• facebook
  • rss
  • "Nie wziął pod uwagę jednego: nawrócenia"

    Maciej Rajfur

    dodane 05.04.2016 18:30

    O Jezusie od lat opowiada największym przestępcom. Na co dzień posługuje tym, którzy na sumieniu mają grzechy najcięższego kalibru. I co im mówi? Że ciągle czeka na nich Bóg, który im wszystko przebaczy. Zapraszamy na pierwszą część "Rozmowy miłosierdzia" w trwającym obecnie 72. Tygodniu Miłosierdzia.

    Swoją codzienną pracą łączy dwa bardzo skrajne słowa. Jedno urzekające i piękne, drugie nieprzyjemne i budzące strach. To "miłosierdzie" i "więzienie". Z ojcem Kazimierzem Tyberskim, oblatem, znanym jako „komandos w koloratce”, rozmawia Maciej Rajfur.

    Maciej Rajfur: We wrześniu tego roku minie 20 lat, od kiedy wszedł Ojciec do więzienia jako etatowy kapelan. Gdzie Ojciec teraz posługuje?

    O. Kazimierz Tyberski: W tej chwili jestem kapelanem dwóch wrocławskich zakładów: Aresztu Śledczego przy Świebodzkiej i Zakładu Karnego nr 2 przy Fiołkowej. W obu miejscach znajdują się recydywiści, czyli ludzie, którzy po raz kolejny popełniają przestępstwo i wracają do więzienia. Do tych 20 lat doliczyłbym jeszcze tę początkową czteroletnią, że tak się wyrażę, wolontariacką przygodę w zakładzie karnym dla kobiet. Razem 24 lata.

    Czyli posługa więzienna zaczęła się od kobiet?

    Tak. Potrzebowali kapłana, który odprawi Mszę św. w tamtym zakładzie. Wysłali najmłodszego, czyli mnie. Od tamtej pory trochę się z tymi kobietami zaprzyjaźniłem. Zacząłem chodzić tam regularnie, spowiadać, rozmawiać z nimi. One zaś aktywizowały się, organizowały spektakle i zapraszały mnie. Np. kiedyś na Dzień Kobiet byłem tam jedynym facetem (śmiech).

    To był początek, patrząc z perspektywy czasu, wielkiej misji, wiernej posługi i chyba kapłańskiej pasji?

    Zawsze postrzegałem swoją rolę jako wyjście naprzeciw potrzebom ludzi, szczególnie najbardziej poranionych. W więziennictwie zobaczyłem ogromną przestrzeń i możliwość niesienia tam Pana Boga. Osadzony musi jednak najpierw się przekonać do człowieka. Albo ja swoją osobowością będę mu odpowiadał i wtedy zechce ze mną wejść w relację, albo z góry mnie skreśli. Wówczas nie dotrę nigdy do prawdziwych bandziorów, z najgorszymi zbrodniami na koncie. Dotrę tylko do tych, którzy czegoś szukają albo się podlizują. Księdzu też się podlizują.

    Jak kobiety znoszą izolację, jak się zachowują w więzieniu?

    Na pewno obraz kobiety w więzieniu nam się kłóci z powszechną opinią o płci pięknej, ale muszę powiedzieć, że kobiety potrafią być bezwzględne i okrutne. Wiem, że to nie pasuje do naszego pojęcia o nich, ale takie są fakty. Na pewno ciężej było mi posługiwać kobietom niż mężczyznom. Przede wszystkim dlatego, że o wiele trudniej znoszą izolację. Częściej się kłócą, są zadziorne i pamiętliwe. Kobieta w więzieniu to wielki dramat. A spotykałem też takie skazane na dożywocie.

    Może jakiś przykład Ojciec poda?

    Pamiętam pewną młodą, ładną, filigranową dziewczynę. Zapytałem ją, ile ma lat, bo wyglądała na 17. Odpowiedziała, że 25. Odparłem, że nie wygląda na tyle, na co ona: „Ale tyle mam wyroku”. Pytam więc, za co tyle dostała. Padła standardowa odpowiedź, że za nic. „Oni go zabili, ja tylko po nim poskakałam”. Wtedy uświadomiłem sobie, że kobieta także jest zdolna do zbrodni, że może być zupełnie pozbawiona odczuć.

    W jakim najgorszym miejscu Ojciec pracował pod względem zbrodni?

    Trudno powiedzieć. Najgorsze, zbrodnicze miejsce, moim zdaniem, znajduje się w sercu człowieka. Obojętnie, czy żyjemy na wolności, czy za murami więzienia. Oczywiście, jednocześnie to jedno z tych najpiękniejszych...

    Rozmawiając z tak doświadczonym człowiekiem jak Ojciec nie sposób nie zapytać o historie ludzi zza krat, które najbardziej zapadają w pamięć. 24 lata pracy w więziennictwie to ogrom przeżyć. Czy są takie, które ciągle tkwią w głowie i wracają co jakiś czas?

    Takich historii jest wiele. Najbardziej w sercu i pamięci zapadł mi Marcin, szef bardzo groźnej ekipy przestępczej na Mazurach. Do dzisiaj utrzymujemy kontakt. Trafił do mojej grupy formacyjnej w więzieniu. On kompletnie nie wierzył w to, że może zmienić swoje życie. Ale przez 5 lat pracy z nim udało się osiągnąć to, co na początku wydawało mu się niemożliwe. Ten człowiek wyszedł z więzienia i nigdy więcej nie wszedł na drogę przestępstwa. Czuję radość z tego, że żyje dzisiaj uczciwie i godnie. Zaś moją chlubą penitencjarną (śmiech) jest Wiesław ps. „Wampir” z Baranowa. Psychiatrzy, którzy go badali na 3 lata przed wyjściem, stwierdzili, że przez 22 lata odsiadki w ogóle się nie zmienił. Po prostu wyjdzie i zamorduje. Tylko ja miałem inne zdanie. Wyszedł. Dzisiaj mija 12 lat. Nikogo nie zabił. Żyje pięknie. Mamy ze sobą kontakt. A psychiatra, który go badał, profesor z Uniwersytetu Jagiellońskiego, namówił swojego kolegę reżysera, żeby o nim zrobił film. Chciał się dowiedzieć, co się z tym przestępcą takiego stało, bo przecież on - wykształcony psychiatra - nie mógł się pomylić.

    Może coś przeoczył...

    Tak, nie wziął po prostu pod uwagę jednego: nawrócenia. A to jest bardzo istotne. W zasadzie tylko w ten sposób widzę więźnia zresocjalizowanego. Dopiero, gdy się nawróci.

    Kolejne części rozmowy już jutro i w kolejnych dniach na wrocław.gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół