Nowy numer 43/2020 Archiwum

Nie powiem, co mnie trafia

Piszkowice – niewielka wioska na Dolnym Śląsku, o której chyba nigdy bym nie usłyszał, gdyby nie znajdujący się tutaj Zakład Opiekuńczo-Leczniczy dla dzieci i materiał, nad którym pracuję.

Kilkadziesiąt maluchów – powiedzieć, że ciężko chorych, to eufemizm. Bardzo ciężko chorych, głęboko upośledzonych. Najmłodszy ma zaledwie kilka miesięcy. Trafił wprost ze szpitala, skierowany wyrokiem sądu, czyli de facto miejsce pobytu wybrała mu Rzeczpospolita Polska. On, podobnie jak większość przebywających tu dzieci, został pozostawiony przez biologicznych rodziców. Nikły procent odwiedza swoje pociechy. Jeszcze mniejszy jest w stanie pokryć przynajmniej część kosztów ich utrzymania.

Normalnie – dziecko pozostawione w szpitalu przez matkę „wpada” w przepisy ustawy o pieczy zastępczej. Trafia do rodziny lub do domu dziecka. Państwo płaci na jego utrzymanie. Gdy zachoruje, trafia do szpitala, a za leczenie płaci NFZ. Problemem dzieci z Piszkowic jest to, że są tak chore, iż wymagają opieki całą dobę. Bo jak się okazuje, prawo nam się rozjechało, a państwo zamknęło oczy i udaje, że tych dzieci nie ma. Są, panie premierze, prezydencie, posłowie i senatorowie, czy tego chcecie, czy nie! Są – w Piszkowicach jest ich prawie 50, a w całej Polsce ok. ośmiuset.

Tworząc przepisy, ktoś uznał, iż placówkom, które się nimi zajmują, wystarczy zwrot kosztów leczenia. No, bo jak dzieci chore, to po co im więcej? I tak oto prawie czterdziestomilionowy naród łaskawie płaci za: rehabilitację czy żywienie dojelitowe, ewentualnie inne procedury medyczne. Jeśli prowadzący placówkę chcą mieć na opał, tudzież na prowadzenie domu i zapewnienie dzieciom opieki, niech użebrzą. Ot, tyle lat świetnie sobie radzą. Placówka taka jak ta nie znajduje się w spisie tych, o których mówi ustawa o pieczy zastępczej, a ustawodawca nie przewidział, iż matka może w szpitalu pozostawić ciężko upośledzone dziecko. Pieniądze na zorganizowanie opieki zatem się jej – zdaniem ustawodawcy – nie należą.

Teoretycznie wystarczyłoby skorygować prawo i zapisać w ustawie, że poza leczeniem maluchów dom w Piszkowicach wykonuje także opiekę nad nimi. Wówczas – jak każda inna placówka opiekuńcza – dostawałaby także na ten cel pieniądze. Wiem, że nie jest to prosta droga, ale kto się tym chce w ogóle zajmować? Jaki elektorat dzięki temu uda się zdobyć? Dzieci, które i tak do urny wyborczej nie wrzucą kartki, a nie ukrywajmy – wielu z nich nie uda się dożyć wieku, który pozwalałby wybierać posłów i senatorów czy prezydenta. I nie chodzi tu jedynie o zorganizowanie konferencji prasowej na tle domu, ale o ciężką, konkretna pracę ludzi, których psim obowiązkiem jest troska o najsłabszych.

Trafia mnie, gdy czytam dziś, że wrocławska klinika jest jedną z 23, gdzie państwo będzie refundować zabieg in vitro, który kosztuje kilkanaście tysięcy. Trafia mnie, gdy widzę jednego czy drugiego, dla którego największym problemem w Polsce jest praca nad ustawą o związkach partnerskich i tych dziennikarzy, którzy im przyklaskują. Nie wiem, dlaczego – myśląc o tych ludziach – przychodzą mi na myśl słowa, które zapamiętałem z filmu o prymasie Wyszyńskim: „Panie, spraw, aby nie potrafił ich nienawidzić”.

Może dlatego, bo wciąż mam przed oczyma twarze tych dzieci i uśmiechające się oczy, kiedy zbliżałem się, wypowiadając ich imię. Dzieci ufających, że dorośli są po to, by o nie się troszczyć i im pomagać.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama