• facebook
  • rss
  • W Białym jest wszystko, co kocham...

    Karol Białkowski

    |

    Gość Wrocławski 28/2017

    dodane 13.07.2017 00:00

    O tym wydarzeniu krążą legendy. Niektórzy mówią, że to „największy matrymonialny obóz w Polsce”. I pewnie coś w tym jest, bo skoro jeżdżą tam wspaniali ludzie, to i powstające pary są niebanalne.

    Rozpoczynająca się 30 sierpnia tegoroczna edycja Obozu Adaptacyjnego Duszpasterstw Akademickich Wrocławia i Opola będzie już 34. takim wydarzeniem z rzędu. Każdego roku, gdy w Tatrach opada największy turystyczny kurz, młodzież związana (bądź jeszcze nie) ze wspólnotami studenckimi dwóch miast opanowuje Biały Dunajec. W sumie przyjeżdża tu ok. 700 osób. Ogólny program jest zawsze bardzo podobny i opiera się na trzech filarach – Bóg, drugi człowiek i góry. Kolejność u każdego, przynajmniej na początku, jest dowolna.

    Ludzie, którzy byli sobą

    Wojtek usłyszał o obozie na katechezie w klasie maturalnej. Sam przyznaje, że opowieść nie zrobiła na nim w zasadzie żadnego wrażenia. – Chodziłem na religię, ale nie byłem zaangażowany w życie Kościoła, więc propozycja „kościelna” nie była dla mnie atrakcyjna. Informacja wróciła jednak do mnie w wakacje i po zastanowieniu postanowiłem się zapisać – opowiada.

    Zdecydował nie wątek duchowy, ale perspektywa zdobywania najwyższych górskich szczytów. – Pojechałem tam z dużą rezerwą. Miałem swój obraz wspólnot przykościelnych, myślałem, że należą do nich nawiedzeni ludzie – dodaje. Podkreśla, że już pierwszy moment był dla niego zaskoczeniem. – Jechałem samochodem z nieznanymi sobie ludźmi. Gdy oni pomodlili się przed wyruszeniem w drogę, to było już dla mnie duże wydarzenie – mówi ze śmiechem. Czymś, co urzekło go w czasie trwania obozu, była autentyczność.

    Zaznacza, że środowisko, w którym się dotychczas obracał, wytwarzało pewną sztuczność, związaną z chęcią bycia dobrze odbieranym przez innych. – Tak było w mojej klasie. Natomiast w Białym Dunajcu spotkałem ludzi, którzy byli sobą – dodaje. Przypomina sobie jedną sytuację ze swojego pierwszego obozu, gdy siedząc w busie jadącym do Białego Dunajca, słuchał, jak wszyscy mówili o tym, że trzeba się spieszyć, by zdążyć na Eucharystię. – Powiedziałem wtedy: „Po cholerę na tę Mszę iść. Jesteśmy zmęczeni. Na Mszę się chodzi w niedzielę. Pan Bóg się nie obrazi”. Oni odpowiedzieli, że nie robią tego z przymusu, ale dlatego, że chcą – wspomina. To było dla niego zaskakujące.

    Po powrocie do chaty nikt mu nie suszył jednak głowy i mógł sam zdecydować, czy chce iść do kościoła. Poszedł. – Dziś na to patrzę w ten sposób, że na obozie układa się pewną hierarchię – są doznania turystyczne i międzyludzkie, ale musi być ten punkt odniesienia oparty na Mszy św. – wyjaśnia. – Te dwa tygodnie totalnie odmieniły moje postrzeganie Kościoła i księży.

    Błogosławiony upadek

    Jagoda na wakacje w 2015 r. miała zupełnie inne plany. Dowiedziała się o obozie podczas wspinaczki po skałach. Ledwo kojarzyła fakty, ale pamiętała o koleżance, która była zaangażowana w to wydarzenie. – Nie zamierzałam tam jechać. W planach miało być winobranie za granicą, ale… spadłam ze skały i uderzyłam się w głowę. W szpitalu, po badaniach, okazało się, że nie pojadę do pracy, bo mogę mieć wstrząśnienie mózgu – opowiada.

    Wróciła do domu i poczytała o Białym Dunajcu. Jeden z kolegów, który zastanawiał się nad tym wyjazdem, miał obawy ze względu na to, że „nie jest za bardzo wierzący”. – A ja? Byłam bardzo daleko od Kościoła, ale zawsze miałam przeświadczenie, że katolicy to dobrzy ludzie. Pomyślałam sobie, że warto pojechać w Tatry za niewielką cenę – dodaje. Obóz już się rozpoczął, ale Jagoda, dzięki wspomnianej koleżance, znalazła miejsce w chacie DA „Stygmatyk”. Ze studentami miała być cztery dni, a potem wracać do domu, by… malować płot.

    Ostatecznie w Białym została na całe dwa tygodnie. – Poznałam tam niezwykłych ludzi i dostałam od nich coś, czego się nie spodziewałam – pełną otwartość. Zaakceptowali mnie taką, jaka jestem, bez żadnych dodatkowych warunków. Tu nic nie było sztuczne i jednocześnie wszystko było bezinteresowne – dodaje. Wtedy przyszła refleksja. – Pomyślałam, że ja też chcę być taka. Wpływ na to miały też wysłuchane mądre kazania. Płakałam nad tym, że moje życie tak się poukładało, że nie wiedziałam, co jest ważne, bo nikt mi nie mówił o wartościach.

    Góra miłości

    Gdy Jagoda weszła do chaty „Stygmatyka” po raz pierwszy, dla Wojtka był to już czwarty obóz. Pełnił na nim funkcję „turystycznego” – odpowiadał za ustalanie tras górskich wycieczek. – To był późny wieczór. Pamiętam, że z piętra zeszło kilka osób, w tym Wojciech. Popatrzyliśmy na siebie, ale szału nie było. Wrażenia na mnie nie zrobił – wspomina. W podobnym tonie pierwsze spotkanie wspomina Wojtek.

    Porozmawiali kilka dni później w kuchni. Okazało się, że studiują na jednym wydziale. Następna była wycieczka na Świnicę. Wtedy też opowiadali sobie o wzajemnych zainteresowaniach, głównie o wspinaczce i górach. – Doszliśmy do schroniska i tam przy stole wśród śmiechów mówiliśmy, że niedaleko jest Walentynkowy Wierch (w rzeczywistości Walentkowy Wierch – przyp. red.). Powiedziałam, że gdyby mój facet mnie tam zabrał 14 lutego, to by podbił moje serce. Zaśmiałam się i temat zostawiłam, ale reszta grupy nie miała takiego zamiaru – opowiada Jagoda.

    Wojtek wspomina, że Biały Dunajec dla „turystycznego” to pełne ręce roboty. Mało jest momentów, by tak na serio i w pełni zatrzymać się przy jednej osobie. Wtedy jednak nadarzyła się okazja. Podczas schodzenia ze Świnicy grupa się podzieliła i on został z Jagodą. To była kolejna okazja do poznania się lepiej. – W życiu nie ma przypadków. Jak się później okazało, wszyscy dookoła widzieli, że coś się między nami rodzi, a my tego kompletnie nie zauważaliśmy – mówi. Jagoda natomiast dodaje, że mieli zaskakująco dużo wspólnych zainteresowań.

    Oboje zaznaczają, że do Białego Dunajca wcale nie przyjechali poszukiwać drugiej połówki, ale ostatecznie znaleźli miłość. Jednak historia Jagody i Wojtka dopiero się zaczyna. W ubiegłym roku pojechali na obóz już jako zaręczona para, natomiast za półtora miesiąca, 9 września, mają zaplanowany ślub. Uroczystość odbędzie się w kościele w Białym Dunajcu, a świadkami, oprócz najbliższych, będzie kilkuset studentów, którzy tak jak oni przed laty pojadą, by zaczerpnąć coś dla siebie – odkrywać góry, ludzi i Boga. Codziennie, przez cały czas trwania obozu, na stronie wroclaw.gosc.pl będzie można znaleźć relacje z poszczególnych dni oraz dużo zdjęć. „Gość Wrocławski” jest patronem medialnym wydarzenia.

    Jedź na Biały

    Trwają zapisy na 34. Obóz Adaptacyjny Duszpasterstw Akademickich Wrocławia i Opola. Organizatorzy przygotowali dla studentów ok. 700 miejsc w kilkunastu góralskich chatach. Każdą opiekuje się inne duszpasterstwo akademickie. Formularz zgłoszeniowy oraz informacje o programie wydarzenia można znaleźć na www.bialydunajec.org. Obóz rozpoczyna się 30 sierpnia i potrwa do 13 września. Zapisy trwają do wyczerpania miejsc. 

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół