GN 43/2020 Archiwum

Ksiądz, który szukał guza

Święci. Modlił się i za nękanych Żydów, i za hitlerowców – o nawrócenie. Gestapowcom mówił w twarz, co myśli o ich zbrodniach. Prosił, by go wysłano do getta. W sądzie stwierdził krótko: „Moim Führerem jest Chrystus”.

Błogosławiony ks. Bernard Lichtenberg, którego wspomnienie liturgiczne przypada 5 listopada, z natury był wojowniczy. Kazania głosił ponoć tak żywiołowo, że obawiano się, iż wyskoczy z ambony. Chadzał na zebrania środowisk niechętnych Kościołowi, wdając się w dyskusje. „Ubijcie klechę!” – krzyczano przy nim na jednym z spotkań w 1918 r. Potrafił wdrapać się na bramę w wysokim parkanie, drąc ubranie, byleby dotrzeć do domu chorego, gdzie był wezwany. Bywał surowy, ale z serdeczną troską pochylał się nad ubogimi, pozyskując dla nich żywność, ubranka czy zabawki dla dzieci. Długie godziny spędzał na modlitwie. Beatyfikowany został w 1996 r. podczas Mszy św. na berlińskim stadionie (notabene na świadectwie dojrzałości miał ocenę prymusa z gimnastyki).

Prorocze łańcuchy

Marta Możejko i Michał Zwierzański z Izby Muzealnej Ziemi Oławskiej pokazują znajdujące się na wystawie pamiątki po bł. Bernardzie – list z Berlina, napisany przez niego własnoręcznie do ówczesnego proboszcza z Oławy, wyrok skazujący Lichtenberga na więzienie, ale też na przykład karty do głosowania do zarządu gminy parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła – do którego zarządu wielokrotnie wybierany był ojciec Bernarda, August.

Pani Marta wspomina, jak to błogosławiony sam niejako ją „zaczepił”. Przebywając z mężem w Berlinie, potknęła się o coś. Okazało się, że to tzw. kamień pamięci – poświęcony właśnie Lichtenbergowi, umieszczony obok miejsca, gdzie mieszkał. Wtedy też udało im się wejść do – nie zawsze dostępnej – berlińskiej katedry i dotrzeć pod grób ks. Bernarda. Pan Michał mówi o poświęconej ks. Lichtenbergowi książce ks. Tomasza Zagały. – Po jej lekturze urósł w moich oczach – wspomina. Urodził się 3 grudnia 1875 roku w Oławie; miał trzech braci i siostrę. Dom, który wskazuje się jako miejsce jego przyjścia na świat, stoi do dziś na rogu rynku i ul. Kościuszki. Na parterze znajdował się sklep kupca Augusta Lichtenberga. Można tu było nabyć kolonialne wyroby, świece, kadzidło. Pani Marta pokazuje rachunki, poświadczające zakupy dokonane w tym sklepie przez katolicką parafię pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła. W tutejszym kościele Bernard przyjął chrzest, później Pierwszą Komunię św. – Oboje rodzice byli bardzo zaangażowani w życie parafialne. Mama Emilia prowadziła charytatywną działalność, organizowała loterie na cele dobroczynne – tłumaczą opiekunowie oławskiej izby. – Kolejnym miejscem przypominającym o bł. Bernardzie jest budynek dzisiejszego liceum (wówczas to było gimnazjum) przy pl. Zamkowym. Zdał z wyróżnieniem egzamin dojrzałości, studiował przez rok teologię w Innsbrucku, a następnie przygotowywał się do kapłaństwa we wrocławskim seminarium. Święcenia przyjął w katedrze 21 czerwca 1899 roku. Podczas Mszy św. prymicyjnej w oławskim kościele ks. dr Robert Eymmer wypowiedział w homilii słowa, które okazały się prorocze: „Kapłan pozostaje kapłanem, choćby nawet był w łańcuchach i okowach”.

Gdy milczenie nie było złotem

Po święceniach pracował w Nysie, następnie skierowany został do Berlina, gdzie pełnił posługę w kilku w kolejnych parafiach. Najpierw trafił do dzielnicy o nazwie… Lichtenberg, gdzie było sporo sezonowych robotników, także z Polski. Jako proboszcz w Berlinie-Charlottenburgu rozpoczął budowę kościoła. Żyjąc w ubóstwie, zmuszony nieustannie zabiegać o wsparcie, sam siebie nazywał „proboszczem żebrakiem”. Dbał o katechizację, podejmował rozmaite akcje charytatywne – m.in. w Charlottenburgu zorganizował parafialną kuchnię. Ks. Tomasz Zagała opisuje, jak kiedyś, w czasie I wojny światowej, podążył do chorego, nie zważając na trwające na ulicy walki. Zatrzymał się przy barykadzie. Wytłumaczył walczącym, dokąd i po co zmierza. Nie tylko go przepuścili, ale porozumieli się ze swymi przeciwnikami po drugiej stronie, by mógł spokojnie przejść. Zaimponował im. W 1932 r. został administratorem, a później proboszczem berlińskiej katedry pw. św. Jadwigi. Wobec rosnącej roli NSDAP ks. Lichtenberg coraz częściej ścierał się ze zwolennikami nazizmu – m.in. z samym J. Goebbelsem, gauleiterem NSDAP (w tym czasie obaj byli radnymi dzielnicowymi Berlina). „Jeśli my, kapłani, milczymy, to ludzie muszą być poirytowani – błądzą i nie wiedzą, czego się trzymać” – mówił swojej współpracownicy. Zaczął krytykować wprost z ambony idee hitlerowskiej partii. Interweniował u samego Goeringa w sprawie sposobu traktowania więźniów w obozie koncentracyjnym Esterwege. Do przewodniczącego Izby Lekarzy Niemieckich pisał w obronie ofiar nazistowskiej akcji zabijania nieuleczalnie chorych. Kopię listu, pełnego ostrych słów o „zbrodniach, wołających o pomstę Pana życia i śmierci”, przesłał do najwyższych władz państwowych. To nie mogło dobrze się skończyć…

Wódz jest tylko jeden

Z inicjatywy Bernarda w katedrze berlińskiej codzienne wieczorne nabożeństwa połączone były z modlitwą za prześladowanych Żydów i chrześcijan, za więźniów obozów koncentracyjnych. Proszono także Boga o nawrócenie tych, którzy wykonywali zbrodnicze rozkazy. Lichtenberg codziennie modlił się za samego Hitlera. Podczas wieczornego nabożeństwa tuż po kryształowej nocy w listopadzie 1938 r. wyraził solidarność z nękanymi Żydami. Później zamierzał publicznie skrytykować ulotkę antysemicką, rozprowadzaną wśród mieszkańców Berlina. Nie zdążył. 23 października 1941 roku zatrzymało go gestapo. – Pretekstem było doniesienie o prowadzeniu „bolszewickiej propagandy”, jakie złożyły na niego dwie studentki. Dziewczyny weszły do katedry, by ją zwiedzić, akurat w czasie wieczornego nabożeństwa, i usłyszały modlitwę za prześladowanych – mówi pan Michał. – Podczas śledztwa Lichtenberg bynajmniej nie utrudniał przesłuchującym go zebrania dowodów – dodaje. Gdy zarzucano mu krytykę führera, podkreślił, że jego Führerem jest Chrystus. – Znaleziono u niego „Mein Kampf” z krytycznymi uwagami poczynionymi na marginesach. Podkreślał, że krytykuje nie tyle samego Hitlera, ile jego tok myślowy – wyjaśnia M. Możejko. Chciał pojechać do getta w Łodzi, by tam wspierać uwięzionych Żydów i dzielić z nimi ich los. Ostatecznie jednak, jako „wróg państwa niemieckiego”, skazany został na 2 lata więzienia i trafił do zakładu karnego Tegel. 23 października 1943 roku miał wyjść na wolność. Zamiast tego przekazano go w ręce gestapo. Ciężko pobitego skierowano do transportu do obozu w Dachau. Nie dotarł tam. Podczas postoju w miejscowości Hof przekazano go do miejscowego szpitala. Zmarł nazajutrz, 5 listopada 1943 roku. Coraz więcej osób – jak choćby oławscy filateliści – interesuje się postacią Lichtenberga. By doszła do skutku jego kanonizacja, potrzeba jeszcze cudu. Tak nieustraszonego mieszkańca nieba warto zapewne prosić o wsparcie. Korzystałam z książki ks. Tomasza Zagały pt. „Kapłan w świecie bez Boga”, Wrocław 2003

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama