów – choć T. Wilgosza spotkało nieco przykrości internetowych. Anonimowo, w sieci, znalazły się osoby – delikatnie mówiąc – nieprzychylne wspieraniu Syryjczyków, także chrześcijańskich. W realu tacy „nieprzekonani” ograniczają się raczej do milczenia. O wiele więcej jest ludzi deklarujących chęć pomocy, dopytujących, czego trzeba. Sąsiedzi czasem zapukają do Syryjczyków z pierogami, pewien starszy pan odwiedza Adela. Jeden mówi po polsku, drugi po arabsku, ale… rozumieją się bez słów.


    Zaufanie


    – Oczywiście jest wiele dylematów towarzyszących przyjmowaniu uchodźców. Ale przypomnijmy: ci ludzie tam topią się, w obozach uchodźców w Libanie czy Syrii kończy się żywność. Mamy nic nie robić? – pyta T. Wilgosz. – Słyszy się czasem zarzut, że przyjeżdżają do nas nie rodziny, a młodzi mężczyźni, niewyglądający na ofiary wojny. Tak, przyjeżdżają ci, którzy mogą przejść trudy podróży, poradzić sobie w trudnych warunkach, by potem pomóc swoim bliskim. Padają pytania, czemu nie zostaną w swoim kraju i nie walczą. Pytanie, po jakiej stronie? Tam nie ma jasnego podziału na „dobrych” i „złych”. Jest ISIS, jest mnóstwo zwalczających się nawzajem grup rebeliantów…
Czasem T. Wilgosz spotyka się ze słowami uznania i podziwu. – Nie ma co podziwiać – mówi. – To wszystko wcale nie jest takie trudne. Tyle mieszkań stoi pustych, czemu by ich nie wykorzystać? Trzeba tylko trochę zaufać Bogu.•
Obecnie w naszej archidiecezji Syryjczyków gości też katolicka wspólnota Hallelu Jah; przez pewien czas inni Syryjczycy znajdowali się pod opieką wrocławskich baptystów; na wrocławskim Strachocinie, w parafii pw. NMP Bolesnej, przebywają z kolei uchodźcy z Krymu i Donbasu.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół