Nowy numer 48/2020 Archiwum

Nowo narodzony

Brat, przyjaciel, nauczyciel, artysta, współpracownik, kaznodzieja, ewangelizator. Zmarł 26 maja 2014 r.

Andrzej Dziewit przez wiele lat związany z wrocławską wspólnotą Hallelu Jah. Oto, jak zapamiętali go ci, dla których za życia stał się bliski.

Bp Andrzej Siemieniewski


– Ostatni raz rozmawiałem z nim przez telefon na kilka dni przed jego śmiercią. Długa, ponadpółgodzinna konwersacja była o ewangelizacji, o jego parafii, o wspólnocie, o tym, że Jezus żyje, a więc o tym wszystkim, co pasjonowało Andrzeja. Spotkaliśmy się ponad 20 lat temu we wspólnocie Hallelu Jah. Trudno zliczyć, ile razy byliśmy na rekolekcjach i wyjazdach ewangelizacyjnych, by razem głosić Jezusa jako Pana i Zbawiciela. Ostatnie nasze wspólne głoszenie Dobrej Nowiny miało miejsce 
14 grudnia 2013 r. w auli Papieskiego Wydziału Teologicznego, podczas spotkania na temat nowego narodzenia. Andrzej miał o tym wyjątkowo wiele do powiedzenia z własnego doświadczenia – był narodzony na nowo z wody i z Ducha Świętego i dobrze o tym wiedział.

Joanna Geremesz, wspólnota Hallelu Jah


– Przez ostatnie kilkanaście lat Andrzej był dla nas bardzo bliską osobą, prawie domownikiem. Był ojcem chrzestnym naszego syna. Spędzaliśmy wiele czasu na rozmowach – zawsze o Panu i Jego miłości. Andrzej nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafił pozytywnie nas nakręcić. Umiał z pełnym współczuciem i zrozumieniem postawić się w sytuacji osoby, za którą się modlił. Pamiętam też te chwile, kiedy skakał na swojej jednej nodze i wykrzykiwał „Alleluja! Alleluja! Jezus żyje!”. To było jego zawołanie, którego wyuczył całą wspólnotę. Pamiętam jego szczerą modlitwę: „Panie, chcę być twoim osiołkiem i w poniedziałek, i we wtorek, i w środę, czwartek, piątek, sobotę i w niedzielę”. W ustach innej osoby brzmiałoby to przynajmniej dziwnie, ale on niczego nie udawał. Bał się Boga, ludzi nie. Przemawiał tak samo do jednego, jak do tysiąca. Był zwykłym – niezwykłym człowiekiem. Wiele mnie nauczył.

Paweł Socha, długoletni przyjaciel Andrzeja


– Z Andrzejem poznaliśmy się w 1989 r., gdy miałem 19 lat. Spotkałem go w kościele przy ul. Sudeckiej we Wrocławiu. Zauważyłem, że zawsze kiedy tam przychodzę, w ławkach z przodu siedzi pewien człowiek. Okazało się, że to był Andrzej Dziewit, którego ówczesny proboszcz zatrudniał do pilnowania otwartego przez cały dzień kościoła. Pewnego dnia Andrzej podniósł się i utykając, podszedł do mnie. Powiedział, że wieczorem organizuje spotkanie grupy, którą zakłada, i zapytał, czy przyjdę. Tak zaczęła się w moim życiu historia, która trwa do dzisiaj.

Paweł Dziewit, 
brat Andrzeja


– Mimo że jestem młodszy od brata, mogę powiedzieć, że byłem przy jego narodzeniu. W czasach komuny, gdy mój brat studiował nauki polityczne, wierzył z oddaniem w to, co mu wtedy wkładano do głowy. Ale gdy dowiedział się prawdy o Katyniu i o wszystkich innych zbrodniach totalitarnej władzy, zaangażował się jako opozycjonista. W czasach stanu wojennego przyszły zwątpienie, depresja, załamanie i nałogi. Było z nim bardzo źle – do momentu, gdy któregoś dnia zawołał mnie i opowiedział o śnie, w którym usłyszał słowa Chrystusa: „Chodź za Mną”. Pomyślałem wtedy, że to jakieś odurzenie, jednak później zrozumiałem, że to było jego nowe narodzenie. Od tamtej pory trudno go było zastać w domu: wyjazdy, rekolekcje, spotkania. Wprawdzie oddaliliśmy się od siebie, ale on miał swój cel – głoszenie słowa Bożego. Gdy po śmierci Andrzeja otworzyłem jego portfel, zauważyłem w nim medalik Niepokalanej i obrazek św. Maksymiliana M. Kolbego. Uświadomiłem sobie wtedy, że mój brat był żołnierzem Chrystusa. Strzelał do nas, ale zamiast nabojów miał słowo Boże. W SMS-ach, które wysyłał, pełno było cytatów z Pisma Świętego. On naprawdę wierzył w potęgę słowa Bożego i moc modlitwy.

O. Andrzej Bujnowski OP


– Andrzej był prawdziwym artystą, i to wielkiego formatu. Nie waham się powiedzieć, że zalicza się do grona tych, których linię zapoczątkował starotestamentowy król Dawid. Poznałem go na Spotkaniu Muzyków Chrześcijan w Ludźmierzu w 1995 r. Tam powstawały pierwsze w naszym kraju zespoły, które nadawały znaczący ton i kierunek nowej ewangelizacji: New Life Music, Amenbend, Deus Meus, Tymoteusz (2 Tm 2,3), Arka Noego i wiele innych. Powołaniem Andrzeja od czasów Ludźmierza stała się modlitwa za muzyków, wspieranie ich słowem i obecnością w świecie, który intensywnie czeka, by odebrać im nawrócenie i złożone Bogu obietnice. Andrzej towarzyszył najpierw grupie New Life Music, głosząc orędzia ewangelizacyjne podczas koncertów. Dzielił się świadectwem swego życia i nawrócenia, niejednokrotnie w trudnych czy nietypowych sytuacjach, jak np. piknik Piwnicy pod Baranami. Był wspaniałym kaznodzieją, jednym z najlepszych, których znałem. Niezwykle inteligentny, wrażliwy, elokwentny i dowcipny. Jego słowo przeszywało serce słuchacza i na jego najgłębszym dnie prowadziło do spotkania z Tym, który dał nam życie i ukochał nas najbardziej. Wszyscy widzieliśmy i czuliśmy, że naprawdę żył Ewangelią. Podziwialiśmy konsekwencję i radykalizm jego przekonań. Andrzej był obecny wszędzie tam, gdzie działy się rzeczy ważne na polu nowej ewangelizacji. Pragnął być na pierwszej linii frontu w głoszeniu zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią.


(Fragment wspomnienia wygłoszonego podczas pogrzebu.)

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama