• facebook
  • rss
  • Słowo nie na wiatr

    dodane 10.12.2015 00:15

    Po rozwodzie. Zranił i opuścił, ale... wciąż jest mężem. Sakramentalne małżeństwo trwa. Jak zostać mu wierną, gdy serce tęskni za czyjąś bliskością, a tuż obok pojawia się dobry, serdeczny człowiek? „Ty wciąż sama?” – dziwią się przyjaciele.

    Przyszłam tu po to, by odkryć, że rozstanie z mężem to nie koniec świata, że życie się nie skończyło i jest w nim jeszcze miejsce na radość – mówi Magda, wspominając chwile, gdy dołączyła do grupy wsparcia dla osób po rozwodzie, która od roku spotyka się we wrocławskim klasztorze dominikanów. – Najwięcej sił dało mi spotkanie z kobietami, które po rozwodzie są już jakiś czas, z nikim nowym się nie związały i… żyją, bynajmniej nie smutne i przygarbione, ale piękne, twórcze, pełne harmonii.

    Obrączka pełna bólu

    Magda tłumaczy, że łatwo nie było. Po rozstaniu, w wieku 35 lat, została całkiem sama, bez bliskiej osoby. – Najpierw nie było to dla mnie takie oczywiste, że z nikim nowym się nie zwiążę – wspomina, dodając, że wciąż wiele osób próbowało i próbuje wyswatać ją. Jednak w jej życiu coś się zaczęło dziać. – Gdy byliśmy jeszcze szczęśliwym małżeństwem, wydawało mi się, że jesteśmy wierzący, praktykujący. Już wtedy jednak czułam pustkę. Gdy zostałam sama, Bóg zaczął mnie ku sobie naprawdę nawracać. Dziś jestem o wiele bliżej Niego. Teraz, po 4 latach od rozstania, czuję pokój. Nie wejdę w nowy związek z trzech powodów. Po pierwsze – ze względu na przyjaźń z Jezusem. Możliwość przystępowania do sakramentów to jest nieoceniony skarb. Po drugie – dałam słowo. Dziś ludzkie przyrzeczenia niewiele znaczą; nie chcę, żeby tak było też w moim życiu. Po trzecie – zdałam sobie sprawę ze znaczenia sakramentu małżeństwa. Choć go nie widać, on realnie istnieje, jest rzeczywistością. – Długo nie byłam w stanie przebaczyć. Myślałam: wszystkim tak, ale temu jednemu nie przebaczę – wspomina jedna z pań. Dopiero udział w pewnych rekolekcjach, modlitwa wielu osób skruszyły jej opór. Mąż, człowiek świetnie wykształcony, nieuwikłany w alkohol, okazał się potworem. Patrząc z zewnątrz, trudno było go podejrzewać o przemoc fizyczną i psychiczną. Gdy żona wzywała policję, przy funkcjonariuszach przemawiał do niej niemal z czułością. Kiedy byli sami, zaczynało się piekło. Nieraz musiała po nocy uciekać z domu z dziećmi, nie mając gdzie się podziać. Robiła wszystko, by ratować małżeństwo. Nie udało się. Rozwód, jak mówi, był koniecznością także ze względu na kwestie majątkowe – mąż doprowadzał ją do bankructwa. Nie rozważała możliwości stworzenia kolejnego związku – choć wiele było ku temu okazji – choćby dlatego, że po swoich traumatycznych doświadczeniach uznała, że na mężczyzn w jej życiu nie ma już miejsca. Nie jest w stanie żadnemu zaufać. Dziś jej motywacje są już inne. – Myślałam, że skoro jestem po rozwodzie, z orzeczoną winą męża, żyję w czystości, korzystam z sakramentów, to w sumie wszystko jest OK – mówi. – Nasz duszpasterz o. Mirosław uświadomił mi jednak, że nadal jestem odpowiedzialna za zbawienie męża.

    Gruntowne porządki

    – Samotne kobiety otrzymują często przekaz: „Nie masz mężczyzny, nie istniejesz”. A to nieprawda – mówi Jola, dodając, że Kościół jest rodziną, nikt tutaj nie jest pozbawiony bliskich. Ona sama oraz jej przyjaciółka z grupy wsparcia należą także do wspólnoty „Galilea”, której wiele zawdzięczają. – Dla mnie było oczywiste, że chcę być wierna Bogu i mężowi. Wbrew pozorom uważam, że osób, które podejmują taką decyzję, nie jest mało. Na spotkaniach zostałam jednak zachęcona, by zastanowić się nad ważnością mojego małżeństwa. Dzięki o. Mirkowi przez miniony rok mogłam na spokojnie przyjrzeć się swojemu związkowi, przypomnieć sobie jego początki. Ojciec – który ma dar zajmowania się „pokiereszowanymi życiowo” ludźmi – zachęca nas do porządkowania własnego życia, do poznania prawdy o swoim małżeństwie. Tak czy inaczej dopóki Kościół nie stwierdzi jego nieważności, czuję się zobowiązana do wierności. – Przyszliśmy tutaj z wieloma niezagojonymi ranami. W zeszłym roku dużo czasu poświęciliśmy na rozmawianie o naszych sprawach, naszym życiu. Ponadto ojciec wyjaśniał nam różne kwestie dotyczące Kodeksu prawa kanonicznego. – Przeplatały się ze sobą nasze zwierzenia, paragrafy i... ciastka – dodaje z uśmiechem Magda. – Byliśmy też m.in. na Ślęży, mieliśmy ognisko. Razem jest nam łatwiej, radośniej. Panie wspominają o trudzie przebaczenia współmałżonkowi, o błędzie pochopnych decyzji błyskawicznego wchodzenia w nowy związek. Bywa, że ktoś szuka w nim „pocieszenia”, a znów wplątuje się w niedobrą relację. Z kolei niektóre kobiety są przekonane, że nawet jeśli doświadczają przemocy, mają obowiązek żyć z mężem dręczycielem. Tymczasem człowiek ma prawo i obowiązek bronić siebie i swoje dzieci przed krzywdą, zdecydować się w razie potrzeby na separację. – Mamy za sobą różne doświadczenia, wiedzę dotyczącą także prawa cywilnego. Chętnie dzielimy się nią z innymi – mówią. – Gdy jest bardzo ciężko, człowiek ma ochotę zamknąć się w sobie, wycofać, wtedy warto nie zostawać samemu – twierdzą. – Lepiej przyjść, pogadać albo… pomilczeć. – Życie po rozstaniu może być szczęśliwe. Oczywiście jakiś ból zostaje, jednak przyjaźń z Bogiem, z ludźmi wypełnia braki – wyjaśnia Magda. On zaprasza do zażyłości większej niż może dać jakikolwiek człowiek.Spotkania grupy wsparcia osób po rozwodzie – kobiet i mężczyzn – odbywają się we Wrocławiu w klasztorze dominikańskim (wejście od strony ul. Janickiego) dwa razy w miesiącu, w piątki o 19.00. Zaczynają się zawsze Mszą św.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół