Nowy numer 43/2020 Archiwum

(Nie)chciana posługa

Świeccy na misjach. Jezus ją… przechytrzył. Nie potrzebował zbyt wiele czasu. Niewiele ponad kwadrans, a potem jeden „niewinny” wyjazd. – Zamarłam – wspomina Ania.

To wciąż niewielka grupa. Jednak oddziaływanie świeckich misjonarzy na środowisko, w którym przez jakiś czas żyją, jest niezwykłe. A dla nich samych kilka miesięcy świadczenia o Chrystusie zupełnie obcym ludziom staje się przygodą życia. Anna Karwatka ma 26 lat i doświadczenie, jakiego nie da się porównać z niczym innym. Tuż po obronie pracy magisterskiej na filologii polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego postanowiła wyjechać do Japonii ze wspólnotą Domy Serca. – To nie był mój pomysł. Ja nigdy nie miałam pragnienia, by zostać misjonarką – zaznacza. Przekonuje, że od samego początku był to plan Boży. – Nie miałam nic do gadania – dodaje ze śmiechem.

Nie ja chcę, lecz On...

– Zaczęło się od mojej przyjaciółki Magdy, która była wtedy na misji w Indiach. Napisała do mnie mejla, w którym zachęcała, bym poszła na spotkanie organizowane przez Domy Serca. Przekonywała, że muszę poznać osoby jej bliskie – opowiada Ania. Wybrała się tam bez większego entuzjazmu. – Spóźniłam się. Zdążyłam na ostatnie 15 minut. Wystarczyło, by opowieść o. Klemensa o... Wiedniu, w którym mieszkał, bardzo mnie zafascynowała – dodaje. Po spotkaniu chciała uciekać, ale jeden z kolegów namówił ją na rozmowę z duchownym. Trwała tylko 5 minut, bo Ania musiała iść uczyć się do zbliżającego się egzaminu. – Po wyjściu nie mogłam się na niczym skupić. Coś mnie ciągnęło, by wrócić. Pomyślałam: chciałabym ich jeszcze spotkać – wspomina. Następnego dnia, już po egzaminie, postanowiła pójść do „Maciejówki”, gdzie członkowie wspólnoty nocowali. Spotkała ich wychodzących na pociąg. – Powiedziałam im, że to niesamowite, bo właśnie o nich myślałam. W jednym momencie zaproponowali mi przyjazd na weekend formacyjny – mówi. Gdy zaznaczyła, że nie jest zainteresowana wyjazdem na misje, przekonali ją, że udział w weekendzie do niczego nie zobowiązuje. Pan Bóg robił swoje. – Skupiałam się na pisaniu pracy magisterskiej, ale podczas modlitwy powiedziałam, że jeśli zaproponują mi Japonię, pojadę. To było chytre. Wiedziałam, że Domy Serca nie mają tam swojej placówki – mówi Ania.

„Japoński” wybór nie był przypadkowy, bo w tym czasie była już po czterech latach nauki języka japońskiego. – Pojechałam na ten weekend formacyjny. Na pierwszym spotkaniu o. Klemens prosił o modlitwę za założyciela wspólnoty, o. Thierry, który przebywał w... Japonii. Zamarłam – wspomina. Nikomu nie powiedziała o tym, co przeżywała. – W końcu sobie pomyślałam, że coś w tym wszystkim musi być. Skoro chlapnęłam z tą Japonią podczas modlitwy, to teraz czas podjąć wyzwanie – mówi. To było w marcu 2012 r. Dwa miesiące później odbył się drugi weekend formacyjny, następnie we wrześniu – dwutygodniowy staż. – W październiku byłam już na miejscu – podsumowuje Ania.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama